7.5.17


Kilka miesięcy temu recenzowałam popularny poradnik dla rodziców dzieci sztuk więcej niż jeden czyli "Rodzeństwo bez rywalizacji" (klik!). Dobrym pomysłem wydało mi się więc podzielenie się, czy udało się wdrożyć choć trochę tych rad w praktyce. Gwoli wstępu nakreślę krótko, jak onegdaj wyglądała u nas współpraca dziewczyn i rozpisywać się nie będę, bo najprościej mówiąc - nie istniała. Miast spędzać czas ze sobą, dzieci me ukochane domagały się naszej nieustannej uwagi i aktywnego udziału w większości działań na czele z ciągłymi interwencjami w niekończących przepychankach i walkach. Kładłam to na karb różnicy wieku, ergo - niemożności komunikacji oraz silnego poczucia własności u obu dziewczyn jednocześnie. Na moje oko trwało to jednak za długo i powodowało rosnącą irytację oraz poczucie, że coś nie gra. 

Czemu co chwilę biegam do nich, choć niby bawią się razem? Czy moją rolą jest roztrząsać przewiny i upominać ewentualnego sprawcę, decydować o podziale zabawkowych środków? Jak mogę podejść sprawiedliwie do zachodzących sytuacji, gdy zazwyczaj nie jestem naocznych ich świadkiem? Czego uczą się moje dzieci, gdy już na początku sporu od razu wzywany jest rodzic? I czy to nie są powody tak krótkich ich wspólnych zabaw?

W sukurs przyszła wspomniana książka, dzięki której odpowiedziałam sobie na powyższe pytania.
Nie muszę decydować, która dziewczyna w tym momencie ma się bawić konkretną zabawką; nie jestem odgórną instancją zarządzającą rozdziałem środków. Nie moją rolą jest dociekanie, która zaczęła; nie jestem sędzią najwyższym skazującym na przyznanie się do winy i zadośćuczynienie. Zrozumiałam, że dawałam im zbyt mało przestrzeni na samodzielne rozwiązywanie konfliktu, na poszukanie konsensusu, ustalenie zasad wspólnej zabawy, na naukę współpracy. Postanowiłam spróbować, czy aby lepszą drogą nie będzie zostawianie ich w spokoju, przy czym nie oznacza to ignorowania tego, co się między nimi dzieje

Gdy spokój dobiega z dziewczyńskiego pokoju nie wchodzę, nie zawracam im głowy, zostawiam w zabawie. Cichaczem sprawdzam jednak co i jak, bo w pamięci mam zamykanie mnie w łóżku przez własną starszą siostrę, co do przyjemności raczej nie należało ;) Gdy przybiegają do mnie ze sprawą pilną lub też mniej – wysłuchuję, ale i zachęcam do szukania porozumienia między sobą, czasem podpowiadam sposoby. Gdy słyszę, że nie mogą się dogadać, a konflikt narasta, podchodzę pytając czy i jakiej potrzebują pomocy. I bezwzględnie interweniuję, gdy dochodzi do rękoczynów i związanych z tym łez. Tak, tak, moje dzieci się biją, wasze nie?

Trzymam się przy tym zasady, by dać im i sobie czas. By zorientować się w kierunku biegu sprawy a im samym pozwolić na wymianę poglądów, emocji nawet tych o nieco podwyższonym rejestrze (tak, zatyczki do uszu zawsze w cenie). Kiedyś wkraczałam jak taran już w początkowych etapach konfliktu dążąc do zaprowadzenia spokoju za wszelką cenę, często kosztem indywidualnych potrzeb i szeroko pojętej sprawiedliwości siostrzanej. Teraz bardziej istotne wydaje mi się rozwiązać problem, a nie go tylko zamaskować tym pozornym jednak spokojem.

Ośmielę się stwierdzić, (choć zgodnie z wszelkimi prawami rodzicielskimi zapewne będę tego żałować), iż takie podejście zaczynać działać. Coraz częściej się dogadują; nie zawsze chętnie, nie zawsze z uśmiechem, ale to zrozumiałe, skoro bywa, że rezygnują z czegoś w danym momencie dla siebie ważnego. Potrafią się przytulić i przeprosić, uzgodnić warunki wymiany dóbr rzeczowych, powiedzieć „masz, teraz ty się tym baw!”. A wszystko to są w stanie uczynić bez naszej ingerencji, naszych namów, naszej obecności i naszego oceniania, narzucania win i żądań zadośćuczynienia, choćby w postaci właśnie wymuszonych przeprosin. I nie powiem, serce wtedy rośnie! Tym bardziej, że choć przoduje w tym starsza (pewnie z racji doświadczenia i większej jednak dojrzałości), to i młodsza przejawia podobne odruchy współpracy i wzajemnego zrozumienia. 

Nie pomyślcie tylko przypadkiem, że już teraz tylko róż i lukier. Och nie! Panny wciąż przystają po przeciwnych stronach barykady w walce o tę jedną konkretną spinkę czy podebrane skarby z pudełka. Wciąż przybiegają, że ta jej to, a tamta tamto; klocki latają, papiery się drą, a na końcu któraś zaczyna lamentować. Poziom hałasu przyprawia o ból głowy; „Mamo, weź ją, nie lubię cię, nie będę się z tobą bawić” niesie się zbyt głośno. W końcu to rodzeństwo! A i my starzy mamy swoje za uszami ze zbyt pochopnymi żądaniami, by w końcu się dogadały czy odciąganiem ich na dwa przeciwne bieguny mikromieszkania - cierpliwość nie jest naszą mocną stroną, zwłaszcza pod sam wieczór. Jednocześnie rodzicielstwo to ciągła praca, nieustanne wprawianie się w tej roli, trudniejsze, gdy pragnie się sporych jednak zmian, więc jestem świadoma nieuchronności codziennych potknięć o własne zbyt ambitne nogi.

Mimo wszystko, a może nawet tym bardziej, czuję, że idziemy w dobrym kierunku, a przez ograniczenie stopnia ingerencji we wspólny czas dzieci, odkryliśmy, że potrafią pobawić się razem dłużej niż piętnaście sekund. Dwulatka z pięciolatką, pomyślcie tylko! 

Ps. A jak komuś brakuje sił i cierpliwości, tak jak mnie tak z dziesięć razy w ciągu tygodnia, to niech „Rodzeństwo bez rywalizacji” leży na widoku, mnie już nie raz się przydało jako mocne wsparcie w kryzysach.

PS. 2. W pierwotnej formie post ten miał prezentować pomysły na wspólne zabawy dwu- i pięciolatka. Potem doszła zaduma, że te moje dziouchy coraz częściej nie potrzebują mnie do zabawy. Pogonione zostało to refleksją zmian dokonanych w przeciągu kilku miesięcy. O pomysłach może więc następnym razem, co?

24.4.17



Jeszcze dobrych kilka miesięcy temu żyłam na czytelniczej pustyni. Był to stan absolutnie dla mnie nietypowy, gdyż od małego byłam typem mola książkowego. Czynników oddalających mnie od książki było kilka ze szczególnym naciskiem na: dzieci, pracę oraz seriale. Biorąc pod uwagę pulę wieczornego czasu do wykorzystania oraz poziom zmęczenia ogólnego, najczęściej chodziłam na łatwiznę polegającą na odpaleniu odcineczka do zbyt późnej kolacji i dogorywaniu przy nim, aż do pory snu. I pewnie stan taki utrzymywałby się do dnia dzisiejszego, gdyby nie podarek przekazany wyłącznie na wypróbowanie, a nuż się przyda!

Nie wiadomo jak i kiedy ten mały niepozorny prezent podbił moje statystyki czytelnicze.Wciąż są zdecydowanie zbyt niskie jak na potencjalne możliwości, ale szanse obcowania z literaturą w przecudowny sposób wzrosły. Wiedząc, co już wiem oraz łapiąc doświadczenie z kilku ostatnich miesięcy ośmielę się ponadto stwierdzić, że czytnik e-booków, bo o nim mowa, jest wynalazkiem idealnie dostosowanym do potrzeb rodzica. A zwłaszcza rodzica czytającego. Żeby nie zostać gołosłowną, oto garść uzasadnienia.

Po pierwsze: umożliwia czytanie w każdym możliwym miejscu o każdej możliwej porze. Człowiek staje się niezależny od zewnętrznego źródła światła. W moim przypadku mogę czytać przy dzieciach smacznie śpiących w naszej sypialni. Ta praktyczność jest dla mnie absolutnie nie do przecenienia. Uwielbiam bowiem czytać w łóżku przed snem, a zaświecenie lampki równałoby się przebudzeniem co najmniej jednej córki. Co więcej, czytnik ratował moją przytomność w trakcie jednej z nocnych sesji choroby jelitówkowej córki, ileż można przeglądać fejsbuka?

Po drugie: czytnik wydaje się być idealnym czasoumilaczem podczas maratonów karmienia piersią. Pamiętam moje zmagania z prawidłowym ułożeniem dziecka i jednoczesnym utrzymywaniem oraz przewracaniem stron w książce. Szczerze? brakowało mi tak z półtorej ręki, zwłaszcza przy książce liczącej więcej niż 100 stron. W związku z tym, że najczęściej nie mogłam liczyć na dorosłe towarzystwo, a starszakówna nie była zainteresowana funkcjonowaniem jako podpórka do książek, kończyło się na "Kuchennych Rewolucjach". Czytnik wydaje się być mniej angażujący, choć jak jest w praktyce, to może wy mi powiedzcie.

Po trzecie: czytnik sprawdza się jako źródło literatury nie tylko dla mnie ale i starszakówny. Dorosła już do takiego etapu, że niekoniecznie potrzebuje książek wyłącznie z obrazkami, zaczyna skupiać się na samej historii, dzięki czemu nie tylko wieczorami, ale i na wyjazdach potrzeba kontaktu z literaturą dziecięcą może zostać zaspokojona. Również i walizka podróżna docenia mniejszą ilość pakowanych woluminów, choć do zera ciężko dojść, wiadomo ;))

Nie mogę oczywiście wyłącznie chwalić, chwalić, chwalić, bo z pewnością wyczulibyście nieszczerość na kilometr. Jest więc i wada, dosyć poważna. Uszkodzenie czytnika, samodzielnie lub za pośrednictwem dzieci, staje się bowiem zdarzeniem dużo bardziej bolesnym, zwłaszcza ekonomicznie, niż popisanie czy podarcie papierowej książki. I znów, zaufajcie mi, wiem co mówię ;)

Można zauważyć, że powyższy post zbiegł się ze Światowym Dniem Książki i Praw Autorskich oraz raportem o fatalnym stanie polskiego czytelnictwa, pełen tekst o tu. W ramach walki ze smętnymi statystykami podrzućcie, co interesującego wpadło ostatnio w wasze czytacze ręce. Z mojej strony serdecznie polecam Wam to:

H. Yanagihara "Małe życie" - obszerna historia o przyjaźni, cierpieniu i dojrzewaniu; o samoakceptacji i niewybaczalnych błędach. Nie jestem jakimś typem wielkiego wzrusza, ale przy kilku fragmentach łza popłynęła.

Justyna Kopińska "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?" - wiele z was pewnie słyszało o historii wychowanków domu dziecka w Zabrzu. Ten reportaż jest ciężki, dołujący, sprawiający fizyczny ból. Już we wcześniejszym zbiorze reportaży ("Polska odwraca oczy", którą również mocno polecam!) autorka relacjonowała, co działo się w tym domu dziecka, ale na poziom okrucieństwa zadawanego dzieciakom, w tym nawet kilkulatkom, nie byłam przygotowana.

Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy" - pięknie napisana skromna powieść o odbudowywaniu relacji oraz nawiązaniu zrozumienia między matką i już dorosłą córką.

Czekam na Wasze inspiracje!


29.9.16

Dzisiaj będzie o książce, która stała się absolutnym hitem u naszej czteroipółletniej starszakówny. „Nauka bez tajemnic” Wydawnictwa Olesiejuk. Nie pamiętam już (lecytyna, gingko, ratujcie!) czy dostaliśmy na prezent czy sama w swej wspaniałomyślności i przebłyskach geniuszu ją nabyłam książkę, ale to zdecydowany strzał w dziesiątkę. 


Nie ma co ukrywać, że przy rodzicach-naukowcach panna pierwsze kroki w laboratoriach poczyniła (pamiętacie?), więc pozostawało tylko kwestią czasu, kiedy zacznie zadawać pytania: "Ale czym wy się tak naprawdę zajmujecie?". Dosyć długo odpowiedzi w stylu: "prowadzimy badania, oglądamy roślinki i co się z nimi dzieje" ją satysfakcjonowały, lecz nadszedł czas na precyzyjniejsze odpowiedzi, czym naprawdę para się nauka. Ta książka przyszła nam w sukurs, zwłaszcza, że mając doświadczenie ze adeptami znaaacznie starszymi czasem ciężko nam przełożyć ją na pojęcie dziecięce. 


Pozycja ta zawiera kilka działów z szerokiego zakresu wiedzy prezentujące króciutkie informacje: o materiałach, ludzkim ciele, roślinach, kosmosie czy chociażby działających prawach fizycznych. Takie podstawy podstaw w formie absolutnie strawnej i zrozumiałej. Strzelam, że nawet dla trzylatka debiutującego w roli wiecznie pytającego filozofa z kultowym: „a dlaczego?" na czele. Strawność ta jest potęgowana poprzez genialne w swej oczywistości zastosowanie okienek obrazkowych. Dzięki nim dziecko może zajrzeć w głąb – czy to ciała ludzkiego (nie bójta się, bez nadmiernych szczegółów), drzewa czy naszej skromnej błękitnej planety. I to nawet do trzech poziomów!

Kolejna fajna rzecz, o której nie zapomniano to propozycje minieksperymentów, które każdy kilkulatek z powodzeniem samodzielnie lub z niewielką pomocą rodziców może wykonać. U nas akurat króluje sprawdzanie, co przyczepia się do magnesu oraz kolorowa piana niczym wulkan, ale pomysłów jest zdecydowanie więcej. Nie chcę też już za wiele o niej pisać, by zwyczajnie nie psuć wam, tak! wam!, edukacyjnej zabawy. Oczywiście istnieje ryzyko, że dziecię zapłonie miłością wiedzy i zacznie drążyć, drążyć, drążyć... przysparzając wam bólu głowy z braku wiedzy ;), ale koniec końców nie smutalibyśmy nad tym za bardzo, prawda?

Na koniec tylko sesja zdjęciowa w rękach akurat młodszyzny, bo na potrzeby wpisu dorwała i nie dała sobie wydrzeć z łap. Z góry i z dołu przepraszam za znany zapewne fotograficzny standard Debiutującej ;)






25.9.16


Całkiem możliwe, że zauważyliście, że zaczytuję się poradnikami z nurtu rodzicielstwa bliskości. Wynikło to z dotarcia do tzw. ściany, która nader rychło zmieniła się w ścianę płaczu (dla mnie, a czasem dla dzieci). Ściana zbudowana przez nadmierny poziom decybeli, kiepską komunikację, ogólne zniechęcenie wychowawcze i poczucie, że to nie tak miało wyglądać. Jedynym rozwiązaniem wydało się od niej odejść, najlepiej w innym kierunku niż się doń przywlokło. Kilka (wirtualnych!) wypraw do księgarni, łapane minuty w ciągu dnia i wieczorami i powoli coś tam zaczyna świtać. 

Przechodzimy etap konfliktowy między pannami. Obie się przemieszczają, obie coś tam artykułują werbalnie i niewerbalnie, obie czegoś chcą (a najczęściej tego, co ma druga) i nieustannie wkraczają na swe terytoria. W związku z wzrastającym poziomem dzieciowej i matczynej frustracji, oraz w celu zapobieżenia błędom rodziców własnych sięgnęłam po chyba najgłośniejszy poradnik traktujący o relacjach między rodzeństwem.

„Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością” autorstwa Adele Faber i Melanie Mazlish. Od razu zastrzegam, że kultowe w pewnych kręgach „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…” jeszcze na mnie czeka, ale kwestia komunikacji z i między siostrami wydała mi się w tym momencie priorytetowa.

Jakie wnioski po lekturze?
Czuję się podbudowana (przez liczne przytaczane przykłady, że nie tylko ja mam dwie temperamentne dziouchy w domu) i wzmocniona w chęci zmian (poprzez budujące relacje osób, które wdrożyły proponowane zalecenia). Jednocześnie jestem świadoma wysiłku, jakiego będzie wymagać wdrożenie tych zmian. Najprościej mówiąc przyjdzie nam zmienić perspektywę. 

Do tej pory wydawało mi się, że rodzice (my!) stanowią najwyższą instancję, od której działania w największym stopniu ma zależeć rodzaj relacji, jaka nawiąże się między dziewczynami. Autorki natomiast zalecają zejście z piedestału i wejście w rolę przede wszystkim bezstronnego obserwatora, w trudniejszych sprawach - mediatora, a jedynie w sprawach zabetonowanego impasu lub bezpośredniego niebezpieczeństwa – odgórnego decydenta. 

Jak ma to wyglądać w praktyce? 
Nie ingerować w konflikty, gdy nie trzeba, dać dzieciom czas; nie narzucać rozwiązań sporów, pozwalać dzieciom (w miarę możliwości i z baczeniem na ich bezpieczeństwo) zakończyć konflikt w taki sposób, jaki same opracują; pomagać im werbalizować odczuwane emocje, bez ich oceniania. Wymieniać można by długo, wspominam o tych punktach, które w tym momencie i w naszej sytuacji mogą okazać się kluczowe.

(Pełna zmiana perspektywy możliwa jest chyba dopiero, gdy każde z rodzeństwa potrafi się wystarczająco wyraźnie dla drugiego komunikować werbalnie. W przypadku słabo-jeszcze-mówiących dwudziestoparomiesięczniaków, wsparcie rodzica, bez zajmowania strony, zdaje się być konieczne.)

Postępowanie rodziców umożliwiające nawiązania zdrowej relacji między rodzeństwem (zwróćcie uwagę, że nie mówię tu o obowiązkowej miłości!) łączyć się musi, według Autorek, jeszcze z innymi aspektami. Powinno uwzględniać odrzucenie faworyzowania, porównywania, (zarówno in minus jak i in plus) oraz narzucania funkcji dzieci w rodzinie (najprostszy przykład to obowiązek starszego w pomocy przy młodszych, ale również: "starszy to taki zdolny i grzeczny, a młodszy to perszing szalony"). Mocno ciekawą kwestią jest natomiast eliminacja równego traktowania na rzecz traktowania według potrzeb. Najkrócej mówiąc dzieci nie dostają po równo (słodyczy, bluzek, ale również czasu!!), lecz tyle, ile wymagają w celu zaspokojenia swoich potrzeb. Jest to zagadnienie, które wymaga ode mnie sporej myślenicy, więc pozwólcie, że chwilowo wyślę was do książki, ok?

Na koniec już podzielę się ostatnią myślą, która zaświtała mi podczas lektury: 
W wychowaniu rodzeństwa nie chodzi o to, by w domu panowała cisza i spokój. Chodzi raczej o to, by każde dziecko czuło się sprawiedliwie traktowane z poszanowaniem własnej oraz cudzej! indywidualności.

Co Wy na to? (Książkę oczywiście polecam z całego serca!)





Adele Faber i Elaine Mazlish
"Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością" Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2013. Tłum.: Beata Rumatowska

12.9.16

okropne zabawki, najgorsze zabawki

Przyznajcie się, na pewno macie jakiś znajomych, również rodziców, którzy działają wam na nerwy z różnych powodów. Bo np. fundują wam miliony "dobrych" rad, ich dzieciaki zawsze najmądrzejsze, najpiękniejsze i sikają do nocnika odkąd skończyli pól roku, a twoje to takie rozwydrzone chyba albo z innym ADHD. Jeśli z jakiekolwiek powodu macie ochotę na słodką zemstę lub małą złośliwość, to wiem jak to zrobić: a) mało dosłownie; b) nie bezpośrednio i c) pod przykrywką dobrego wychowania. 
Sposób jest banalnie prosty. Na najbliższą okazję (a wspinając się na wyżyny perfidii - nawet bez okazji!), sprezentujcie ich milusińskim jeden z proponowanych prezentów, bo takie fajne dzieci przecież mają. A potem delektujcie się w wyobraźni ich nieopisanym cierpieniem. 

Prezent pierwszy - instrument muzyczny
Wachlarz możliwości nieograniczony, ale zasada jedna - im głośniejszy, tym gorzej (tzn. dla was lepiej).
Pokuszę się o hierarchię, w której o pierwsze miejsce walczą grające pianinko i najprostszy w świecie flet. Grające pianinko ma ten dodatkowy plus, że potrafi rozświergolić się pod byle muśnięciem. I niech się męczą z ponownym usypianiem ledwo położonej dzieciarni. O!

Prezent drugi - zestaw magnesów na lodówkę/tablicę
Ale wiecie, taki konkretny zestaw, którego elementów umiejętność znikania graniczy z magią. W końcu dziecko kumate zacznie sprawdzać kompletność, a przy jakimkolwiek braku to rodzic, przecia nie dziecię, będzie się tarzać pod łóżkami, za szafami, by to jedne durne "u" znaleźć. W desperacji grzebać będzie nawet w odkurzaczu lub najbliższym koszu na śmieci. Miła oku wizja, co nie?

Prezent trzeci - Lego
Nieśmiertelne narzędzie tortur każdego rodzica (dzieci jakimś dziwnym trafem uważniejsze w tym względzie, stopy, ach me stopy!). Wy litujecie się na widok kulejącej matki "o biedna, znowu klocek?", by przy dobrych wiatrach śmiać się w duchu, gdy z ust dziecięcia znajomych wypływa radosne "Ciociu/wujku, a mama powiedziała: k...a mać!". Znawcom tematu nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Prezent czwarty - kolorowanki
Najlepiej tysiąc pięćset sto dziewięćset w jednym ogromnie tłustym zeszycie. I zapełniaj matko czy ojcze z dzieciem kolejne miśki, traktory i kaczki, bo czas z dzieckiem spędzonym zawsze procentuje. Rysuj, rysuj, aż ci ręka nie odpadnie... Po dziesiątym rodzic mięknie, po czterdziestym zaczyna kląć na czym świat stoi, a to nawet nie połowa. Przy setnym szuka kryjówek we własnym metrach czterdziestu, by nie usłyszeć znowu: "mamo, choć ze mną pokoloruj!"... A ty zacierasz ręce z uciechy, chciało mu się dziecka, niech ma!

Prezent piąty, najlepiej w pakiecie z czwartym - zestaw plastyczny
Jak dobrze poszukacie to znajdziecie takie podręczne walizeczki z milionem farbek, wiecznie łamiących się kredek, mazaków ze znikającymi skuwkami, klejem, nożyczkami itd. Opcja poprawiania i ubarwiania świata nieskończona. A przy następnej wizycie niby przypadkiem rozglądnijcie się za śladami artystycznej działalności progenitury znajomych. Gwarantuję, że długo szukać nie będziecie, a wstyd rodziców z nie-wiadomo-kiedy pomazanej ściany - bezcenny!

Wiecie jaka jest dodatkowa zaleta każdego z tych prezentów? 
Mocno się nie wykosztujecie, a porządnie dacie w kość tym przemądrzałym, zawsze-wygadanym znajomym, co to ich dzieci zawsze hop do przodu!, centyle i wszelkie normy przeganiające. 

Skąd przekonanie o ich skuteczności w psuciu nastroju, wzroście frustracji i bolących stopach?
Bo własnym dzieciom je prezentowałam nie ucząc się na błędach i pomazanych ścianach.
Głupia matka, głupia, a w swej głupocie niech i inni poznają ten ból!


PS. Choć nie, flet to sprawka teściów!

8.9.16


Zatrzęsło mną. Korzystając z Hankowej drzemki i zaległości internetowych szperałam tu i ówdzie natrafiając na wpis/artykuł/cholera wie co dotyczących zaleceń  nawadniania ciała dziecięcego. Zanim postukacie się w głowę, o czym bredzę, zapraszam tu -> KLIK, bo to nie ja bredzę, ale autorka.

Do dzisiaj sprawa wydawała mi się prosta. Najlepszym sposobem zaspokajania pragnienia jest wzięcie w łapę szklanki/butelki z wodą i pociągnięcie z niej. A tu się okazuje, że nu, nu, pijąc wodę robisz sobie krzywdę. A co gorsza, namawiając dziecko do picia wody robisz krzywdę i jemu.

No dobra, może trochę dramatyzuję, ale lektura powyższego tekstu daje wyraźnie do zrozumienia, iżby w najoptymalniejszy sposób nawodnić ciało dziecięcia należy nie dawać mu wody, ale wodę z czymś. Propozycji jest kilka: sól, cytryna, miód, soki owocowo-warzywne - do wyboru do koloru. Nawet jeden z podpisów mówi wprost: "sok jest lepszy niż woda"!

No i tu matka rąbie głową w ścianę, bo szlag ją trafia. Ogromny szlag. Jak się wszelkie babcie i teściowe dorwą do artykułu, to mamy, kolokwialnie mówiąc, przerąbane. Precz pójdzie woda mineralna, w ruch ruszą soczki i herbatki na każde skinienie dziecięcia. Bo tak przecia piszą w internetach!

Pierwsza sprawa
Woda to woda. Najbardziej naturalny i niezbędny do życia! płyn  używany do gaszenia pragnienia. Jakoś nie wyobrażam sobie, by nasi wcześniejszy krewniacy lub inne zwierzęta przyrządzały się rozcieńczone napoje wodosokowe gdzieś nad strumieniem czy przy innym wodospadzie. Zwierzęciu chce się pić to pije wodę z najbliższego źródła. Niczym się pod tym względem od zwierząt nie różnimy. A jak ktoś rzuci, że ludzie pierwotni zajadali się padliną, więc nie ma się do czego odnosić, ty wybaczcie, ale zmilczę.

Druga sprawa
Sok, nawet jeśli rozcieńczony, to źródło cukru czyli paliwa energetycznego, jego mniejszej lub większej ilości w bardzo łatwo przyswajalnej formie. Jak się człowiek nim opije to nie ma bata, by miał apetyt na coś innego. Myślicie skąd się bierze często tzw. niejedzenie dziecięce? Ano z takich właśnie soczków popijanych między posiłkami. Potem matka rwie włosy z i tak przerzedzonej czupryny, że dziecko konkretnego posiłku nie chce jeść. Jak ma zjeść, skoro po szklance soku dostaje potężnego kopa energetycznego

Trzecia sprawa
Częste popijanie soków czy nawet wody słodzonej miodem powoduje nie za fajne przyzwyczajenia. Dziecko od maleńkości wyczulone jest na słodkie i może się okazać, że za chwilę niczego w smaku obojętnego do picia nie weźmie i koło się zamyka. 

Czwarta sprawa
Nie, dodanie szczypty soli czy kilku kropel cytryny do butelki z wodą nie wzbogaci nam jej znacząco w składniki mineralne czy witaminy. Za mała dawka, mówiąc krótko.

Nie twierdzę, że picie innych napojów niż woda jest złe. Soki, zwłaszcza domowej roboty, zawierają sporą ilość witamin, minerałów, związków antyutleniających etc., natomiast nie zawierają pełnej gamy substancji obecnych w całym owocu czy warzywie. Chociażby błonnik zawarty w miąższu, chociażby skórka, która zawiera znacznie więcej składników prozdrowotnych niż miąższ. I kaloryczność porcji soku jest wyższa niż porcji owocu ze względu na wyższą zawartość cukru. 

Nie sugeruję, że kategorycznie tylko woda, bo inaczej biada naszemu zdrowiu i dziecięcym przyzwyczajeniom. Sama mam problem z sumiennym nawodnieniem, nie tylko zresztą ja. Chciałabym tylko, by w szeroko dostępnych mediach nie pojawiały się sensacyjne hasła pt.: "Dzieci nie powinny pić czystej wody!" (chyba, że mówimy o destylowanej, ale kto o zdrowych zmysłach pije destylkę?) lub "trzeba umieć pić wodę!" czy też "woda sama w sobie nie jest złem" (say... what?!). 

Tu naprawdę nie ma wielkiej filozofii. Należy pić przede wszystkim wodę według jednej zasady: mało a często. Jak najbardziej do zrealizowania przez dorosłego i przez dziecko. Czy nie?

5.9.16

Ostatni tydzień wakacji nakierowany był na czas tylko z Lulką. Przedszkole nieczynne, Hanek do swojego poprzedniego żłobka jeszcze uczęszczała, tatusiek pracoholik - wiadomo w pracy. Nie uśmiechało nam się gnić w czterech ścianach czterdziestu metrów, a że pogoda była naprawdę cudna, to czas na misję: miasto. Dziecię mobilne, w miarę piechurowo wytrwałe, więc nic tylko planować kilkugodzinne wyprawy, tak by obowiązkowy plac zabaw pod wieczór jeszcze zaliczyć. Sobie na przyszłość, a Wam ku inspiracji chcę pokazać, jak na cztery sposoby fajnie spędzić z parolatkiem kilka godzin w Krakowie. Jedynym kryterium, które każdorazowo musiałam uwzględniać był dojazd tramwajem. Zgadnijcie, kto się na tramwaje upierał ;)

Zdziwicie się może, że opowiem o oczywistościach. Fakt, mieszkam tu dobrych parę lat, ale tak naprawdę kiepsko znam to miasto. Wstyd? Zapewne,  ale jak nie z dzieciem, to kiedy poszwendać się po znanym-nieznanym?

Kierunek pierwszy - Bulwary Wiślane.
Już widzę, jak przewracacie oczami. Co? Obowiązkowy punkt każdej wycieczki? Eee tam...
Ano tak to. Jak sobie szybko policzyłam, około trzech lat nie spacerowałam tamtędy. Albo inaczej - najczęściej bywało, że szłam, by dojść, a nie by iść, więc postawiłam na "iście". W międzyczasie zaliczyłyśmy drugie śniadanie pod mostem, martwą świnię w Wiśle (znaczy jako dzieło sztuki?!) i obowiązkowego Smoka. Ten Smok ma jakąś magiczną siłę przyciągania. Ilekroć przebywamy w jego bliższej okolicy, Lulka się upiera, by go odwiedzać. Najpiękniejsze natomiast było to, jak mogłyśmy bez przeszkód, na spokojnie ze sobą trajkotać nie rozpraszając się nadmiernie atrakcjami. Z czterolatką już można.

Kierunek drugi - Podgórze
Trasę, którą pokonałyśmy, zaczerpnęłam z portalu Trasa dla Bobasa. Serdecznie polecam wszystkim Krakusom i nieKrakusom, gdy brak weny pt. gdzie by tu dzisiaj podjechać. Dokonałyśmy pewnych modyfikacji względem pierwowzoru, ale i tak przypomniałam sobie dlaczego zawsze tak dobrze mi się Podgórze kojarzy: Kopiec Kraka (bodaj najbliższy dla nas dojazdowo-odległościowo), jeden z licznych fortów, najmniejszy kościół w Krakowie, urokliwe wille i mnóstwo, mnóstwo zieleni, w której mogłyśmy się schować w jeden z najgorętszych ostatnio dni. A przy powrocie obowiązkowa kłódkowa Kładka Bernatka, do której podłączenie zaplanowałyśmy przy najbliższej okazji.


Kierunek trzeci - Kazimierz
W rejony Kazimierzowskie udałyśmy się w celu odwiedzenia Muzeum Inżynierii Miejskiej (wystawa interaktywna "Wokół koła" - raczej dla szkolnych dzieci, ale Lulka i tak znalazła dla siebie czterokołowy wózek(?) i zamek z ogromnych poduch, który można bezkarnie burzyć; "Tramwaje na Wawrzyńca" - chyba nic nie muszę dodawać ;), stare samochody - zachwycają i małych i dużych). Potem jednak jakoś takoś poprowadziłam Lulkę, że przedreptałyśmy dzielnicę w poprzek.  Wyprawa na Kazimierz mogłaby jeszcze obejmować Muzeum Etnograficzne, ale na moje oko lepiej pojechać tam osobno. Onegdaj  spędziliśmy tam półtorej godziny, bo Lulka pytała o każdy eksponat, zachwycała się każdym strojem i ciągle wracała do zrekonstruowanej chaty góralskiej z podwieszoną do sufitu kołyską ;) Koniec końców Lulka dzielnie wypatrywała lodów(doczekała się pysznych i wielkich w Good Lood!), ja się dziwowałam jak bardzo okolica się zmieniła.


Kierunek czwarty - Muzeum Lotnictwa Polskiego
Jak to, do jednego muzeum na kilka godzin? Ano już szybko tłumaczę. Muzeum Lotnictwa to nie tylko budynki, ale również ekspozycja zewnętrzna setki z okładem samolotów różnej maści. Jest gdzie chodzić, co oglądać. Znalazło się również miejsce przeznaczone dla dzieci, gdzie mogą zasiąść za sterami prawdziwego, choć nieco leciwego pojazdu powietrznego. Lulka za stery wsiąknęła, a ja miałam czas, by na spokojnie sprawdzić internety ;) Minipark obok budynku głównego jest natomiast idealnym miejscem na piknikowe drugie śniadanie, co oczywiście uskuteczniłyśmy.


Jeszcze kilka tygodni temu nie sądziłam, że kilkulatki i muzea mogą się tak fajnie ze sobą łączyć. Jeżeli się zastanawiasz, to przestań, tylko idź! Coraz więcej placówek ma przygotowane elementy ekspozycyjne w większym lub mniejszym stopniu interaktywne, a dzieciaki poznają przez wszystkie zmysły, nie tylko wzrok. Mimo tego, że progenitura twa pokona zapewne powierzchnie wystawowe w tempie mocno mocnym, to nadspodziewanie wiele w głowie jej zostanie, a wtedy przyczynki do wspólnych rozmów, zabaw, rysowań są nieskończone. A dodatkową zachętą niech będą darmowe lub często zniżkowe dni. O!

To tyle moich sposobów, a teraz Wy podzielcie się swoimi!