28.8.16


Carlos Gonzales jest autorem bestsellera "Moje dziecko nie chce jeść" znanego chyba wszystkim, którzy na jakimkolwiek etapie rodzicielstwa zetknęli się z problemami niejadkowymi. O czym nie wiedziałam, jest również cenionym pediatrą piszącym o rodzicielstwie jako takim.

"Mocno mnie przytul" to książka kładąca szczególny nacisk na obalanie mitów wychowawczych, z którymi styka się każda matka i ojciec. Autor zmierza się z nimi używając często dowodów naukowych, ale jeszcze częściej zdrowego rozsądku. Nierzadko zestawia współczesne, z naciskiem na zachodnie, rodzicielstwo z tym bardziej "pierwotnym".

Myśl przewodnia, która szczególnie wpadła mi do głowy, mówi jak bardzo odeszliśmy od natury w kwestii opieki nad dzieckiem. Gonzales, podobnie jak i kiedyś przeze mnie wspominany Ian McEwan, dziwi się, jak łatwo pole decyzyjne w zakresie dzieci oddaliśmy różnej maści autorytetom z tytułami naukowymi, a także (sic!!) pediatrom. Jak daleko oddaliliśmy od normalności w reakcji na potrzeby dziecka, przemianowując je jednocześnie w chciejstwa i fanaberie.

Pomimo nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ludzkiego gatunku i cywilizacji, nasze (dzieci i matek) podstawowe potrzeby, reakcje i zachowania w ogromnej mierze determinowane są czynnikami genetycznymi a dopiero potem wzorcami kulturowymi. A ewolucyjnego dziedzictwa nie da się wyrzec od ręki. Każdy trend w wychowaniu dostosowany do współczesnego trybu życia z góry skazuje matkę i dziecko na frustrację oraz zapewnia średnią (co najwyżej) skuteczność, gdy nie szanuje wrodzonego instynktu i zachowań, które zapewniały nam przetrwanie przez tysiące lat.
"W chwili narodzin nasze dzieci są w zasadzie takie same jak te, które rodziły się tysiące lat temu. (...) doszło do ogromnych zmian kulturowych, ale nie doszło do żadnych godnych uwagi zmian genetycznych, które dotyczyłyby dzieci. Spontaniczne zachowanie niemowląt, postępowanie jakiego od nas oczekują, sposób w jaki reagują na różne traktowanie, nie zmieniły się od dziesiątek tysięcy lat."

Można się z tym nie zgadzać, może nas to wkurzać. Ale jeden fakt jest niezaprzeczalny: ewolucja zachowania nie zachodzi w przeciągu jednego pokolenia. 

"Kiedy zostawiasz dziecko w łóżeczku, to wiesz, (...) że jesteś w odległości zaledwie kilku metrów, w sąsiednim pokoju i natychmiast przyjdziesz, jeśli pojawi się choćby najmniejszy problem. Jednak twoje dziecko tego nie wie. Nie może wiedzieć. Reaguje dokładnie tak samo, jak w tej samej sytuacji zareagowałoby dziecko z paleolitu (...). Jego płacz nie stanowi reakcji na prawdziwe niebezpieczeństwo, ale na sytuację rozłąki, która przez całe tysiąclecia niezmiennie oznaczała zagrożenie."
Od zawsze naturalne dla naszego gatunku jest karmienie dziecka piersią, noszenie na rękach, spanie z rodzicami. Ale również częste nocne karmienia, nocne pobudki i głośny płacz, gdy matka znika z pola widzenia. Dla współczesnych matek często nie jest to super wygodne, sama nie jestem za ortodoksyjnym zalecaniem (i obrażaniem przeciwników) karmienia piersią, chustowania, współspania itd. Natomiast dobrze mieć świadomość, że wspomniane elementy nie są "współczesną fanaberią świrniętych ekomatek", lecz naturalną instynktowną opieką nad ludzkim dzieckiem. I grunt pod tę świadomość dobrze przygotowuje Carlos Gonzales.

Wszystkie cytaty z:
Carlos Gonzales "Mocno mnie przytul. Jak zbudować i utrzymać silną więź w rodzinie". Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2016. Tłum.: Jowita Maksymowicz-Hamann, Beata Ulanicka 

Ps. Omawiany zakres nie jest jedynym zagadnieniem poruszanym w książce. Sporo miejsca poświęcone jest przemocy, karaniu, nagradzaniu. I w tej tematyce C. Gonzales podaje cenne informacje warte zapoznania się. Ale to byłby już materiał na oddzielny wpis :) Tymczasem pędem do czytania!

26.8.16


Dzisiaj przedstawię Wam sposób, jak łatwo matka może sama posądzić się o paranoję i problemy natury psychicznej. Co istotne, acz mało oczywiste, nie wymaga on aktywnego uczestnictwa dzieci (trudno uwierzyć, prawda? ;). Przytrafiło się mnie, może przytrafić się Wam. Z troski o Wasze (nomen omen) zdrowie psychiczne apeluję więc o rozwagę i skupienie.

Poranek. W przypadku posiadania dzieci zawsze zbyt wczesny. Matka wstaje niepewnie, pierwsze kroki kieruje do kuchni (kaawaaa!!) i łazienki. Robi, co ma robić, przemywa ślepia, ogarnia włosy, by jakoś schować ponocne gniazdo, przebiera się w dzienne ciuchy typu dres. Zaczyna dzień z dziećmi u boku. Dzień jak co dzień, w pędzie, szale, czasem tylko chwilka, krótszą lub dłuższa, by odetchnąć. Matka czuje jednak, że coś jest nie tak. Z rana nie zwraca na to uwagi, póki nie otrzeźwieje po nocy, wszelkie nietypowe symptomy bierze jako efekt niedo(wy)spania. 

Im dalej w dzień, tym większych nabiera podejrzeń, że coś tu wyraźnie nie gra. Nie gra, ale ewidentnie dźwięczy. Sprawdza co i rusz, czy dzieciarnia nie wygrzebała znienawidzonego tamburyna, ale dźwięk ten jest dosyć delikatny, dobiegający z oddali, jakby ktoś dzwonił za matką z oddali. Nie jest to głos ludzki. Nie jest to nawet sąsiad z góry, bo gdy ten zaczyna śpiewać, to nie sposób pomylić go z niczym innym. Nie jest to dźwięk stały, pojawia się nagle, by na za chwilę zamilknąć. Matka próbuje to ignorować, ale po kilku godzinach nie jest to już takie proste. Za każdym razem pyta córki starszej, bo z nią można się już dogadać, czy coś słyszała. Ta, po kilku przeczących odpowiedziach, zerka na matkę jakoś z ukosa. Matka wcale się nie dziwi. Pyta więc męża, gdy ten wraca z pracy, lecz uparcie twierdzi, że jej się wydaje. Ale jak może się wydawać przez cały dzień, do diaska?! 

Gdy nadchodzi wieczór, a dzieci już chrapią, matka robi rzecz najgorszą czyli otwiera Internet. Po zapytaniu "co oznacza dźwięczenie w głowie?" i przeglądnięciu kilkunastu forów widzi całe spektrum dolegliwości: od utraty słuchu do galopującego raka poganianego przez "mój dziadek miał tak trzy dni przed śmiercią". Podłamana takimi sugestiami zrzuca omamy na stres tudzież rozstrój psychiczny spowodowany posiadaniem dwóch wrzaskunów. Po pierwszej w nocy zamyka okno szatana i decyduje się, biorąc przykład ze Scarlett, że pomyśli o tym jutro. Udaje się do łazienki, ogarnia co trzeba, myje, rozpuszcza włosy i..... rzęsiste "no żesz ty!!" w wersji dla dorosłych wypływa wraz z westchnięciem ulgi. To tylko gumka. Lulkowa gumka do włosów, Christmas Edition z obowiązkowym dzwoneczkiem.

No żesz ty!!!!

17.8.16

Wychowanie, rodzicielstwo

Zagłębiam się w tematykę rodzicielstwa bliskości. Coś tam czytam, coś przeglądam, ekspertem ani ortodoksyjnym praktykiem zapewne nigdy się nie stanę (ach, ten mój choleryzm!). Próbuję raczej łapać wskazówki, porady, inny punkt widzenia. Po lekturze sztandarowej pozycji w tym zakresie - Agnieszka Stein "Dziecko z bliska" - trochę się w głowie rozjaśnia. Inaczej patrzę na dziecko, i aż mi głupio, że niektóre koncepcje nie były u mnie tak pewne. Widzę również, że jedna, bardzo ważna rzecz kompletnie mi umknęła w trakcie całej drogi rodzicielskiej . A jest to rzecz tak prosta, że wielka.

Zajmowanie się dzieckiem to czasem jedna wielka mordęga i walka. Prośby, groźby, podchody, sztuczki i szantaże. Po całym dniu człowiek pada na twarz ze zmęczenia i zastanawia się, co idzie nie tak, dlaczego to takie trudne. Trąbią mu w głowie wyrzuty sumienia, niewypowiedziane "przepraszam", świadomość wybuchów o rzeczy tak naprawdę mało istotne. Człowiek tłumaczy je sobie kolejnymi dzieciowymi buntami, złośliwościami, własnym zmęczeniem, niespełnionymi potrzebami, poirytowaniem na sytuacje poboczne i zwyczajnie jest mu głupio. Ja tak mam. Ty zapewne też.
Wtedy myślę o tej jednej zasadzie.

Przychodzi kolejny dzień. Dzieci szaleją, nie chcą wpasować się w plany, rytuały, na wszystko reagując sakramentalnym "nie". Mnie trafia szlag, mam ochotę znów zastosować kary, wymuszenia, drobne kłamstwa i oszustwa, byle tylko osiągnąć to, co zamierzam. I wtedy znów muszę przypomnieć sobie o tej jednej zasadzie, która brzmi:

Traktuj dziecko tak, jak sam chcesz być traktowany.

Chcę przebywać w środowisku bez przemocy, bez krzyku.
Nie chcę być wyzywana, ośmieszana, obmawiana czy w jakikolwiek sposób jednoznacznie oceniana.
Nie chcę być zmuszana wbrew swojej woli.
Chcę wyrażać swoje zdanie i być w nim wysłuchanym.
Chcę rozmawiać z drugą osobą, a nie tylko słuchać poleceń.
Chcę dyskutować.
Chcę mieć czas, by zrozumieć.
Chcę czasem płakać, śmiać się, krzyczeć i biegać, lub po prostu się zatrzymać.
Chcę mieć prawo do złego humoru i czasem się w nim wytaplać.
Chcę nie chcieć. 

Chcę, by inni respektowali prawo do tego wszystkiego, prawda? Więc dlaczego odmawiam tego swojemu dziecku?

Wdrukowuję sobie tę zasadę, by w każdej, zwłaszcza kryzysowej, sytuacji umieć wcisnąć pauzę i zapytać samej siebie: "Jak bym się czuła, gdyby ktoś bliski potraktował mnie tak, jak potraktowałam (lub chcę potraktować!) dziecko".
Zmienia perspektywę, zapewniam.

I zanim ktoś zacznie rzucać argumentami, że "nie zawsze się da; że sytuacje niebezpieczne; że dziecko to nie dorosły...". Tak, dziecko nie jest małym dorosłym; sytuacje niebezpieczne rządzą się swoimi prawami; rodzic też człowiek i to mocno nieidealny. Lecz im więcej razy uda mi się ta sztuka, tym więcej satysfakcji. Tak myślę, taką mam nadzieję.


8.8.16


Gdy ktoś mnie pyta, jaki jest najlepszy czas na drugie dziecko, to szczerze mogę odpowiedzieć tylko: "nie wiem". Co mogę, to opowiedzieć swoje doświadczenia, przemyślenia, ale nie pokusiłabym się o udzielenie jednoznacznej odpowiedzi. Z pewną trwogą odbieram więc dyskusje na ten temat na wszelkich ogólnorodzicielskich forach. Jak już kiedyś pisałam, jestem forumową matką (ostatnio z dużo mniejszym natężeniem). Na forach wszelakich można powymieniać doświadczenia, poczytać jak inni sobie (nie) radzą, z czym się spotykają. Ale radzenie się ludzi, w ogromnej większości dla nas anonimowych w tak kluczowej, ale i intymnej sprawie: "Czy to już czas dla nas na drugie dziecko?" wydaje mi się błędem. Z kilku przyczyn.

Po pierwsze, zadając takie pytanie na forum, należałoby przecież przyjąć jakąś strategię. Należy liczyć się z otrzymaniem kilkunastu/dziecięciu/set odpowiedzi, więc co dalej? Które odpowiedzi uznać za wartościowe dla naszej konkretnej sytuacji? Wprowadzić statystykę: trzydzieści trzy głosy na tak, czterdzieści na nie - czyli odrzucamy? Jak realnie taka interakcja ma pomóc w podjęciu decyzji?

Po drugie, należy szykować się na zderzenie z presją (nie)jedynactwa. Liczne głosy będą wskazywać zbawienne działanie rodzeństwa na pierworodne dziecię. Tylko, czy płodzenie kolejnego dziecka dla dobra pierwszego jest uniwersalnie słusznym argumentem za powiększaniem rodziny?

Po trzecie, większość będzie twierdzić, że drugie dziecko chowa się o wiele łatwiej, bardziej intuicyjnie, ma się przecież jakieś tam doświadczenie. Otóż należy mieć świadomość, że drugorodne nie zawsze jest łatwiejsze w obsłudze, życie z dwójką jednak sporo zmienia w organizacji, problemach okołowychowawczych itd. To naprawdę jest inne życie (wiem, bo mam ;))

Po czwarte, odnoszę wrażenie, że jeśli osoba wie, że się waha; że chciałaby kolejnego dziecka, ale coś tam, coś tam..; jeżeli musi się w tej sprawie radzić forum internetowego, to powinno być dla niej wskazówką, że może jeszcze nie teraz.

A najmocniej włos się jeży na obecność odpowiedzi-kwiatków pod tytułem: "zdecyduj się, zobaczysz, dacie radę, nie będziesz żałować", rozsądek radzących level-hard. Akurat w przypadku ponownego rodzicielstwa skok na głęboką wodę nie wydaje się najlepszym pomysłem. Bo to ty (nie panie z forum) urodzisz to dziecko; ty będziesz się nim zajmować (z tatuśkiem jeśli wszystko jest ok); to ty będziesz odczuwać konsekwencje tej decyzji, konsekwencje wszelkiej maści: od osobistych po ekonomiczno-zawodowe. 

Jak więc podjąć decyzję o kolejnym dziecku w sposób odpowiedzialny? 
Dobrym rozwiązaniem wydaje się być tylko szczera rozmowa z partnerem, a przede wszystkim z sobą. Czy ty jesteś na to gotowa? Czy czujesz sama w sobie, że chcesz mieć kolejne dziecko, ale nie dlatego, że ktoś (mama, babcia, ciocie z forum) walczą o to za ciebie. Czy czułabyś się dobrze poświęcając kolejne kilka miesięcy/lat na bliskie związanie na granicy z uwiązaniem? Czy chcesz wracać do pracy w najbliższym czasie lub tę pracę kontynuować jeszcze trochę? Miłość mnożona nie dzielona swoją drogą, ale czy w tej decyzji będziesz naprawdę ty, czy oczekiwania wobec ciebie. 

Na koniec zostawiam mały, dość pomocny, eksperyment myślowy.
Zamknij oczu i wyobraź sobie, że właśnie dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży. 
Jakbyś zareagowała?

Daje do myślenia, prawda?

27.7.16


Oto Kasia. Kasia ma pięć lat. Kasia uwielbia prowadzić nieskończone dyskusje na przeróżne tematy. Kasia nie boi się prostych pytań i drażliwych odpowiedzi: "Co to tak śmierdzi?" "Twoja kanapka!". Z Kasią można się fantastycznie bawić; ma tysiąc pomysłów na minutę, ale trzeba uważać, bo czasem gryzie. Gdyby tak się mocniej zastanowić, Kasia potrafi być rzeczywiście niebezpieczna: "Wiesz mamo, przyszła do mnie Kasia i zaczęła mi tak obcinać paznokcie, że aż do kwri. Tak się lała krwa, że po chwili cały dom był zakwrwiawiony. Mówię ci mamusiu, wszędzie było pełno kwri. Nawet u Kasi w oku i w uchu. No masakra!". Z Kasi dobra jest wspólniczka czynów wszelakich, bo chętnie bierze winę na siebie. "To nie ja wylałam sok, to Kasia! Mamo, to Kasia wywaliła Anię!". Kasia jest dosyć wątłego zdrowia, stąd często nie może podróżować i zostaje w domu, jednym z trzech domów. 
Kasia ma pięć lat i nie istnieje.

Jak się zapewne domyślicie, Kasia jest wymyśloną przyjaciółką mojej córki. I to nie pierwszą, bo palmę pierwszeństwa dzierży Krzyś. Z nim życie było bardziej hardkorowe. Krzyś pojawił się jakieś dwa i pół roku temu, gdy nie wiedziałam, że już jestem w ciąży z Anką. "Z kim Lulko rozmawiasz? Z Krzysiem, moim braciszkiem". Krzyś bywał z nami ciągle, Krzysia trzeba było uwzględniać w trakcie posiłków, trzymać za rękę w trakcie spacerów, robić dla niego babki w piaskownicy, starać się nie zdeptać w mieszkaniu. Krzyś, w przeciwieństwie do Kasi, był pogodnym i przyjaznym chłopcem, nie rozrabiał, chętnie poddawał się wszelkim pomysłom Lulki.... wróć! powinnam użyć czasu teraźniejszego. Krzyś jest pogodnym i przyjaznym chłopcem... Dalej istnieje, tylko ostatnimi czasy mocno zbobasowiał i, według twórczyni, stał się młodszym bratem Kasi, z racji mikrego wieku i niemożności chodzenia zazwyczaj w zabawie nieobecnym.

Zapytacie pewnie - co ja na to?
Ja więc przyjęłam Krzysia, a potem Kasię z dobrodziejstwem inwentarza. Nie jestem specjalistą, ani nawet obok takiego nie stałam, ale nie wydawało mi się dobrym pomysłem wyśmiewanie dziecka, prostowanie tej idei, ignorowanie niby-ludzia. To jest pewien koncept dziecka, z którym jest ono, z doświadczenia widzę, mocno związane. Nie zamierzam podkopywać inwencji i kreatywności dziecka z powodu własnej przyziemności. Co więcej, jest to idea, z której również ja mogę czerpać, abstrahując już o korzyściach z puszczania wodzy fantazji. Dla przykładu: Krzyś jakoś tam pomógł ogarnąć sytuację stania się starszą siostrą; rozmowy o zachowaniach Kasi są elementem pokazywania dziecku jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. Sytuacje, jakie odgrywają się w tej wyimaginowanej relacji, a których bywam świadkiem/słuchaczem, mogą wskazywać, co dziecko gryzie, a czego nie powie lub w pędzie umyka. Z jednej strony może to źle świadczyć o naszej matka-córka codziennej więzi. Z drugiej jednak nauczyłam się pewnej pokory, bo z każdego podejścia, relacji, punktu widzenia można i należy korzystać. Na moje oko i ucho nie ma między nami bariery w klasycznej rozmowie. Obym miała rację.

Na koniec trochę faktów. Szybki research w zasobach internetowych wykazał, że posiadanie przyjaciela "na niby" jest normalnym etapem rozwoju dziecka kilkuletniego. Ma ono, między innymi, stymulować rozwój umysłowy i społeczny pacholęcia, ułatwiać mu przeżywanie negatywnych uczuć i uczyć go nazywania emocji wszelakich. Są sytuacje, gdy wyimaginowany przyjaciel może stanowić oznakę problemów dziecka, zwłaszcza gdy obecny jest relatywnie długo (wskazują, że do wieku szkolnego), dziecko zamyka się w sobie, unika kontaktu i zabawy z rówieśnikami albo wykazuje przesadną agresywność w relacji z tymże przyjacielem. W takich wypadkach internet zaleca kontakt z psychologiem. I to chyba dobra rada.

Co Wy na to? Wasze dzieci też mają swoich wymyślonych przyjaciół? Spokojnych Krzysiów czy ekstremalne Kasie? Podzielcie się, a ja tymczasem biegnę wesprzeć Lulkę w kolejnej rozmowie wychowawczej z Kasią. 

10.7.16


Dla dziecka w wieku do lat trzech najlepsze otoczenie i najlepszą opiekę może zapewnić rodzic (pomijając wszelkie patologie lub nieszczęśliwe zdarzenia). Rodzic jednak też człowiek, potrzebuje w końcu wyjść do ludzi, a pieniądze jednak nie rosną w trawie. Skoro rzadko które dziecię wytrzyma przy biurku czy kasie osiem godzin bez marudzenia dając rodzicowi w spokoju popracować, to na czas ten trzeba dziecko komuś powierzyć. Opcji jest kilka: babcia, niania, żłobek. Należąc do gatunku: „nie znam się, więc nie wypowiem” tylko w tym ostatnim temacie mogę podyskutować.

Wiele matek u progu powrotu do pracy po odsiedzonym macierzyńskorodzicielskim (tak, wiem, urlop pierwsza klasa lux!) zasięga opinii wśród krewnych, znajomych, w Internecie. Czyta na blogach rodzicielskich zalety i wady żłobkowania, wśród tych znajdując określenie żłobka jako przechowalni stawiając znak równości ze złem mniej lub bardziej koniecznym. Ja natomiast zgodzę się, że żłobek to swoista przechowalnia, ale pozbawiając go aż tak pejoratywnego znaczenia. Już prędziutko tłumaczę, zanim zastukacie się w głowę, co ja plotę i skąd ta moja bezduszność.

Oddając dziecko do przybytku żłobkowego na osiem godzin dziennie zależy mi wyłącznie (tylko lub aż!) na tym, by to dziecko zostało objęte kompetentną i odpowiedzialną opieką. By zostało nakarmione i napojone, gdy głodne i zmęczone; przytulone, gdy smutne; położone spać, gdy zmęczone; przebrane, gdy się zabrudzi. By zostało mu zapewnione trochę zabawy, spaceru, świeżego powietrza. I tyle, niczego więcej nie wymagam. Absolutnie nie zależy mi na full opcjach zajęć dodatkowych; w tyłku mam angielski, który przez godzinę w tygodniu jest ściemą absolutną; teatrzyki, różnoterapie? w porządku, ale nie w tym rzecz. Rzecz jest bowiem w świadomości graniczącej z pewnością, że gdy my jesteśmy w pracy, z naszym dzieckiem jest ktoś, kto zaspokaja większość jego potrzeb. Ktoś, która z racji posiadanego wykształcenia, a często również doświadczenia jest do tego przygotowany. Mówiąc krótko - zależy mi na bezpiecznym przechowaniu dziecka pod opieką wykwalifikowanych osób w miejscu do tego przystosowanym. Ot, definicja przechowalni.

Oczywiście jestem świadoma ewentualnych negatywów przebywania dziecka w żłobku: brak indywidualnej opieki, chorowanie, przebodźcowanie, rywalizacja. Sami wiecie, że serce mi się krajało puszczając drugorodną do przybytku żłobkowego. Ale tę decyzję każdy rodzic musi podjąć samodzielnie i nie nam to oceniać. DLA NAS (podkreślam to specjalnie), po zestawieniu wszystkich za i przeciw, ta droga okazała się bardziej dostępną (tak, mówię również o placówkach prywatnych), bezpieczną (przynajmniej według teorii i litery prawa) oraz realną ekonomicznie niż jakakolwiek inna forma zewnętrznej opieki nad dzieckiem. Stąd podążamy nią już drugi raz.

Na koniec chciałabym podrzucić jeszcze jedną myśl. Główną funkcją żłobka jest kompetentne i odpowiednie zaopiekowanie się dzieckiem do lat trzech (przechowanie) przez kilka godzin dziennie. Wybierając placówkę warto więc mieć na uwadze przede wszystkim jakość podstawowej opieki: sposób żywienia, liczbę dzieci i opiekunów, posiadanie kawałka ogródka/placu zabaw, kontakt między opiekunami a dzieckiem, obowiązujące zasady itd. Multum atrakcji i fajerwerków to tylko dodatek. Kolorowy i przyciągający, ale tylko dodatek.

3.7.16

Rzadko piszę o naszych wyjazdach. Głównie dlatego, że ostatnimi wolnymi czasy kręcimy się jedynie w trasie Kraków-babcia jedna-babcia druga-Kraków. Hanek, młodsze pacholęcie, fanką podróży nie jest, a ja fanką masochizmu z Hanką na pokładzie również nie. Stąd też nasze podróżnicze dalekie destynacje są pieśnią tak samo dalekiej przyszłości. Dość powiedzieć, że jedyną moją reakcją na mężowe hasło: "Jedziemy do Bułgarii?" było: "Chyba ty!".

Krótkie wypady w okolice wszelakie nam się jednak zdarzają. Szczególnie polecić chcę miejsce, gdzie można spędzić przed- czy popołudnie równie zdrowo jak przyjemnie. Nie ukrywam, że to  propozycja szczególnie kusząca dla Krakusów: nam tam niedaleko, a gdy się jest zmotoryzowanym, to już w ogóle. Jeśli brak pomysłu na zagospodarowanie dzieciarni, a masz do dyspozycji kilka godzin, a trzy w zupełności wystarczą, to pędem zdążajcie ku Wieliczce. I nie, nie do kopalni. Do tężni!

Tężnia solankowa w Wieliczce jest z założenia miejscem terapeutycznym dla osób borykających się z wszelkimi niedomaganiami układu oddechowego. Mamy na pokładzie alergiczkę z nawracającymi zapaleniami oskrzeli, więc pierwszy raz udaliśmy się tam właśnie z tego powodu. Inhalacje solnym aerozolem zostały zaproponowane przez lekarza jako kuracja wspomagająca oraz na wzmocnienie pannowej odporności. Ale jeździmy tam również dla dobra zdrowotnego całej familii, by przeczyścić drogi oddechowe codziennie męczone krakowskim syfopowietrzem. Stąd to opcja dla każdego.

Miejsce jest fajnie pomyślane. Efekt terapeutyczny inhalacji uzyskuje się po półgodzinnym pobycie w tężni. Jak dorosły nie ma problemu, bo sobie zawsze może wziąć książkę, gazetę, film na tablecie, to zazwyczaj dzieciarnia aż taka skłonna do siedzenia w jednym miejscu nie jest. Lekarstwem na nudę jest wieża widokowa z dwoma poziomami, na którą można się z dziećmi wdrapać i podziwiać okolicę, w skrajnych przypadkach skupiać się tylko na wdrapywaniu. Dookoła sporo ławek, fontanna, zadaszenia. Wiele nie trzeba wysiłku, by przetrzymać małoletnich choćby i te pół godziny.

("Mamo, nie udawaj, że mnie tak kochasz, lizaka i tak mi nie kupiłaś")

Niebagatelną zaletą jest bliskość fajnego placu zabaw, który w kryzysowych sytuacjach stanowi nagrodę za cierpliwość inhalacyjną. (Ujęcie na plac, wcale nie na tulącą się Hankę-odkryte-ucho).

Placyk bez zadrzewienia, ale komu gorąco, to może zmykać do równie nieodległego Parku Św. Kingi. Tam znów kolejna atrakcja, jeśli tylko jest sobota i godzina okołopołudniowa. W tym bowiem czasie (dokładnie od 11.00), w sezonie letnim odbywa się koncert orkiestry górniczej. Powiecie, eee, co to za atrakcja dla dzieci... No to spójrzcie na Lulkę. Blisko półtorej godziny! Na jej własną prośbę!

Jako, że wakacje, to naprawdę zalecam udać się tam w upały, bo po przekroczeniu progów tężni temperatura wokół nas spada o dobrych kilka stopni, a w samej wieży, to nawet o kilkanaście. Ale, jak widać na załączonym obrazku drugim, bywamy tam również wczesną wiosną. Zwłaszcza wtedy, gdy się matce nie chce sprawdzić, czy już otworzyli, czy dopiero za kilka tygodni... W ogóle zastanawiam się, czy nie powinniśmy postarać się o karty stałego klienta, bo kto nas odwiedza, tam go zawozimy.

Z czystym sercem i sumieniem polecam: dobre miejsce na zdrowy relaks.
Bez zbędnego gadania, bo wszystkie szczegóły (cennik, godziny otwarcia, zalecenia itd.) znajdziecie pod adresem: Tężnia Solankowa w Wieliczce.