25.9.16


Całkiem możliwe, że zauważyliście, że zaczytuję się poradnikami z nurtu rodzicielstwa bliskości. Wynikło to z dotarcia do tzw. ściany, która nader rychło zmieniła się w ścianę płaczu (dla mnie, a czasem dla dzieci). Ściana zbudowana przez nadmierny poziom decybeli, kiepską komunikację, ogólne zniechęcenie wychowawcze i poczucie, że to nie tak miało wyglądać. Jedynym rozwiązaniem wydało się od niej odejść, najlepiej w innym kierunku niż się doń przywlokło. Kilka (wirtualnych!) wypraw do księgarni, łapane minuty w ciągu dnia i wieczorami i powoli coś tam zaczyna świtać. 

Przechodzimy etap konfliktowy między pannami. Obie się przemieszczają, obie coś tam artykułują werbalnie i niewerbalnie, obie czegoś chcą (a najczęściej tego, co ma druga) i nieustannie wkraczają na swe terytoria. W związku z wzrastającym poziomem dzieciowej i matczynej frustracji, oraz w celu zapobieżenia błędom rodziców własnych sięgnęłam po chyba najgłośniejszy poradnik traktujący o relacjach między rodzeństwem.

„Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością” autorstwa Adele Faber i Melanie Mazlish. Od razu zastrzegam, że kultowe w pewnych kręgach „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…” jeszcze na mnie czeka, ale kwestia komunikacji z i między siostrami wydała mi się w tym momencie priorytetowa.

Jakie wnioski po lekturze?
Czuję się podbudowana (przez liczne przytaczane przykłady, że nie tylko ja mam dwie temperamentne dziouchy w domu) i wzmocniona w chęci zmian (poprzez budujące relacje osób, które wdrożyły proponowane zalecenia). Jednocześnie jestem świadoma wysiłku, jakiego będzie wymagać wdrożenie tych zmian. Najprościej mówiąc przyjdzie nam zmienić perspektywę. 

Do tej pory wydawało mi się, że rodzice (my!) stanowią najwyższą instancję, od której działania w największym stopniu ma zależeć rodzaj relacji, jaka nawiąże się między dziewczynami. Autorki natomiast zalecają zejście z piedestału i wejście w rolę przede wszystkim bezstronnego obserwatora, w trudniejszych sprawach - mediatora, a jedynie w sprawach zabetonowanego impasu lub bezpośredniego niebezpieczeństwa – odgórnego decydenta. 

Jak ma to wyglądać w praktyce? 
Nie ingerować w konflikty, gdy nie trzeba, dać dzieciom czas; nie narzucać rozwiązań sporów, pozwalać dzieciom (w miarę możliwości i z baczeniem na ich bezpieczeństwo) zakończyć konflikt w taki sposób, jaki same opracują; pomagać im werbalizować odczuwane emocje, bez ich oceniania. Wymieniać można by długo, wspominam o tych punktach, które w tym momencie i w naszej sytuacji mogą okazać się kluczowe.

(Pełna zmiana perspektywy możliwa jest chyba dopiero, gdy każde z rodzeństwa potrafi się wystarczająco wyraźnie dla drugiego komunikować werbalnie. W przypadku słabo-jeszcze-mówiących dwudziestoparomiesięczniaków, wsparcie rodzica, bez zajmowania strony, zdaje się być konieczne.)

Postępowanie rodziców umożliwiające nawiązania zdrowej relacji między rodzeństwem (zwróćcie uwagę, że nie mówię tu o obowiązkowej miłości!) łączyć się musi, według Autorek, jeszcze z innymi aspektami. Powinno uwzględniać odrzucenie faworyzowania, porównywania, (zarówno in minus jak i in plus) oraz narzucania funkcji dzieci w rodzinie (najprostszy przykład to obowiązek starszego w pomocy przy młodszych, ale również: "starszy to taki zdolny i grzeczny, a młodszy to perszing szalony"). Mocno ciekawą kwestią jest natomiast eliminacja równego traktowania na rzecz traktowania według potrzeb. Najkrócej mówiąc dzieci nie dostają po równo (słodyczy, bluzek, ale również czasu!!), lecz tyle, ile wymagają w celu zaspokojenia swoich potrzeb. Jest to zagadnienie, które wymaga ode mnie sporej myślenicy, więc pozwólcie, że chwilowo wyślę was do książki, ok?

Na koniec już podzielę się ostatnią myślą, która zaświtała mi podczas lektury: 
W wychowaniu rodzeństwa nie chodzi o to, by w domu panowała cisza i spokój. Chodzi raczej o to, by każde dziecko czuło się sprawiedliwie traktowane z poszanowaniem własnej oraz cudzej! indywidualności.

Co Wy na to? (Książkę oczywiście polecam z całego serca!)





Adele Faber i Elaine Mazlish
"Rodzeństwo bez rywalizacji. Jak pomóc własnym dzieciom żyć w zgodzie, by samemu żyć z godnością" Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2013. Tłum.: Beata Rumatowska

12.9.16

okropne zabawki, najgorsze zabawki

Przyznajcie się, na pewno macie jakiś znajomych, również rodziców, którzy działają wam na nerwy z różnych powodów. Bo np. fundują wam miliony "dobrych" rad, ich dzieciaki zawsze najmądrzejsze, najpiękniejsze i sikają do nocnika odkąd skończyli pól roku, a twoje to takie rozwydrzone chyba albo z innym ADHD. Jeśli z jakiekolwiek powodu macie ochotę na słodką zemstę lub małą złośliwość, to wiem jak to zrobić: a) mało dosłownie; b) nie bezpośrednio i c) pod przykrywką dobrego wychowania. 
Sposób jest banalnie prosty. Na najbliższą okazję (a wspinając się na wyżyny perfidii - nawet bez okazji!), sprezentujcie ich milusińskim jeden z proponowanych prezentów, bo takie fajne dzieci przecież mają. A potem delektujcie się w wyobraźni ich nieopisanym cierpieniem. 

Prezent pierwszy - instrument muzyczny
Wachlarz możliwości nieograniczony, ale zasada jedna - im głośniejszy, tym gorzej (tzn. dla was lepiej).
Pokuszę się o hierarchię, w której o pierwsze miejsce walczą grające pianinko i najprostszy w świecie flet. Grające pianinko ma ten dodatkowy plus, że potrafi rozświergolić się pod byle muśnięciem. I niech się męczą z ponownym usypianiem ledwo położonej dzieciarni. O!

Prezent drugi - zestaw magnesów na lodówkę/tablicę
Ale wiecie, taki konkretny zestaw, którego elementów umiejętność znikania graniczy z magią. W końcu dziecko kumate zacznie sprawdzać kompletność, a przy jakimkolwiek braku to rodzic, przecia nie dziecię, będzie się tarzać pod łóżkami, za szafami, by to jedne durne "u" znaleźć. W desperacji grzebać będzie nawet w odkurzaczu lub najbliższym koszu na śmieci. Miła oku wizja, co nie?

Prezent trzeci - Lego
Nieśmiertelne narzędzie tortur każdego rodzica (dzieci jakimś dziwnym trafem uważniejsze w tym względzie, stopy, ach me stopy!). Wy litujecie się na widok kulejącej matki "o biedna, znowu klocek?", by przy dobrych wiatrach śmiać się w duchu, gdy z ust dziecięcia znajomych wypływa radosne "Ciociu/wujku, a mama powiedziała: k...a mać!". Znawcom tematu nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Prezent czwarty - kolorowanki
Najlepiej tysiąc pięćset sto dziewięćset w jednym ogromnie tłustym zeszycie. I zapełniaj matko czy ojcze z dzieciem kolejne miśki, traktory i kaczki, bo czas z dzieckiem spędzonym zawsze procentuje. Rysuj, rysuj, aż ci ręka nie odpadnie... Po dziesiątym rodzic mięknie, po czterdziestym zaczyna kląć na czym świat stoi, a to nawet nie połowa. Przy setnym szuka kryjówek we własnym metrach czterdziestu, by nie usłyszeć znowu: "mamo, choć ze mną pokoloruj!"... A ty zacierasz ręce z uciechy, chciało mu się dziecka, niech ma!

Prezent piąty, najlepiej w pakiecie z czwartym - zestaw plastyczny
Jak dobrze poszukacie to znajdziecie takie podręczne walizeczki z milionem farbek, wiecznie łamiących się kredek, mazaków ze znikającymi skuwkami, klejem, nożyczkami itd. Opcja poprawiania i ubarwiania świata nieskończona. A przy następnej wizycie niby przypadkiem rozglądnijcie się za śladami artystycznej działalności progenitury znajomych. Gwarantuję, że długo szukać nie będziecie, a wstyd rodziców z nie-wiadomo-kiedy pomazanej ściany - bezcenny!

Wiecie jaka jest dodatkowa zaleta każdego z tych prezentów? 
Mocno się nie wykosztujecie, a porządnie dacie w kość tym przemądrzałym, zawsze-wygadanym znajomym, co to ich dzieci zawsze hop do przodu!, centyle i wszelkie normy przeganiające. 

Skąd przekonanie o ich skuteczności w psuciu nastroju, wzroście frustracji i bolących stopach?
Bo własnym dzieciom je prezentowałam nie ucząc się na błędach i pomazanych ścianach.
Głupia matka, głupia, a w swej głupocie niech i inni poznają ten ból!


PS. Choć nie, flet to sprawka teściów!

8.9.16


Zatrzęsło mną. Korzystając z Hankowej drzemki i zaległości internetowych szperałam tu i ówdzie natrafiając na wpis/artykuł/cholera wie co dotyczących zaleceń  nawadniania ciała dziecięcego. Zanim postukacie się w głowę, o czym bredzę, zapraszam tu -> KLIK, bo to nie ja bredzę, ale autorka.

Do dzisiaj sprawa wydawała mi się prosta. Najlepszym sposobem zaspokajania pragnienia jest wzięcie w łapę szklanki/butelki z wodą i pociągnięcie z niej. A tu się okazuje, że nu, nu, pijąc wodę robisz sobie krzywdę. A co gorsza, namawiając dziecko do picia wody robisz krzywdę i jemu.

No dobra, może trochę dramatyzuję, ale lektura powyższego tekstu daje wyraźnie do zrozumienia, iżby w najoptymalniejszy sposób nawodnić ciało dziecięcia należy nie dawać mu wody, ale wodę z czymś. Propozycji jest kilka: sól, cytryna, miód, soki owocowo-warzywne - do wyboru do koloru. Nawet jeden z podpisów mówi wprost: "sok jest lepszy niż woda"!

No i tu matka rąbie głową w ścianę, bo szlag ją trafia. Ogromny szlag. Jak się wszelkie babcie i teściowe dorwą do artykułu, to mamy, kolokwialnie mówiąc, przerąbane. Precz pójdzie woda mineralna, w ruch ruszą soczki i herbatki na każde skinienie dziecięcia. Bo tak przecia piszą w internetach!

Pierwsza sprawa
Woda to woda. Najbardziej naturalny i niezbędny do życia! płyn  używany do gaszenia pragnienia. Jakoś nie wyobrażam sobie, by nasi wcześniejszy krewniacy lub inne zwierzęta przyrządzały się rozcieńczone napoje wodosokowe gdzieś nad strumieniem czy przy innym wodospadzie. Zwierzęciu chce się pić to pije wodę z najbliższego źródła. Niczym się pod tym względem od zwierząt nie różnimy. A jak ktoś rzuci, że ludzie pierwotni zajadali się padliną, więc nie ma się do czego odnosić, ty wybaczcie, ale zmilczę.

Druga sprawa
Sok, nawet jeśli rozcieńczony, to źródło cukru czyli paliwa energetycznego, jego mniejszej lub większej ilości w bardzo łatwo przyswajalnej formie. Jak się człowiek nim opije to nie ma bata, by miał apetyt na coś innego. Myślicie skąd się bierze często tzw. niejedzenie dziecięce? Ano z takich właśnie soczków popijanych między posiłkami. Potem matka rwie włosy z i tak przerzedzonej czupryny, że dziecko konkretnego posiłku nie chce jeść. Jak ma zjeść, skoro po szklance soku dostaje potężnego kopa energetycznego

Trzecia sprawa
Częste popijanie soków czy nawet wody słodzonej miodem powoduje nie za fajne przyzwyczajenia. Dziecko od maleńkości wyczulone jest na słodkie i może się okazać, że za chwilę niczego w smaku obojętnego do picia nie weźmie i koło się zamyka. 

Czwarta sprawa
Nie, dodanie szczypty soli czy kilku kropel cytryny do butelki z wodą nie wzbogaci nam jej znacząco w składniki mineralne czy witaminy. Za mała dawka, mówiąc krótko.

Nie twierdzę, że picie innych napojów niż woda jest złe. Soki, zwłaszcza domowej roboty, zawierają sporą ilość witamin, minerałów, związków antyutleniających etc., natomiast nie zawierają pełnej gamy substancji obecnych w całym owocu czy warzywie. Chociażby błonnik zawarty w miąższu, chociażby skórka, która zawiera znacznie więcej składników prozdrowotnych niż miąższ. I kaloryczność porcji soku jest wyższa niż porcji owocu ze względu na wyższą zawartość cukru. 

Nie sugeruję, że kategorycznie tylko woda, bo inaczej biada naszemu zdrowiu i dziecięcym przyzwyczajeniom. Sama mam problem z sumiennym nawodnieniem, nie tylko zresztą ja. Chciałabym tylko, by w szeroko dostępnych mediach nie pojawiały się sensacyjne hasła pt.: "Dzieci nie powinny pić czystej wody!" (chyba, że mówimy o destylowanej, ale kto o zdrowych zmysłach pije destylkę?) lub "trzeba umieć pić wodę!" czy też "woda sama w sobie nie jest złem" (say... what?!). 

Tu naprawdę nie ma wielkiej filozofii. Należy pić przede wszystkim wodę według jednej zasady: mało a często. Jak najbardziej do zrealizowania przez dorosłego i przez dziecko. Czy nie?

5.9.16

Ostatni tydzień wakacji nakierowany był na czas tylko z Lulką. Przedszkole nieczynne, Hanek do swojego poprzedniego żłobka jeszcze uczęszczała, tatusiek pracoholik - wiadomo w pracy. Nie uśmiechało nam się gnić w czterech ścianach czterdziestu metrów, a że pogoda była naprawdę cudna, to czas na misję: miasto. Dziecię mobilne, w miarę piechurowo wytrwałe, więc nic tylko planować kilkugodzinne wyprawy, tak by obowiązkowy plac zabaw pod wieczór jeszcze zaliczyć. Sobie na przyszłość, a Wam ku inspiracji chcę pokazać, jak na cztery sposoby fajnie spędzić z parolatkiem kilka godzin w Krakowie. Jedynym kryterium, które każdorazowo musiałam uwzględniać był dojazd tramwajem. Zgadnijcie, kto się na tramwaje upierał ;)

Zdziwicie się może, że opowiem o oczywistościach. Fakt, mieszkam tu dobrych parę lat, ale tak naprawdę kiepsko znam to miasto. Wstyd? Zapewne,  ale jak nie z dzieciem, to kiedy poszwendać się po znanym-nieznanym?

Kierunek pierwszy - Bulwary Wiślane.
Już widzę, jak przewracacie oczami. Co? Obowiązkowy punkt każdej wycieczki? Eee tam...
Ano tak to. Jak sobie szybko policzyłam, około trzech lat nie spacerowałam tamtędy. Albo inaczej - najczęściej bywało, że szłam, by dojść, a nie by iść, więc postawiłam na "iście". W międzyczasie zaliczyłyśmy drugie śniadanie pod mostem, martwą świnię w Wiśle (znaczy jako dzieło sztuki?!) i obowiązkowego Smoka. Ten Smok ma jakąś magiczną siłę przyciągania. Ilekroć przebywamy w jego bliższej okolicy, Lulka się upiera, by go odwiedzać. Najpiękniejsze natomiast było to, jak mogłyśmy bez przeszkód, na spokojnie ze sobą trajkotać nie rozpraszając się nadmiernie atrakcjami. Z czterolatką już można.

Kierunek drugi - Podgórze
Trasę, którą pokonałyśmy, zaczerpnęłam z portalu Trasa dla Bobasa. Serdecznie polecam wszystkim Krakusom i nieKrakusom, gdy brak weny pt. gdzie by tu dzisiaj podjechać. Dokonałyśmy pewnych modyfikacji względem pierwowzoru, ale i tak przypomniałam sobie dlaczego zawsze tak dobrze mi się Podgórze kojarzy: Kopiec Kraka (bodaj najbliższy dla nas dojazdowo-odległościowo), jeden z licznych fortów, najmniejszy kościół w Krakowie, urokliwe wille i mnóstwo, mnóstwo zieleni, w której mogłyśmy się schować w jeden z najgorętszych ostatnio dni. A przy powrocie obowiązkowa kłódkowa Kładka Bernatka, do której podłączenie zaplanowałyśmy przy najbliższej okazji.


Kierunek trzeci - Kazimierz
W rejony Kazimierzowskie udałyśmy się w celu odwiedzenia Muzeum Inżynierii Miejskiej (wystawa interaktywna "Wokół koła" - raczej dla szkolnych dzieci, ale Lulka i tak znalazła dla siebie czterokołowy wózek(?) i zamek z ogromnych poduch, który można bezkarnie burzyć; "Tramwaje na Wawrzyńca" - chyba nic nie muszę dodawać ;), stare samochody - zachwycają i małych i dużych). Potem jednak jakoś takoś poprowadziłam Lulkę, że przedreptałyśmy dzielnicę w poprzek.  Wyprawa na Kazimierz mogłaby jeszcze obejmować Muzeum Etnograficzne, ale na moje oko lepiej pojechać tam osobno. Onegdaj  spędziliśmy tam półtorej godziny, bo Lulka pytała o każdy eksponat, zachwycała się każdym strojem i ciągle wracała do zrekonstruowanej chaty góralskiej z podwieszoną do sufitu kołyską ;) Koniec końców Lulka dzielnie wypatrywała lodów(doczekała się pysznych i wielkich w Good Lood!), ja się dziwowałam jak bardzo okolica się zmieniła.


Kierunek czwarty - Muzeum Lotnictwa Polskiego
Jak to, do jednego muzeum na kilka godzin? Ano już szybko tłumaczę. Muzeum Lotnictwa to nie tylko budynki, ale również ekspozycja zewnętrzna setki z okładem samolotów różnej maści. Jest gdzie chodzić, co oglądać. Znalazło się również miejsce przeznaczone dla dzieci, gdzie mogą zasiąść za sterami prawdziwego, choć nieco leciwego pojazdu powietrznego. Lulka za stery wsiąknęła, a ja miałam czas, by na spokojnie sprawdzić internety ;) Minipark obok budynku głównego jest natomiast idealnym miejscem na piknikowe drugie śniadanie, co oczywiście uskuteczniłyśmy.


Jeszcze kilka tygodni temu nie sądziłam, że kilkulatki i muzea mogą się tak fajnie ze sobą łączyć. Jeżeli się zastanawiasz, to przestań, tylko idź! Coraz więcej placówek ma przygotowane elementy ekspozycyjne w większym lub mniejszym stopniu interaktywne, a dzieciaki poznają przez wszystkie zmysły, nie tylko wzrok. Mimo tego, że progenitura twa pokona zapewne powierzchnie wystawowe w tempie mocno mocnym, to nadspodziewanie wiele w głowie jej zostanie, a wtedy przyczynki do wspólnych rozmów, zabaw, rysowań są nieskończone. A dodatkową zachętą niech będą darmowe lub często zniżkowe dni. O!

To tyle moich sposobów, a teraz Wy podzielcie się swoimi!

28.8.16


Carlos Gonzales jest autorem bestsellera "Moje dziecko nie chce jeść" znanego chyba wszystkim, którzy na jakimkolwiek etapie rodzicielstwa zetknęli się z problemami niejadkowymi. O czym nie wiedziałam, jest również cenionym pediatrą piszącym o rodzicielstwie jako takim.

"Mocno mnie przytul" to książka kładąca szczególny nacisk na obalanie mitów wychowawczych, z którymi styka się każda matka i ojciec. Autor zmierza się z nimi używając często dowodów naukowych, ale jeszcze częściej zdrowego rozsądku. Nierzadko zestawia współczesne, z naciskiem na zachodnie, rodzicielstwo z tym bardziej "pierwotnym".

Myśl przewodnia, która szczególnie wpadła mi do głowy, mówi jak bardzo odeszliśmy od natury w kwestii opieki nad dzieckiem. Gonzales, podobnie jak i kiedyś przeze mnie wspominany Ian McEwan, dziwi się, jak łatwo pole decyzyjne w zakresie dzieci oddaliśmy różnej maści autorytetom z tytułami naukowymi, a także (sic!!) pediatrom. Jak daleko oddaliliśmy od normalności w reakcji na potrzeby dziecka, przemianowując je jednocześnie w chciejstwa i fanaberie.

Pomimo nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ludzkiego gatunku i cywilizacji, nasze (dzieci i matek) podstawowe potrzeby, reakcje i zachowania w ogromnej mierze determinowane są czynnikami genetycznymi a dopiero potem wzorcami kulturowymi. A ewolucyjnego dziedzictwa nie da się wyrzec od ręki. Każdy trend w wychowaniu dostosowany do współczesnego trybu życia z góry skazuje matkę i dziecko na frustrację oraz zapewnia średnią (co najwyżej) skuteczność, gdy nie szanuje wrodzonego instynktu i zachowań, które zapewniały nam przetrwanie przez tysiące lat.
"W chwili narodzin nasze dzieci są w zasadzie takie same jak te, które rodziły się tysiące lat temu. (...) doszło do ogromnych zmian kulturowych, ale nie doszło do żadnych godnych uwagi zmian genetycznych, które dotyczyłyby dzieci. Spontaniczne zachowanie niemowląt, postępowanie jakiego od nas oczekują, sposób w jaki reagują na różne traktowanie, nie zmieniły się od dziesiątek tysięcy lat."

Można się z tym nie zgadzać, może nas to wkurzać. Ale jeden fakt jest niezaprzeczalny: ewolucja zachowania nie zachodzi w przeciągu jednego pokolenia. 

"Kiedy zostawiasz dziecko w łóżeczku, to wiesz, (...) że jesteś w odległości zaledwie kilku metrów, w sąsiednim pokoju i natychmiast przyjdziesz, jeśli pojawi się choćby najmniejszy problem. Jednak twoje dziecko tego nie wie. Nie może wiedzieć. Reaguje dokładnie tak samo, jak w tej samej sytuacji zareagowałoby dziecko z paleolitu (...). Jego płacz nie stanowi reakcji na prawdziwe niebezpieczeństwo, ale na sytuację rozłąki, która przez całe tysiąclecia niezmiennie oznaczała zagrożenie."
Od zawsze naturalne dla naszego gatunku jest karmienie dziecka piersią, noszenie na rękach, spanie z rodzicami. Ale również częste nocne karmienia, nocne pobudki i głośny płacz, gdy matka znika z pola widzenia. Dla współczesnych matek często nie jest to super wygodne, sama nie jestem za ortodoksyjnym zalecaniem (i obrażaniem przeciwników) karmienia piersią, chustowania, współspania itd. Natomiast dobrze mieć świadomość, że wspomniane elementy nie są "współczesną fanaberią świrniętych ekomatek", lecz naturalną instynktowną opieką nad ludzkim dzieckiem. I grunt pod tę świadomość dobrze przygotowuje Carlos Gonzales.

Wszystkie cytaty z:
Carlos Gonzales "Mocno mnie przytul. Jak zbudować i utrzymać silną więź w rodzinie". Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2016. Tłum.: Jowita Maksymowicz-Hamann, Beata Ulanicka 

Ps. Omawiany zakres nie jest jedynym zagadnieniem poruszanym w książce. Sporo miejsca poświęcone jest przemocy, karaniu, nagradzaniu. I w tej tematyce C. Gonzales podaje cenne informacje warte zapoznania się. Ale to byłby już materiał na oddzielny wpis :) Tymczasem pędem do czytania!

26.8.16


Dzisiaj przedstawię Wam sposób, jak łatwo matka może sama posądzić się o paranoję i problemy natury psychicznej. Co istotne, acz mało oczywiste, nie wymaga on aktywnego uczestnictwa dzieci (trudno uwierzyć, prawda? ;). Przytrafiło się mnie, może przytrafić się Wam. Z troski o Wasze (nomen omen) zdrowie psychiczne apeluję więc o rozwagę i skupienie.

Poranek. W przypadku posiadania dzieci zawsze zbyt wczesny. Matka wstaje niepewnie, pierwsze kroki kieruje do kuchni (kaawaaa!!) i łazienki. Robi, co ma robić, przemywa ślepia, ogarnia włosy, by jakoś schować ponocne gniazdo, przebiera się w dzienne ciuchy typu dres. Zaczyna dzień z dziećmi u boku. Dzień jak co dzień, w pędzie, szale, czasem tylko chwilka, krótszą lub dłuższa, by odetchnąć. Matka czuje jednak, że coś jest nie tak. Z rana nie zwraca na to uwagi, póki nie otrzeźwieje po nocy, wszelkie nietypowe symptomy bierze jako efekt niedo(wy)spania. 

Im dalej w dzień, tym większych nabiera podejrzeń, że coś tu wyraźnie nie gra. Nie gra, ale ewidentnie dźwięczy. Sprawdza co i rusz, czy dzieciarnia nie wygrzebała znienawidzonego tamburyna, ale dźwięk ten jest dosyć delikatny, dobiegający z oddali, jakby ktoś dzwonił za matką z oddali. Nie jest to głos ludzki. Nie jest to nawet sąsiad z góry, bo gdy ten zaczyna śpiewać, to nie sposób pomylić go z niczym innym. Nie jest to dźwięk stały, pojawia się nagle, by na za chwilę zamilknąć. Matka próbuje to ignorować, ale po kilku godzinach nie jest to już takie proste. Za każdym razem pyta córki starszej, bo z nią można się już dogadać, czy coś słyszała. Ta, po kilku przeczących odpowiedziach, zerka na matkę jakoś z ukosa. Matka wcale się nie dziwi. Pyta więc męża, gdy ten wraca z pracy, lecz uparcie twierdzi, że jej się wydaje. Ale jak może się wydawać przez cały dzień, do diaska?! 

Gdy nadchodzi wieczór, a dzieci już chrapią, matka robi rzecz najgorszą czyli otwiera Internet. Po zapytaniu "co oznacza dźwięczenie w głowie?" i przeglądnięciu kilkunastu forów widzi całe spektrum dolegliwości: od utraty słuchu do galopującego raka poganianego przez "mój dziadek miał tak trzy dni przed śmiercią". Podłamana takimi sugestiami zrzuca omamy na stres tudzież rozstrój psychiczny spowodowany posiadaniem dwóch wrzaskunów. Po pierwszej w nocy zamyka okno szatana i decyduje się, biorąc przykład ze Scarlett, że pomyśli o tym jutro. Udaje się do łazienki, ogarnia co trzeba, myje, rozpuszcza włosy i..... rzęsiste "no żesz ty!!" w wersji dla dorosłych wypływa wraz z westchnięciem ulgi. To tylko gumka. Lulkowa gumka do włosów, Christmas Edition z obowiązkowym dzwoneczkiem.

No żesz ty!!!!

17.8.16

Wychowanie, rodzicielstwo

Zagłębiam się w tematykę rodzicielstwa bliskości. Coś tam czytam, coś przeglądam, ekspertem ani ortodoksyjnym praktykiem zapewne nigdy się nie stanę (ach, ten mój choleryzm!). Próbuję raczej łapać wskazówki, porady, inny punkt widzenia. Po lekturze sztandarowej pozycji w tym zakresie - Agnieszka Stein "Dziecko z bliska" - trochę się w głowie rozjaśnia. Inaczej patrzę na dziecko, i aż mi głupio, że niektóre koncepcje nie były u mnie tak pewne. Widzę również, że jedna, bardzo ważna rzecz kompletnie mi umknęła w trakcie całej drogi rodzicielskiej . A jest to rzecz tak prosta, że wielka.

Zajmowanie się dzieckiem to czasem jedna wielka mordęga i walka. Prośby, groźby, podchody, sztuczki i szantaże. Po całym dniu człowiek pada na twarz ze zmęczenia i zastanawia się, co idzie nie tak, dlaczego to takie trudne. Trąbią mu w głowie wyrzuty sumienia, niewypowiedziane "przepraszam", świadomość wybuchów o rzeczy tak naprawdę mało istotne. Człowiek tłumaczy je sobie kolejnymi dzieciowymi buntami, złośliwościami, własnym zmęczeniem, niespełnionymi potrzebami, poirytowaniem na sytuacje poboczne i zwyczajnie jest mu głupio. Ja tak mam. Ty zapewne też.
Wtedy myślę o tej jednej zasadzie.

Przychodzi kolejny dzień. Dzieci szaleją, nie chcą wpasować się w plany, rytuały, na wszystko reagując sakramentalnym "nie". Mnie trafia szlag, mam ochotę znów zastosować kary, wymuszenia, drobne kłamstwa i oszustwa, byle tylko osiągnąć to, co zamierzam. I wtedy znów muszę przypomnieć sobie o tej jednej zasadzie, która brzmi:

Traktuj dziecko tak, jak sam chcesz być traktowany.

Chcę przebywać w środowisku bez przemocy, bez krzyku.
Nie chcę być wyzywana, ośmieszana, obmawiana czy w jakikolwiek sposób jednoznacznie oceniana.
Nie chcę być zmuszana wbrew swojej woli.
Chcę wyrażać swoje zdanie i być w nim wysłuchanym.
Chcę rozmawiać z drugą osobą, a nie tylko słuchać poleceń.
Chcę dyskutować.
Chcę mieć czas, by zrozumieć.
Chcę czasem płakać, śmiać się, krzyczeć i biegać, lub po prostu się zatrzymać.
Chcę mieć prawo do złego humoru i czasem się w nim wytaplać.
Chcę nie chcieć. 

Chcę, by inni respektowali prawo do tego wszystkiego, prawda? Więc dlaczego odmawiam tego swojemu dziecku?

Wdrukowuję sobie tę zasadę, by w każdej, zwłaszcza kryzysowej, sytuacji umieć wcisnąć pauzę i zapytać samej siebie: "Jak bym się czuła, gdyby ktoś bliski potraktował mnie tak, jak potraktowałam (lub chcę potraktować!) dziecko".
Zmienia perspektywę, zapewniam.

I zanim ktoś zacznie rzucać argumentami, że "nie zawsze się da; że sytuacje niebezpieczne; że dziecko to nie dorosły...". Tak, dziecko nie jest małym dorosłym; sytuacje niebezpieczne rządzą się swoimi prawami; rodzic też człowiek i to mocno nieidealny. Lecz im więcej razy uda mi się ta sztuka, tym więcej satysfakcji. Tak myślę, taką mam nadzieję.