31.12.13

 
Plan był inny.
Miałam dzisiaj pisać o bywszym roku: czym mnie zaskoczył, czym zadziwił, a kiedy dowalił.
Lecz jedyne co było pewne w tym roku, to taka karma, że większość planów paliła na panewce.

Zmiana więc nastąpiła i będzie o pamięci. Krótkiej pamięci.

29.12.13

Na początek wypada zapytać: Jak po Świętach?
Najedzeni, popici, zmarszczki na brzuchu wygładzone?
Mikołaj/Gwiazdka/Gwiazdor/Dziad Mróz
się sprawił czy trzeba raczej do okulisty wysłać?
A pod jemiołą całuśnie było w tym roku?
O odpowiedzi w komentarzach poproszę :)

Pozwolicie, że ja swe podsumowanie poczynię krótkie, zwięzłe, nierozwlekłe. Wybaczycie?

22.12.13

Planowanie i postanawianie tradycyjnie zostawia się na pierwsze dni nowego roku. U mnie inaczej. Istotniejsze, bo bliższe, wydaje się skupienie na samych Świętach. Dumam sobie, czego bym oczekiwała od tego okresu, który nie trwa przecież tak naprawdę tylko te trzy dni. I nie chcę pisać o walorach religijnych, bo krótko mówiąc, to nie moja bajka.

I chyba wiem, czego bym chciała na te Święta.

20.12.13





Dzisiejszy post chciałabym dedykować wszystkim tym, którzy czyszczenie ucha (zwłaszcza dzieciom) przy pomocy patyczków higienicznych uważają za bezpieczne, a wszelkie ostrzeżenia przed takowym postępowaniem jako bezzasadne.

19.12.13



Już jest. Ostatni tydzień. Piszą o tym. Dzielą się inspiracjami, pomysłami, przepisami, zdjęciami, radością. Idą Święta.

18.12.13

 

Zamiast zabawy- pokładanie się na przedpokojowej podłodze.
Zamiast wracać do domu - chce iść do żłobka.
Zamiast snu - zagorzałe kłótnie samej ze sobą. Albo z Dorotką czy inną szmacianą Agatką.

Miała być zdrowa. I była. Do czasu przezlaptopowej rozmowy z dziadkami. Znikąd uaktywnił się kaszel. Unsolved mystery.

Syrop na kaszel koniecznie do szesnastej. Ojciec daje po dwudziestej. I okrutna myśl: to co? dwa paluszki, by zapobiec atakowi nocnej duszności?

Zapomniane terminy, strach na karku, rozkaszlane dzieci w żłobku.
Na kolację surowe jabłka i ciastka popijane mlekiem. Wafel z rybą zagryzany bananem.
Rozbieranie w porze ubierania.

Noc. Cisza. "Przełóż dziecko, bo leży <na żabę>". Dziecię się rozbudza płacząc. Lulam, przytulam, całuję i nucę, ale słyszę tylko "siama". Więc kładę. Zasypia od razu. Po co ja?

Zamiast przedświątecznych gruntownych porządków, wciąż ogarniany tylko "rynek".
Matki chciana-niechciana nieobecność, ojciec przejmujący obowiązki macierzyńskie.
Spokój maskujący wewnętrzne sztormy.

A na koniec szlag Matkę trafia, gdy znowu słyszy, że prokreacja to albo bohaterstwo albo głupota.

14.12.13




Teczka Małego Ucznia dla trzylatków. Żłobek pod nazwą Akademii. Angielski i matematyka od pierwszego roku. Najbardziej chodliwe są książki/kolorowanki/płyty opatrzone przymiotnikiem: edukacyjne. Co z tego, że to zwykła kartka z narysowanym bałwanem - to przecież edukacja, lepszy start, pod tym hasłem można wszystko sprzedać. A rodzice się łapią, bo chcą dla dziecka jak najlepiej. Ba, ciężko nawet znaleźć jakąkolwiek zabawkę, która w opisie nie pełniłaby funkcji edukacyjnej.

11.12.13

Matka tylko jedna pisała kiedyś o kurierach, a ja bym chciała o Poczcie Polskiej. Dwa dni, a tyle radochy - część relacji znana z fb.

Dzień pierwszy:

Idą święta. Blogi i radio o tym niezwłocznie przypominają. Matka się wkręciła w prezentów nabywanie przez internet, więc i dowiaduje się nowych rzeczy o Państwowym Przedsiębiorstwie Pocztą Polską zwanym. 

9.12.13




Oto Matka walczy ze słomianym zapałem:

7.12.13




Mówię Wam ja, Matka, że ze Świnką Peppą jest coś konkretnie nie tak.

Moje dziecko telewizji/bajek/piosenek na YT ogląda max 30 minut. I to nawet nie codziennie. Na bieżąco z hitami dziecięcej animacji nie jesteśmy. Bo Matka preferuje raczej Reksie, Bolki i Lolki, Pszczółkę Maję, ewentualnie "Tik-tak, tik-tak, zegary ciągle chodzą....". Ok, to ostatnie to faworyt Luli.

6.12.13

W sumie poprzedni post o Mikołaju miał być inny. Miał brzmieć jak ten teraz.

Ale los płata figla, nastąpiło skumulowanie kiepskości dnia, więc wieść o straconych złociszach pogrążyła mnie dokumentnie.

A Mikołaj żłobkowy to była tak naprawdę szansa na pierwsze zdjęcia dziecia zrobione w tym przybytku. Dziwnym trafem zawsze Lulki nie ma, gdy żłobek imprezuje. Teoria o zakonnicy?
Teraz więc przyznaję się Wam, że z premedytacją Mikołaja do domu nie sprosiłam ani nawet jego darów. 

Pierwsza rzecz - na ile znam moje dziecię, to jest za małe, by zrozumiało sens i ideę tego święta. Tak samo cieszy się z nowej zabawki jak i ze starej przechowanej na miesiąc w czeluści szafy (tak, stosuję czasowy obieg zabawek ;). Po co ta paczka leży koło jej łóżeczka, skąd się wzięła i dlaczego właśnie dzisiaj? Na tłumaczenie, że wchodzi po nocy przez okno jakiś brodacz czerwony obawiam się, że zareagowałaby wieczornym skomleniem.

Po drugie - sądząc po reakcji dziecia na pana gazownika*, co to nas ostatnio odwiedził (buźka w podkówkę i rozpaczliwe "mama") oraz ogólnej niechęci kontaktu fizycznego z obcymi - to na pewno w żłobku odprawiłaby koncertową ucieczkę połączoną z seryjnymi "nie-nie-nie" przy jakiejkolwiek próbie posadzenia na kolana. Jakoś pewnie tak:


Więc nie będę jej tej atrakcji fundować w domowych pieleszach (choć dziękuję za Wasze rady :)).

A po trzecie - męczy mnie to wszechobecne przymuszanie: "kup, kup, kup, musisz dziecku, choćby miało 3 tygodnie, kupić coś, bo przecież są MIKOŁAJKI!!!". "Jak to: nic nie kupujesz? Mikołaja nie sprowadzasz? Naprawdę? Przecież dziecku będzie przykro jak nic nie dostanie". Taaaa, będzie przykro, dwudziestomiesięcznej dziewczynce nie znającej tej tradycji. I powątpiewający wzrok mówiący "Co z Ciebie za matka?" Ano taka.

Poczekamy te trzy tygodnie, klimat inny, bardziej rodzinny, spotkaniowy, choinka, świeczki, zapachy, więcej czasu dla siebie - wiecie o co chodzi. Wtedy dawanie prezentów, nawet dla średnio kumatej 20-miesięcznicy, będzie większym przeżyciem, większą radością i dla niej i dla nas.

Więc całą magię szóstogrudniową z pisaniem listu zostawianego na parapecie, wystawianiem skarpety koło łóżeczka zostawiam na następny rok. Mnie jest z tym dobrze. Lula też nie narzeka. Ktoś powie, że skąpię na dziecko, że Matka samolubna/leniwa, bo tradycji nie przekazuje, magii, czarów, radości prezentowania czy czego tam jeszcze. Albo po prostu popatrzy dziwnie. Oficjalnie biorę to na klatę.



* I wiem, że z Lulą w domu gachów przyjmować nie mogę, bo od razu się Tatusiowi wygadała, że "Pan! Pan!" był dziś u Matki.

PS. Last but not least: Oficjalnie stwierdzam, że Mamaronia jest kobietą kompletnie nieprzewidywalną. I dzięki niej, zamiast Mikołaja dla Lulki, Matka dostała różowe okulary. Od Mikołajki ;)

Źródło zdjęcia

5.12.13



Jak wiecie, średnio jestem zorganizowana. Nie prowadzę podsumowań kolejnych miesięcy życia dziecia, choć byłoby to świetną pamiątką (no, oprócz półtoraroczniactwa ;). Znaczy, wróć, na swoje potrzeby, bardzo skrótowo w prywatnym kajeciku to i owszem, ale żeby pięknie w słowa ubrać to już nie bardzo.

4.12.13

Się stało. Zaliczyłam pierwszą konkretną wtopę w mojej krótkiej bo krótkiej karierze blogowej. Na szczęście mogę zrzucić winę na dziecię, chłopa i całe życie dokoła. Zresztą na fanpejdżu już to ochoczo uczyniłam.

3.12.13

30.11.13

 

Myślałam, ze sama nie będę popełniać postu typu: dlaczego jestem blogerem, co mi daje i czy przynajmniej czegoś nie zabiera. Ale jak wiadomo zamierzenia swoje, rzeczywistość swoje. Tak naprawdę natchnął mnie post niedoskonałej mamy, która blogosferę parentingową sprowadziła do środowiska pełnego sfrustrowanych bądź nadmiernie najaranych radością (prawdziwą czy udawaną, to już inna kwestia) ludzi dodawszy do tego tylko szczyptę takich, którzy rzeczywiście mają coś fajnego i mądrego do powiedzenia/pokazania. Ok, może nadmiernie uprościłam, może nie zrozumiałam, ale pozytywów niewiele tam znalazłam. Post, notabene, zamieszczony na blogu parentingowym, który, żeby nie było, lubię i czytam regularnie.

29.11.13

 

Temat wymagań rodzica w stosunku do dziecka jest zagadnieniem złożonym, skomplikowanym i ogólnie mówiąc trudnym. Oczekiwania zazwyczaj nie pokrywają się z preferencjami dziecka, więc najlepiej dać na wstrzymanie i pozwolić na samodzielne decydowanie zainteresowanego.

27.11.13




I przyszedł czas odszczekać słowa. Pokajać się i przyznać, że czasem człowiek się myli.
Bywszy flufciłam i na przychodnię moją i na lekarzy z owej przychodni, a dzisiaj takie mega zaskoczenie a posłańcem Mąż i Ojciec.

26.11.13

W taki dzień jak dziś najchętniej rzuciłabym wszystkimi zasadami w cholerę. 

W taki dzień jak dziś pozwoliłabym:
- oglądać bajki dłuzej niż te 10 minut do inhalacji i jakby nawet Monster-sronster High się podobało to bym puściła;
- rozebrać Ojcowego smartfona na czynniki pierwsze po uprzednim nim rzuceniu efektownie o ścianę;
- jeść non stop mieszając surowe śliwki z kanapką z drobiową;
- siurać w pieluchę, lizać okna i smakować wyjściowe buty;
- wchodzić na stół, pluć na mnie z góry do dołu, pogmerać w piekarniku, bawić się osełką.
Wszystko po to by, zyskać 15 minut na ekspresową drzemkę.

Lecz nie pozwoliła. Walczyłam ze sobą twardo. Choć z konsekwencją jako taką po drodze zazwyczaj nie mam, to w sprawach dzieciowych znają mnie jako zatwardziałą, więc głupio by było tak samej sobie strzelić w kolano, co nie?

I, o paradoksie, z kompletnego braku pomysłu uatrakcyjnienia wspólnego czasu postanowiłam upiec placka ze śliwkami. Bo chodził za mną + miałam nadzieję, że zabawy z mąką zajmą dziecię. Się udało. I placek i zajęcie czasu, choć nadspodziewanie szybko się ze wszystkim niestety uporałyśmy.

Niech mi tam nikt nigdy nie gada głupot, że opieka nad dzieckiem to nie praca tylko to przysłowiowe "siedzenie". Dzisiejsze 4 godziny sam na sam z dzieciem wymęczyły mnie, w końcu matkę nie od miesiąca, bardziej niż 8 godzin w pracy ze studenciakami.

Wychodzę z wprawy niestety.

24.11.13



Ileż to razy udzielałam takiej rady - czy to wirtualnie czy osobiście - innym zapracowanym, zmęczonym, nie dającym sobie rady matkom.
Ile razy mówiłam, że to żaden wstyd poprosić o przypilnowanie dziecka, zrobienie obiadu, zrobienie zakupów czy też po prostu o możliwość wyżalenia i poflufcenia na czym świat stoi.
Ile razy twierdziłam, że matka i ojciec to czasem za mało i potrzebna jest pomoc osoby trzeciej.

23.11.13

Luźne wnioski staną się cyklem? Znając moją słomianowość zapałową to skończy się na zapowiedzi. Ale niech tam!

Czy można przy 5 stopniach nie chodzić w czapce? 19-miesięczna Lulencja S. twierdzi, że tak. I demonstruje zszokowanym przechodniom jak kreatywnie i na 10 sposobów pozbyć się tego elementu garderoby z głowy ku wątpliwej uciesze Matki. 

***
 
Konsekwentnie za karę dziecię teraz chyrla, co skutecznie opóźnia standardową procedurę usypiania. 

***
 
Ku przestrodze: przed każdorazym zastosowaniem: mucosolvanu do inhalacji, banana lub wideorozmowy z Babcią skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż taki lek niewłaściwie zastosowany powoduje nadmierną ruchliwość, wesołość i szaleństwo niepełnoletniego.

***
 
Odpowiedzią na poszukiwania wszelakich zgub (klocka, kubka, misia, szczotki) jest odpowiedź "w domu". "Lulko, gdzie zostawiłaś kubek?" "W domu" "Wiem, że w domu, bo jesteśmy w domu, ale konkretnie w którym miejscu?" "W domu!"

***
   
Matka ma za mało zajęć domowo-roboczych, więc wraca do szydełkowania. Ot, taki paradoks.

***
   
Znów skoki narciarskie. Przypomniał mi to tym Mąż i Ojciec, który nigdy miłością doń nie pałał. Czy ktoś (oprócz mojej Mamy ;) też się na to tak cieszy?

***
 
Kevin nie zawiódł. Mąż i Ojciec odrobinę zazdrosny.

21.11.13




Plac zabaw – o tej porze roku mocno opustoszały. Choć jak by się przyjrzeć, nie do końca. W jednym kącie zostawiony rowerek dziewczęcy, w drugim duży jeździk. W piaskownicy walają się autka, pistolety, roboty, grabki. Jakby w pośpiechu zostawione przez dzieci jeszcze chwilę temu tu hasające.
 

17.11.13

Nie płakałabym w kącie, bo dziecię kolejny raz mnie odrzuca, a na tapecie tylko Ojciec, tylko pogodziłabym się: ten typ tak ma.

Nie zamartwiałabym się, że ściana porysowana kredkami i zamiast wkurzania się, że gumka do mazania to jakaś ściema, machnęłabym ręką i rozsądnie stwierdziła, że przecież to dopiero początek interakcji dziecię-kredki-ściana.

Nie zaprzątałabym sobie głowy wymyślaniem zabaw jakichś edukacyjno-rozwojowo-interakcyjnych-ulala!, tylko siedziała ze smartfonem w łapie raz po raz rzucając okiem tylko czy dziecię sobie jeszcze krzywdy nie zrobiło.

W czasie drzemki dziecia spałabym i ja zamiast wymyślać sobie tysiące super-pilnych rzeczy do zrobienia. 

Nie wkurzałabym się trzema praniami suszącymi się równolegle w łazience, pokoju i balkonie, smęcąc że nic nie wyschnie i wszystko zgnije. Nie zgniło.

Nie zmieniłabym nastroju od szczęśliwości rajskiej do "ja-pierdolę-mam-to-wszystko-w-dupie" w ciągu godziny. Bez wyraźnej przyczyny, dodajmy.



I nawet nie mogę tego zrzucić na PMSa. 

16.11.13

 

 Kasia z nowoczesnej-matki-polki nominowała mnie do kolejnej zabawy blogowej. Dziękuję Ci serdecznie!

Zasady są bardzo proste, siódemkowe:
- ujawniasz siedem nieznanych faktów ze swojego życia;
- nominujesz do zwierzeń kolejnych siedem bloggerów/ek.

Proste? proste! To jedziemy!

14.11.13

Na szybkiego dzisiaj post ukulturalniający poniekąd.

Ja już nie wiem czy się chwaliłam kiedyś, ale maniaczką serialową jestem dosyć konkretną.
Podchodzi pewnie pod znamiona nałogu, ale na razie stosunkowo bezboleśnie, czasem tylko obiad przypalę (choć jak można wodziankę przypalić, hę?) lub rano bardziej niż zwykle niechętnie wstaję, bo bliżej północy niż dziesiątej spać poszłam.

12.11.13

Mam takie marzenie, które nie przystoi współczesnym wyemancypowanym kobietom. 

Wracam do domu z pracy. Wracam, a głowa pełna pomysłów na obiad. Dziś lazania, jutro szaszłyki a pojutrze schab zawijany ze śliwkami. Pichcę szybko w try miga. Mężo z dumą patrzy na mnie, bierze pierwszy kęs do paszczy. Zamyka oczy i rozpływa się w smaku. Popija domowym kompotem i zagryza świeżuteńkim ciastem.
Mam takie marzenie, że w rękach ze zwykłych produktów spożywczych jestem w stanie wyczarować cudeńka....

11.11.13

Jak najszybciej zyskać uwagę rodziców i wydostać się nocą z łóżeczka? Wersja skrócona.

Wieczór/noc. Ojciec stuka w klawiatury. Matka chce obejrzeć Mendaglizdę.
Wtem krzyk i płacz rozdziera ciszę błogosławioną, a potem cichutkie"Mniam, mniam".
Och, dziecko kochane, głodne biedactwo. Ojejku, jejku, czarodziejku!
 
Biegną więc starzy czym prędzej z dzieciem do kuchni.
"Kaszkę chcesz?" Nie!
"Może kanapeczkę z pasztecikiem?" Nie!
"A może wody?" Nie!

"To jak nie jesteś głodna, to idziemy spać, bo noc jest, a rano pójdziemy do dzieci". Łeeeeee! Mniam mniam! Kaśka!!
"Kaszkę chcesz? To już robimy kaszkę!" (Tu już matka zazwyczaj nieco wątpiąco patrzy, ale ojciec twardo: robić!). Akompaniament ciągły: łeeeeee!

2 dłuuugie minuty później: "Kochanie masz tutaj kaszkę. Jesteś głodna to zjedz sobie, tatuś nakarmi". Łeeee! "Ale spróbuj, zobaczysz, smaczna jest. Chciałaś" Łeeeee.
"Kochanie. Co się dzieje? Coś Cię boli? Co byś chciała?" Bawić!

A idź Ty....

9.11.13

Pamiętacie jak pisałam, że pierwszą wypłatę trzeba przehulać? To dzisiaj etap pierwszy wprowadzony w czyn. Shoppingowanie weekendowe zwłaszcza w towarzystwie osób mocno nieletnich nie jest moim hobby, o czym kiedyś już było - tu. Ale jak się nie ma co się lubi to się lubi zakupy w tłumie.

7.11.13

Półtora roku spędzała ze mną większość swojego życia. Karmiłam, przewijałam, zabawiałam, spacerowałam, książeczki czytałam, w nocy wstawałam, kaszki robiłam, byłam na zawołanie. Czasem aż do frustracji. Obecnie na oko niepotrzebna. 

5.11.13

 

Miesiąc za nami. Matka w pracy. Rozwija się, obraca wokół ludzi i zarabia jakiś tam grosz. Czy spełnia się zawodowo? Jeszcze nie, bo dopiero zaczyna, ale perspektywy nie rysują się najgorzej.

3.11.13



Wędrówka po grobach, która rzadko napawała mnie większą zadumą. Raz - wierząca nie jestem, więc kwestia życia pozagrobowego wydaje się być odrobinę abstrakcyjna; dwa - zazwyczaj wiązała się z odwiedzaniem miejsc pochówku babć, dziadków i wujków, których nie miałam szansy poznać lub pamiętać. Dopiero teraz odwiedzając groby osób mi bliskich i zapamiętanych, coś zaczyna się zmieniać, napełniać smutkiem. A najbardziej nieznane historie powoli odkrywane.

 ***
Wybieram książki do zabrania od Mamy do siebie; takie, które chciałabym jeszcze raz przeczytać - nic pokroju Proustowskiego - ot, w większości dobre kryminały. Otwieram jedną, widzę zakładkę na sto którejś stronie. I wiem, że jest to miejsce do którego dotrwał mój ojciec zanim stwierdził, że kiepska to literatura. Zakładka została, jego już nie ma. I choć rzadko było nam po drodze, to zatrzymując się nad tą sto którąś stroną żałuję, że nie miał szansy poznać Lulencji. Nie zmieniłby się pewnie nawet o jotę, ale mogłabym mu kiedyś zrobić zdjęcie z wnuczką. Pospieszył się o półtora miesiąca. 

 ***
Ostatnie tygodnie źle nacechowane tak zwanym "oczyszczaniem atmosfery", a tak naprawdę moim krzykiem i upierdliwością. W końcu rozmowa. Spokojna rozmowa dwojga dorosłych ludzi, z której wynikła spora porcja wzajemnego niezrozumienia, która wynikła właśnie z braku rozmowy. I nie jest od razu lepiej, bo nie może być, ale potwierdzone zostało "razem" a nie "obok siebie". Cholernie pomaga.

To był dobry weekend! Pomimo okoliczności, pomimo tego co obecnie w głowie. Bez sieci, nieustannej zmiany update'ów znajomych i nieznajomych, niby-pilnych-wiadomości okazujących się zwykłym zawracaniem tyłka. I nie bardzo chciało mi się wracać, ale to chyba nazywa się chwytaniem chwil.

29.10.13

Inne plany miałam dzisiaj. Miałam pisać o zmianie czasu, naszym doń nieprzystosowaniu i o żłobkowym kapuśniaku.

Ale wystarczyło, że obejrzałam "Wiadomości" na Jedynce i cała się trzęsę. Dosłownie.

Między huraganem, a nowym trenerem piłki kopanej wzmianka o kolejnym dramacie kolejnego małego dziecka, tym razem gdzieś we Francji. Dziewczynka w wieku pomiędzy 15 a 23 miesięcy całe swoje biedne życie spędziła w BAGAŻNIKU! samochodowym. Od urodzenia. Niedożywiona, odwodniona, skrajnie zaniedbana. Ojciec i rodzeństwo dziewczynki o jej istnieniu pojęcia nie mieli. Matka chowała dziecko, bo bała się partnera. A mnie się to już w głowie nie mieści. 

28.10.13

 


26.10.13

 


Gdy spotkają się dwie osoby nadchodzi rozmowa. A gdy mówi tylko jedna to jak to nazwać: rozmowa jednostronna, monolog na dwie głowy?

Mam tylko słuchać, potakiwać, doradzać? Ok, nie ma sprawy. Tylko nie zdziw się, że nie będę dążyć do kolejnego spotkania (jeżeli tylko nie jesteś moim szefem - to już inna para kaloszy). 

22.10.13

Dziecko nie potrzebuje trzydziestu bluzeczek, dwudziestu spodenek i piętnastu spódniczek.
Dziecko nie potrzebuje 10 butelek, czterech talerzyków, kubeczków i zestawów sztućców.
Dziecko nie potrzebuje co roku nowego wózka, bo nowszy model jest nowszy i modniejszy.
Dziecko nie potrzebuje translatora płaczu, zawieszek samochodowych na butelki czy automatów do mleka.

20.10.13

Miły, spokojny dzień. Jakich mało ostatnio.

I dziecię noc przespało, a Ojciec rano do niej wstał.

I spacer długi zakończony nazbyt szybko spontaniczną kąpielą w jedynej kałuży w okolicy. Kto byłby aż tak przewidujący, by w tak słoneczny i ciepły dzień jesienny dzieciu wzuwać kalosze. No kto?

I karmienie marchewką surową swego oka - widelcem.

I rozmowa o uczuciach:
"Kocham Cię, wiesz?"
"Tak?!" - okraszone zbójeckim uśmiechem. I nie, nie były to wyznania Matki do Ojca ino Matki do Dziecia.

I dawno niewidziana poobiednia sjesta: Ojciec z Matką leżą, a tuż obok nich dziecię układanką się zajęło. Spokojnie, bez ciągnięcia za ręce, nogi, włosy, nos. Bez kwękania, by razem z nią zwierzątka dopasowywać. 

I mogę w końcu Ojcu udowodnić, że zbieranie opakowań po jogurtach aż tak bardzo poronionym pomysłem nie jest. 30 minut. Jak bum cyk-cyk:


A jak Wasza niedziela?

19.10.13


Zrazu zastrzegę, że niniejszy post absolutnie nie sponsorowany ;)

Od pary dobrych tygodni marzył się wyjazd do Ikei. Sklep taki, znacie ;) Wieki tam nie byłam, chyba jeszcze w ciąży ostatnio. Dzieć rośnie, Teściowa za chwil parę okrągłe urodziny obchodzić będzie, a że dotąd znajdowałam przyjemność w szwendaniu się po tym sklepie, to pojechała Rodzina Debiutująca w komplecie.

17.10.13

Komentarz dostałam do starego posta o Trzech Zetkach. I czytając na nowo te wypociny to naszło mnie, że sporo się od czerwca zmieniło. Chyba przede wszystkim znużenie przestało doskwierać. Zmęczenie teraz jakoś bardziej wieczorami obezwładnia.... ale o czym innym chciałam.
 
O zadaniowości znów. Ale krótko bo wena, siły i wszystko inne mnie opuszcza.

Matka zrozumiała bowiem, że Matką będzie się już zawsze. Czy dziecię będzie tu i teraz w pieluchy jeszcze robić czy za 20 lat wyjedzie do Honolulu. I całą swoją zadaniowość, zaliczanie kolejnych czynności, etapów może sobie włożyć głęboko, daleko.
 
Nie jest prosto i wygodnie jak odfajkowywanie kolejnych zleceń w pracy. Nie można się wyłączyć i pracy zmienić, gdy ma się jej dość. Nie możesz szefowi nakrzyczeć, że masz go w dupie i wypisujesz się z tej bajki. To znaczy możesz, ale wiele to nie zmieni, bo i tak za chwilę musisz szefowi obiad ugotować, śliniak zawiązać, a po wszystkim na nocnik wysadzić.

Tak więc w głowie już zostaje ta świadomość, że dostałaś etat na całe życie. Świadomie czy nieświadomie - sprawa drugorzędna. Ważne jest, czy się z tym godzisz i mniej czy bardziej akceptujesz, bo będąc Matką to już z dnia na dzień nie możesz sobie bumelować. Bo ktoś musi tę zupę na jutro zrobić, a składniki same do domu nie przyjdą.

15.10.13




Sporo dni minęło odkąd pierwsza z Matkomisji uskuteczniona została. W sumie trzy miesiące.
O czym ta kobita plecie, powiecie. Tutaj przypomnienie ;) Odbutelkowanie osiągnięte zostało w sposób przekraczający moje zamierzenia - odrzuciwszy butelkę odrzuciła mleko w ogóle.

Etap drugi, czyli odsmokowanie, rozpoczęty wczoraj. Decydującym czynnikiem okazał się żłobek. 

14.10.13


Prywatnie nad niebiosa wychwalam, mówię: "Piękna, słodka i przemądra jesteś". Ale tu na blogu jeszcze nie było o tym, że taka fajna z niej dziecina. Okazja się nadarzyła - parę dni temu skończyła równiutko półtora roku. Zorganizowana jestem niezmiernie, co już pewnie wiecie ;)  - ale pomyślałam, a jak pomyślałam to i robię. A że ostatnio nastrój marudzący tu zagościł to zapraszam na radosną i dumną opisówkę.

10.10.13


Brzmi może przewrotnie, ale nie bójta się. Dziecię ma co jeść, ma gdzie spać, w co swe ciałko odziać i czym się bawić, nawet jeśli jak ostatnio, preferuje rolki po papierze toaletowym splątane jako korale.

8.10.13

Napiszę wprost. Zatrzęsło mną. I sądząc po reakcjach w mediach, nie tylko mną.

O czym mowa? O wywiadzie jakiego udzielił abp. Józef Michalik w sprawie ostatnich doniesień na temat pedofilii wśród księży. Odsyłam chociażby tu


Słowa: "(...) często niewłaściwa postawa wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Dziecko lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze drugiego człowieka wciąga.(...)" mówią same za siebie. 
Stawianie dziecka w pozycji winowajcy? A dorosłego, zdawałoby się więc odpowiedzialnego jako godnego pożałowania (lecz nie potępienia!) osobnika wodzonego jeno na pokuszenie? Pogubił się arcybiskup w swej własnej pokrętnej logice.
Takie słowa czynią krzywdę. Ogromną krzywdę ofiarom - byłym i obecnym. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić co czuć może kilkunastoletni chłopak, którego obciąża się dodatkowo winą, za to co już mu zrobiono. Czynią krzywdę i rodzicom, na których zrzucana jest odpowiedzialność za przestępstwo wobec własnego dziecko. Obrona własnego skalanego gniazda za wszelką cenę? Gdzie w tym wszystkim jest moralność?

To przebija sławne już krótkie spódniczki u kobiet rzekomo zachęcające do gwałtów. Słowa radnego krakowskiego kwitujące wieść o pobiciu dziennikarza: "Wieczorami nie powinno się chodzić ulicami" to przy tym wszystkim betka.
I mam w tyłku tłumaczenia, że to lapsus językowy. Zresztą spodziewałam się podobnego komentarza. Ewentualnie, że "wyjęta była z szerszej wypowiedzi". 
Kiepsko to świadczy o światłym, bądź nie bądź, wykształconym człowieku, który wypowiadając się do mediów nie baczy na własne słowa. Czasem lepiej zamilknąć. Bo są sytuacje, gdy nawet publiczne "przepraszam" wydaje się zbyt łatwym wyjściem z sytuacji.

Gdybym była katoliczką, byłoby mi wstyd za takiego duchownego.
Będąc niewierzącą, jest mi zwyczajnie wstyd za takiego człowieka.

6.10.13

Powiem tak. Czasu mało, weny jeszcze mniej, zwłaszcza jak wyziera na mnie kurz spod stołu. Więc dzisiaj krótko i treściwie - wiedza, którą matka posiadła ostatnio. Może się komuś przyda.

Czerwoną kredkę najtrudniej zmyć. I nie, chusteczki dotyłeczne nie dają sobie rady.

 ***

 Największym kosztem ekonomicznym i psychicznym w wychowaniu dziecka jest jego leczenie. A gdy jest to przypadłość banalna tym bardziej ta zależność wydaje się absurdalna. Zerknijcie do mojego portfela - zieje pustką.


4.10.13

Kilka dni, a jakby nowa epoka. 
 
Pobudka o szóstej, o siódmej już w samochodzie. Oszronione szyby, zimno przenikliwe, a dopiero początek jesieni. Dzień w pracy pędzący na złamanie karku. Trzy kawy, dwa śniadania. Obiad ze stołówki. Stres, emocje, niepewność i odrobina radości z rozmowy z drugim człowiekiem. Szybki rajd po dziecię, byle zdążyć przed zamknięciem żłobka. Zakupy, powrót, kolacja i dziecko do spania. Ja padam razem z nią. Pobudka o szóstej.
 
Nieposprzątane. Nieugotowane. Prezent urodzinowy dla siostry - niekupiony. Cieplejsze spodnie dla Lulki - muszą poczekać do soboty. Mole znalazły nową kryjówkę i panoszą się pod sufitem. Pająk zagościł obok mojego łóżka. Brrr..... Oby tylko szybko przestawić się na nowe tory.
 
Tyle dobrego, że dziecię się cieszy. Z radością idzie do cioć, z powrotem opowiada swój dzień, w swoim narzeczu, domaga się: "Dzieci!, Ciocia! Bawić!". Niech tak trwa. Tylko noce niespokojne, za dużo atrakcji?
 
Więcej czytam niż piszę. I tak pewnie już będzie. Więc przepraszam.
 
Zmęczona, ale dobrym zmęczeniem. Oby jak najdłużej takim.

Dobranoc!

2.10.13

Rzadko bawię się w historie alternatywne. Zbyt wiele sensu nie mają, nic nowego nie wnoszą (zazwyczaj!). Lecz od paru dni głowę swą trenuję zastanawianiem się, jak by wyglądało moje życie, gdybym nie miała dziecka. Do wielkich wniosków nie dochodzę. Ot, myślę raczej czy byłoby mi źle czy może lepiej. I wybaczcie, nie będę się tu rozwodzić nad uczuciem do i od dziecka, którego bym nie doświadczyła. Nie w tym rzecz.


Wracałabym do spokojnego domu, mogłabym spokojnie się położyć, odsapnąć po minionym dniu, leniwie nastawić obiad i nie spiesząc się skonsumować go. Urządzić sobie sjestę. Tak jak kiedyś. Bo, przyznaję się, a pewnie już kiedyś to zrobiłam, najbardziej brakuje mi spokoju. I ciszy.

Byłabym bardziej elastyczna. Przydałoby mi się to teraz w pracy. Zajęcia mogłabym mieć rano, wieczorem, bez znaczenia. Bez denerwowania się, kto zajmie się dzieciem w trakcie choroby. A teraz czeka nas układanie ścisłego harmonogramu, który bardzo łatwo może ulec destrukcji.

Od tygodni planuję wyjazd do sklepu z wyposażeniem wnętrz. I od tygodni nie wychodzi. Sama nie pojadę. Dziecię chorowało, nie było z kim zostawić. Więc sklep musi poczekać. Gdybym dziecia nie miała, pojechałabym tu, tam i owam. Załatwiałabym wszystko naraz a nie w kawałkach, tak zależna od zdrowia dziecia być nie lubię. 

Gdybym chociaż miała kogoś, kto z dzieciem zostanie. Jedna babcia 70 km, druga 200km stąd.  Z sąsiadami się nie znam. A znajome same mają dzieci, więc nie podrzucę im zakaszlanej Luli. I pewnie kłania się tu kiepska organizacja czasu. Bo inni dają radę... My pewnie też damy radę. Jesteśmy dopiero na początku drogi, gdzie wszystko straszy i przeraża.

I tak czytam sobie na blogach różnych przeróżnistych o zmianach, jakie obserwują u siebie matki. Jak to stały się bardziej cierpliwe, łagodniejsze, bardziej odpowiedzialne, obowiązkowe, wielozadaniowe, tolerancyjne, emocjonalne, długo można wymieniać. A czy ja się zmieniłam? Patrzę na siebie teraz, przypominam sobie siebie sprzed dwóch-trzech lat. I nie widzę różnic. Ale to może powinnam męża zapytać lub mamy swojej. Nie jestem bardziej zorganizowana ani cierpliwa. Obowiązkom tym, które muszę sprostam, ale staram się nie nakładać ich sobie zbyt wiele. Jak kiedyś byłam raczej z leniwców niż pracoholików - tak zostało.

I wróciłabym czasem do tych dni przeddzieciowych. Dni, kiedy szwendałam się po krakowskich knajpkach, antykwariatach, komisach. Gdy całe dnie spędzałam na uczelni; popołudniami chodziliśmy z wtedy-jeszcze-nie-mężem do kina, obiadki; wieczorami oglądałam filmy, bo Mężulo-pracoholik wracał do komputera. Czasów gdy spontanicznie do Siostry się udawałam na weekendowy podbój Warszawy. Gdy na festiwale jeździłam. Gdy babskie wieczory i noce rzadkoscią nie były. Gdy ksiązki pochłaniałam w ilościach hurtowych. Gdy obiadów nie gotowałam, sprzątałam rzadziej, bo konieczności nie było. Gdy mieszkałam w centrum miasta i wracałam kiedy chciałam. I nie czułam pustki. Macierzyństwa mi nie brakowało.
Powróciłabym, lecz nie na zawsze. Nie dlatego, że jestem teraz o niebo szczęśliwsza, bo tak tego nie odczuwam. Raczej dlatego, że w tym momencie znajduję się w innym miejscu, innym czasie mojego życia. Kolejny etap?

29.9.13

Sam tytuł może sugerować szereg rzeczy/umiejętności/postaw, które różnią dzieciaki od nas, osobników trochę tylko większych. Ale nie chcę pisać o spontaniczności, czystej radości, szczerości, mówieniu wprost czy bez skrępowania okazywanych uczuć: od złości do niepoprawnego wręcz szczęścia. Choć tego wszystkiego moglibyśmy się od dzieci nauczyć lub chociażby sobie przypomnieć.

Przetoczyła się u nas mała epidemia. Małe to nasze dziecię, ale jakoś o wiele lepiej radzi sobie z choróbskami niż jego stetryczali odrobinę rodzice.

Gdy my zachorzani, łykamy te iks preparatów, które wszystkie razem i każdy z osobna mają postawić na nogi, ale i tak najchętniej zalegamy w wyrze i smęcimy o fatalnym samopoczuciu. 38 stopni to już gorączka, rzeźnia i masakra. "Przez ten katar, to oddychać nie mogę, zaraz się uduszę. Kaszel to zaraz mi płuca wypluje. Tak mnie łamie, że palcem najmniejszym ruszyć nie mogę. Przez torsje zaraz się przekręcę na tamten świat. Ja mam się z domu ruszyć? - nie ma mowy! Dzisiaj ty idź po zakupy, bo ja byłam wczoraj i nie mam siły. A w ogóle to zostawcie mnie wszyscy w świętym spokoju, bo umieram!"

A dzieci (ok, przynajmniej moje ;)?
38,2 to preludium do świetnej zabawy. Co tam gruźliczy kaszel od tygodni trzech - zatrzyma je tylko w pół kroku między gonieniem żyrafy a kręceniem się w kółko w rytm Colargola. Katar nie przeszkadza, nawet gdy leje się strumieniami, rękawem się przetrze i jest dobrze. Nie ma apetytu? to nawet o chrupkach kukurydzianych przeżyje, byle woda była pod ręką. Gdy sprawy brzuszkowe doskwierają, to popłacze trochę, poprosi gestem o masaż brzuchola, ale i tak z chęcią obejrzy książeczki, pośmieje się serdecznie od ucha do ucha, gdy po raz dziesiąty mama zrobi "A ku, ku!" i w zaparte będzie wołać, że chce iść do żłoba. Dziesiątki wież zburzy. Setki metrów przedrepcze. Autkiem pojeździ, bańki podmucha i tysiące kółek narysuje.

Jedynie w nocy złe samopoczucie je przygniata, gorączka jednak zmaga, a kaszel spać nie pozwala. Lecz biorąc pod uwagę jak malutka jest, jak mało jeszcze rozumie, jak nie wie co się dzieje z jej ciałkiem, to wydawałoby się, że marudzenie powinno następować w intensywności 100 razy większej. Dorosły na pewno bardziej by kwękał, a facet to już w ogóle!

I celowo nie mówię o dzieciach chorych na poważne schorzenia, bo zrozumienie, pewna akceptacja ale i wola walki, nadzieja oraz dzielność w ich zachowaniu, to dla mnie rzecz niewyobrażalna, nieosiągalna i godna podziwu. I żywię dla nich ogromny szacunek.

Każdorazowo jest mi więc głupio wobec własnego dziecka za lenistwo i zniechęcenie jakie mnie ogarnia, gdy jakaś paskuda się przyplącze. Jak pokładam się w każdej możliwej płaszczyźnie poziomej. Jak zamiast bawić się, ugotować nam coś pysznego, obejrzeć chociaż z dzieciem fajną baję, użalam się, jak to nie mam siły, głowa mi zaraz eksploduje, chora jestem i w ogóle ja to wszystko ma gdzieś.

A powinnam brać przykład z niej, dla której tylko najwyższa gorączka czy najgorsze torsje nie pozwalają szaleć na całego i cieszyć się, zasmarkanym, bo zasmarkanym, ale jednak nowym dniem. Pośmiać szczerze, wstać z wyra i jego letargowego działania, potańczyć, pośpiewać, nawet gdy tchu zabraknie i brzmieć będę jak kaczucha, kwa-kwa!

Na banalnym choróbsku świat się nie kończy! No!

24.9.13

Wymyślają nam producenci różne przeróżne gadżety, które nam rodzicom mają ułatwić życie a im kiesę ponabijać. A to nianie elektroniczne, a to podgrzewacze, a to poidła dla dzieci.

A ja bym z otwartym sercem, ramionami oraz, co najważniejsze, otwartym portfelem przywitała inne ustrojstwo. Roboczo nazwę go "snu-minutnik". 


20.9.13

Dzisiejsze szybkie rozważania luźno wiążą się z macierzyństwem jako takim. Lecz jakby przyjrzeć się dokładniej to pewne powiązania z wychowaniem można by znaleźć.
Od początku jednak lojalnie uprzedzam: osobom jedzącym zalecam odłożenie tej czynności na później. Smacznie będzie średnio.

14.9.13

Może nie raz do roku, ale co jakiś czas, zazwyczaj w weekendy (ale  nie każde!) organizuję sobie specjalny dzień.


Rano. Mąż zwleka się do przebudzonego dziecia, nocnikuje, kaszkuje. Ja przekładam się z jednej strony na drugą i wstać nie zamierzam. W końcu ulegam wyciom zza drzwi: "Mamaaaaa!"

Niespieszne śniadanko, bo akurat chwilę później Mąż z dzieciem do kościoła/na spacer/do sklepu się wybrali. Hurra! Godzina dla mnie.
Przychodzą, pannie drzemki się zachciewa, śpią oboje. Hurra! Dwie godziny dla mnie! Obiad, zaległa praca, praniosprzątanie.
Wstają oboje. Jemy. Wyganiam Męża na spacer z dzieciem. Hurra! Godzina dla mnie.
Wracają. Ja dalej ogarniam dom, zaległą pracę lub zwyczajnie wczytuję się w gazetę.
Dziecię domaga się atrakcji, ja tłumaczę Mężowi, że jeszcze łazienka do sprzątnięcia, pranie do powieszenia, a w ogóle to porządek w papierach muszę sobie zrobić, wiec po cichutku ewakuuję się z dzieciowej bawialni. I tak schodzi do wieczora. Kąpiel, kolacja, buzi w czółko i spać. Hurra! Trzy godziny dla mnie.

Zapytacie, co dziwnego w takim dniu? Otóż ja nazywam to dniem unikania. Unikania dziecia. Wyjdzie teraz, żem wygodna, wyrodna i miana matki niegodna. Ale, cholerka, czasem po prostu jestem znudzona/znużona. Powiem wprost - nie chce mi się opowiadać setny raz tych samych obrazków (choć jak wiecie, z książeczkami jesteśmy za pan brat); mdli mnie na rysowanie kolejnych kółek i serduszek; cierpliwości brak na syzyfowe układanie wieży z klocków, bo i tak zaraz zostaną rozpirzone; a po trzydziestym wrzasku o suszoną żurawinę, to mam ochotę wyskoczyć z tego mojego pierwszego piętra i biec, biec, aż w pole... (I żeby nie było - dzieciu żurawiny nie odmawiam). Więc zostawiam to wszystko Mężowi.

W takie dni snuję się po ścianach byle dzieć nie zauważył, chowam się po kątach szukając oddechu. I nie to, że leniuchuję. Robię i to sporo, a to dlatego, że wolę przygotować obiad 3-daniowy/umyć gary/toaletę wyszorować /śmieci posegregować /kosze poumywać niż kolejny dzień zabawiać dziecia. Ba, to nawet dla mnie idealne wymówki, bo przecież się nie obijam - takie dwa w jednym ;)

I powinnam mieć pewnie wyrzuty sumienia. Ale wiecie co? Nie mam. Potrzebuję resetu. Może nie tyle resetu od dziecka, ile od monotonii bycia z dzieciem, której nie da się zapobiec. Uwielbiam się z nią bawić, robię to codziennie, staram się nowe wymyślać, uczyć, kocham ją rozśmieszać. Ale czasem, po przebudzeniu jak planuję sobie dzień, to mam alarm: "Dzisiaj nie dam rady! Czas na dzień unikania!"Ale tylko wtedy, gdy Mąż nie jest w pracy. Nie uciekam kompletnie od Luli: gdy mnie woła to przychodzę, gdy chce by się z nią położyć, to się kładę. Ale moją obecnością w takie dni się nie narzucam. 

Mija dzień, mija noc. Kolejny poranek. I czuję, że mam więcej pomysłów, więcej chęci. Więc czy to rzeczywiście takie złe?

11.9.13

Matka dziecia w wieku okołoLulkowym. Na zewnątrz propagatorka rodzicielstwa bliskości, dzieciństwa bez przemocy i ogólnego ochu-achu macierzyństwa idealnego. A gdy się poskrobie nieco głębiej, to z tymi zasadami nie do końca jej po drodze.

10.9.13

Zadzwoniła do mnie znajoma świeżo upieczona mamuśka. Gadu-gadu, relacja z pierwszych dni na macierzyńskim froncie. Wiadomo, rozmowa nie za długa, nowo-przybyła istota skutecznie zajmuje czas. A Matkę Debiutującą wzięło na wspominki. Naszych pierwszych dni, tygodni. Z tej rozmowy wyłoniło mi się parę myśli może nie za głębokich, ale w mej skromnej opinii godnych zapamiętania. 

5.9.13

Sytuacja prosto z piaskownicy. Bawimy się z Lulą. Przesypujemy piasek, kopiemy łopatką, grabimy, takie tam leniwe spokojne przedpołudnie. Podchodzi do nas inny maluch, taki na oko trzylatek. I krzyczy od brzegu: "Daj, daj!" I szturcha i popycha mnie, wydziera łopatę. I wypsnęło mi się "Jeżeli chcesz to musisz powiedzieć: Proszę." Ojciec chłopca siedzi obok, nic nie zareagował.
 

31.8.13

Przymierzałam się do napisania recenzji już dosyć długo. O tej książce (a może i o całej serii) oraz Autorce wiele z Was pewnie słyszało. Wiele z Was ma pewnie ten poradnik w swoich zbiorach.

Znajdziecie tu najważniejsze informacje o zdrowiu i rozwoju niemowlęcia, jakie będą Wam potrzebne w ciągu pierwszego roku Waszego wspólnego życia.  Ale chyba niczego innego nie można się spodziewać po takim tomiszczu. Bez wstępnego przynudzania walnę prosto z mostu - z całego serca mogę ją polecić wszystkim Mamom, zwłaszcza takim jak ja, dopiero początkującym w macierzyństwie. A dlaczego? O tym już za chwilę.

20.8.13

Matka czyta. Nawet coś więcej niż "Żyrafa i przyjaciele". Ostatnio dorwała ostatni numer Twojego Stylu. A tam raport "Bociany odleciały. Dlaczego Polki nie rodzą dzieci". Ja ten tekst nazwałbym inaczej - dlaczego kobiety nie chcą mieć dzieci. Bo kobiety czasem nie rodzą, bo nie mogą. Taka sytuacja wcale rzadka nie jest.

Sam tekst to wypowiedzi kilku prawdziwych/fikcyjnych (nie do końca wierzę w prawdziwość takich sond) bezdzietnych kobiet opowiadających, dlaczego nie zdecydowały się na dziecko. Temat odkrywczy nie jest. Tyle powodów, ile kobiet. Są one dobrze znane i przytaczane w różnych opracowaniach. Kobiety nie mają dzieci, bo się boją. Utraty pracy, samodzielności i niezależności. Boją się odpowiedzialności, nawału obowiązków, spadku stopy życiowej. Bo potencjalni ojcowie nie pracują, pracują za dużo, nie chcą zajmować się dziećmi lub ich zwyczajnie nie ma.

Co mnie zaintrygowało, to fakt, iż część z tych kobiet stwierdziło, że obawia się macierzyństwa jako takiego. Zwłaszcza, że jego obraz w społecznym przekazie mocno się ostatnio zmienia. Matki są w końcu słyszalne i opisują, że sielanką to to nie jest. Więc opowieściami matek już obecnych, matki in spe są zastraszane.
Wszystko ok, ale  myśl, że macierzyństwo (zwłaszcza połączone z pracą zawodową) przychodzi łatwo to czysta naiwność. Naprawdę nie umiem sobie wyobrazić, że są kobiety, dla których obraz macierzyństwa to radośnie gaworzące dziecko, które wystarczy nakarmić, przewinąć i się do niego uśmiechnąć, by było spokojne i cudownienieńkie, a obok niego matka z uśmiechem na licu, która zdążyła już bez wysiłku załatwić wszystkie bieżące zadania. No i obowiązkowo spełniająca się zawodowo. I tu mocny kopniak należy się wszelkim dzieciowym czasopismom proponującym efektywne i łatwe sposoby na pokonanie 1001 problemów mnacierzyńskich, które w wielu przypadkach po prostu nie działają. I ojcowie zazwyczaj nieobecni w tych przekazach, czyli szykuj się kobito na etat potrójny.

Ja zawsze, bez wstydu,  będę twierdzić, że macierzyństwo to praca. Wymaga odpowiedzialności, dyspozycyjności, wiedzy, samoorganizacji, wielozadaniowości, kreatywności, a dodatkowo obarczona jest dużym ładunkiem emocjonalnym. Praca na pełen etat, praca wieloletnia, dająca ogrom satysfakcji, ale pochłaniająca jeszcze więcej energii. Ale tak ma być. Jak wychowywanie młodego człowieka może być łatwe? Jak ciąża, poród, nieprzespane noce, problemy zdrowotne, odpowiedzialność, zależność małego człowieka można traktować lekko? Nie twierdzę, że jest to praca ponad siły, bo nie jest. Ale bronić będę wszystkich matek, które chcą i mówią, jak naprawdę wygląda macierzyństwo. Ile trudu, stresu, zmęczenia, wkurzenia wymaga, ale też ile radości daje. I że idealnych matek, idealnych dzieci i idealnych sposobów nie ma. Jestem im za to ogromnie wdzięczna. Lepiej się wcześniej, choćby teoretycznie nastawić, że sporo wysiłku będzie nas to kosztować, niż zacząć wymiękać po pierwszym wirażu.

Jestem ciekawa Waszych opinii. Jaką miałyście wizję życia z dzieciaczkiem. Byłyście realistkami czy jednak marzycielkami?

13.8.13

Wydaje się taka duża. Taka rozumna, mimo, że niewiele mówi. Mimo, że dopiero co stanęła pewnie na dwóch nogach. Wyraża swe potrzeby w sposób stanowczy, choć najczęściej językiem niewerbalnym. Wygląd już nie bobasowaty, a bardziej dziecięcy. Samodzielne jedzenie. I czasem zapominam się, że ma dopiero 16 miesięcy. I raczej ta liczba, a nie jej zachowanie uświadamia mi, że jest jeszcze szkrabem malutkim.

Rozmowa ze znajomą. Jej dziecko niewiele starsze od mojej już mówi. Nauczono ją nawet liczyć po angielsku. Pierwsza myśl: "Wow, ale zdolne dziecko. Ciekawe, kiedy moja zacznie mówić.". Ale od razu przywracam się do pionu. Lulka ma jeszcze czas, teraz ma się bawić, bawić i jeszcze raz bawić.

3.8.13

Coś się sporo głosów wokół mnie zawiesiło na tym, jakie to place zabaw są niefajne. (Chyba, że mam jakieś wybiórcze spostrzeżenia). Ok, doświadczenia zbyt wielkiego w tym temacie nie posiadamy, przyjaźni ani wrogów jeszcze nie zawiązałyśmy, w bójkach nie uczestniczyłyśmy, a nieliczne spory o łopatkę czy foremkę udawało się w miarę sprawnie załagodzić.
Skąd taka nagonka na te miejsca? I czemu matki tak narzekają, że nie cierpią tam chodzić?

 Pierwsza rzecz - u nas robotę robią tylko place posiadające piaskownice, a że w okolicy mamy tylko takie, więc wszędzie czujemy się dobrze - piaskownica moja miłość! Wrzucam dziecię, lub dziecię samo się wrzuca techniką dowolną, i mamy co najmniej godzinę dziecia spokojnego, wymagającego jedynie podawania jednej lub drugiej zabawki, luzik, co to dla nas! Nawet poczytać się da , a sprawdzanie maili opanowane do perfekcji.

Druga rzecz - dziecko się wybabrze, a jak wybabrane znaczy zadowolone i szczęśliwe. Ach, żeby zawsze tak było łatwo!

Trzecia rzecz - plac zabaw, taki mikroświat, mikrospołecznosć to miejsce pierwszych nauk wychowawczych, typu: nie wolno zabierać nieswoich rzeczy, trzeba pytać o zgodę, nie bijemy się itd; miejsce socjalizacji i poznawania przez dziecia, że są młodsi, starsi, czym się różnią, jak zachowują; dziecię poznaje inne sposoby zabaw niż te proponowane przez rodziców w zaciszu domowym.
 
Czwarta rzecz - dla mnie fajne miejsce obserwacji: zachowań dzieci (co mnie czeka w przyszłości!), relacji rodziców z dziećmi (czego definitywnie nie robić!), czułości i wspólnych zabaw dzieciowo-rodzicielskich (inspiracje, inspiracje!). Rozglądam się ciekawie, a że moje dziecię mało mobilne w tych miejscach (piaskownica moja miłość!), to tym bardziej się udaje. I jeśli zobaczycie czasem matkę leniwie trzymającą łopatkę w jednej ręce, drugą łapą podpierającą głowę i z uśmiechem przyglądającą się dokoła, a obok niej pyzate dziecię w tej samej pozycji - to właśnie my! Pewnie wyglądamy niepokojąco, dziecię chłonie (bo oprócz babrania się w piasku uwielbia przyglądać się innym), ja chłonę. Oczywiście za chwilę jakieś dziecię wlezie do nas, otrząsamy się z letargu i wracamy do normalności.

Minus - trzeba kiedyś z pierworodną do domu wrócić, więc koniecznym jest przetrzymanie początkowego ryku i wierzgania kopytami (do znudzenia - piaskownica moja miłość!). 

Jak będzie za parę miesięcy? Nie wiem. Może Mała nabędzie miłości do huśtawek, zjeżdżalni, kłótni, plucia, popychania i innych bajerów placowo-zabawowych, o których mnie informowano i opinię swą zmienię złorzecząc na czym świat stoi. Chwilowo wdzięczna jestem za nie, bo jak już nie wiem co zrobić z marudną marudą to piaskownica moja miłość! zawsze mnie wybawi. 

A u Was?

31.7.13

Ach! polecę truizmem na początek - każda matka chce nauczyć swoje dziecko wszystkiego, co najważniejsze; wpoić mu określone zasady, pomóc przyswoić umiejętności przydatne w dalszym życiu. Jest to jak powiedział klasyk- oczywista oczywistość. I ja należę do matek, ergo postępuję według tego założenia. Ale...

Ostatnio przyglądając się obiektywnie z boku naszym wspólnym zabawom z Lulką (o ile można z boku patrzeć na coś, czego aktualnie jest się uczestnikiem) coraz częściej łapię się na myśli: "Kobito, czego Ty uczysz swe pierworodne dziecię?"

22.7.13

Od razu się przyznam, że nie należę do matek mocno rozczulających się, raczej twardo stąpam po ziemi. Już wcześniej pisałam, że pomimo moich starań nie udało mi się wprowadzić zasad rodzicielstwa bliskości. Nie, żebym nie chciała, po prostu moje dziecię jest osobnikiem mocno indywidualnym.

16.7.13

Dłuższy pobyt z Teściami/Dziadkami zazwyczaj jest kanwą przeżyć, emocji i przemyśleń, że tak to ujmę lakonicznie ;)

Będąc upartą matką z zarysowanym planem wychowania dziecka oraz wyselekcjonowanymi metodami do stosowania (ależ technicznie zabrzmiało) często gęsto zagryzam zęby widząc co wyprawia z dzieciem Babcia czy Dziadek. I dostaję wewnętrznej furii, gdy pomimo moich próśb pewne rzeczy nie ulegają zmianie. Choćby sposób karmienia (kwestia pospieszania, zabawiania, dawania nowości pomimo mojego sprzeciwu), wybór sposobu przemieszczania się (to chyba nie jest problem, że Mała jeszcze woli czasem raczkowanie, mimo, że chodzi coraz sprawniej) czy sposób odnoszenia się zarówno do dziecka jak i do mnie. Oczywiście moją Ścianą Płaczu jest Mąż i Ojciec. Jemu żalę się, pytam o radę. I wczoraj usłyszałam takie oto zdanie (na pewno wypowiedziane w dobrej wierze): "Przecież nie możesz wymagać, by się zmienili. Mają już swoje lata. Musisz to jakoś przeboleć".

9.7.13

Jakoś tak ostatnio często bywałam w galeriach handlowych. czy to na zakupach, czy przelotem. I uderzyła mnie duża ilość całych rodzin szwendających się od sklepu do sklepu. Matka w szale zakupowym, ojciec wystający przed wejściem z komórką w dłoni, a między nimi dzieci, duże, mniejsze i te całkiem maleńkie. 

I tak sobie pomyślałam - szkoda mi tych dzieci. Zwłaszcza tych najmniejszych, miesięczniaków, bobasów w gondolach czy świeżo w spacerówkach. Rodzice wloką je do hałaśliwego, zmiennotemperaturowego (ach ta klimatyzacja!), migającego, przeładowanego świata. Wszystko dokoła szumi, krzyczy, a przede wszystkim się rusza. Wiem, że małe dzieciaczki zakres widzenia mają niewielki, ale mimo wszystko dokoła migają w szaleńczym tempie kolory, dźwięki, zapachy. Jak na mój gust za dużo bodźców dla małego szkraba, które nie potrafi sobie z tym poradzić. No i taka galeria będąc pełna przewijających się ludzi to skupisko wszelkich zaraz, a jaka jest odporność małego dziecka wszyscy wiemy.

I nie chodzi mi o to, że płaczą w tej galerii, dziecka prawo pokrzyczeć, ale widzę te zdenerwowane matki, zniecierpliwionych ojców i zmęczone starsze dzieci. I zastanawiam się po co? Czy naprawdę galeria handlowa jest takim fajnym miejscem? Czy naprawdę trzeba ciągnąć całą rodzinę, po to by mama lub tata mogli sobie kupić bluzkę czy gacie?  Czy naprawdę nie można inaczej spędzić weekendowego dnia? 
Z jednej strony mogę zrozumieć rodziców, którzy nie mają z kim zostawić dziecka, a muszą zrobić np. większe zakupy spożywcze, a zmotoryzowane jest tylko jedno z nich (mój casus). Czasem jeździmy na szybko do hipersklepu, ale tempo zakupowe mamy wtedy imponujące. Ale jakoś nie rozumiem, że kobieta musi mieć pełną obstawę + wózek, by kupić sobie kieckę. No tego nie potrafię zrozumieć.

5.7.13

Dziecko to fantastyczny katalizator interakcji międzyludzkich. Najlepiej to widać na spacerach. Zapomnij o spokojnym spacerku z głową w chmurach lub planowaniem listy zakupów. O nie! Teraz jesteś mamą, więc kroczysz dumnie z wózkiem. I co się dzieje?
Starsze panie (zwłaszcza użytkowniczki komunikacji miejskiej) najczęściej zachwycają się: "Jakie piękne oczka!, Jak się pięknie uśmiecha!, Jaka radosna!" Co tu dużo mówić, moje córa najpiękniejsza jest na świecie ;) Inne matki zapytują: "A jak to możliwe, że pani córka tak pięknie zjada sama wafelek ryżowy"? Bo ma 12 zębów, hello! W ogóle to najmilsi zazwyczaj są lokalni żule - oni najchętniej zaczepiają małą (ja z trwogą staram się unikać ich kontaktu fizycznego) i z chęcią rozdają jej cukierki. Z góry przepraszam wszystkich żulików, ale te zdobycze od razu lądują w najbliższym koszu na śmieci.
Sama Lulka ochoczo zaczepia inne dzieci wdając się z nimi w rozmowy. Widać, że posługują się tymi samym językiem, nawet dźwiękosylaby wydają takie same i wzajemnie sobie odpowiadają - dowodem codzienne konwersacje balkonowe z chłopcem mieszkającym 2 czy 3 piętra wyżej - notabene nawet nie wiem jak wygląda. Ach te sąsiedzkie stosunki!
Ale zdarzają się również sytuacje śmiesznostraszne. Przykład dzisiejszy: spacerujemy po lokalnym placu targowym, znanym wszystkim Krakusom, a tu starszy pan podchodzi i tako oto rzecze: "Biedne dziecko, kazali wstać tak wcześnie, zamiast sobie pospać!" Kij w oko, że to dziecię mnie obudziło i to raczej ja wyglądam jak zombie a dziecię jak świeżo wyspane. 
Hitem była natomiast reakcja jednego pana na głośne "tata" moje Lulki. Pan się zaperzył, nabrał powietrza i ryknął: "Ja nie jestem twoim tatą, słyszysz, nie jestem twoim ojcem". Notabene, pan był w wieku mocno leciwym, ale oczywiście jesteśmy wolne od stereotypów. 
A na koniec panowie robotnicy - oni to zawsze wiedzą co powiedzieć. Szłam z pustym wózkiem po Lulkę do żłoba. A panowie: "Czy czegoś Pani nie zgubiła?"

Miłego dnia! Ja idę szykować letnią zupę z łupów targowych.



30.6.13

Życie składa się z podejmowaniem ciągłych decyzji, dokonywaniem wyborów. Prawda stara jak świat. Przy czym nie spodziewałam się, że właśnie w macierzyństwie najwięcej czasu będę poświęcać na wieczne wybieranie i zastanawianie się, czy robię dobrze czy źle w odniesieniu do mojego dziecka. Zarówno w kwestiach małych i większych. A najtrudniejsza wydaje mi się właśnie ta niepewność.

18.6.13

Ta część mogłaby się składać z jednego tylko zdania: "Przy dziecku planowanie to strata czasu". Koniec kropka.

Każda mama wie o czym mówię. (Chyba, że to ja jestem jakaś średnio zorganizowana).
Ale nauczyłam się jednego: wybieganie przyszłością dalej niż dwa dni to marnowanie i czasu i energii i chęci oraz źródło frustracji, gdy znowu nie dochodzi do realizacji. Oczywiście nie mówię o bardziej poważnych, mniej zależnych ode mnie sprawach, ale o tym małych codziennościach i własnych drobnych przyjemnościach.

Przykład z ostatnich dni - miałam świetnie rozpisany dla nas weekend, gdzie pojechać, co zobaczyć - ogród botaniczny, zoo, może jakiś Kopiec. A tu co? - dwa dni przed dziecię wróciło z nadbagażem ze żłobka w postaci ropiejących oczu, kataru i kaszlu. I to nie pierwszy raz. Ileż to ominęłam wizyt rodziny i znajomych, bo akurat dzień przed dziecko obudziło się z wyraźnymi symptomami infekcji panoszącej się w jej małym ciałku. Ile razy musiałam przekładać wizyty na uczelni bo "Niestety muszę zostać w domu".

Postanowiłam więc wrzucić na luz, przestawić się na spontaniczność, mam ochotę iść/jechać gdzieś, spotkać się, upiec placek, obejrzeć film, pojechać na babskie, nawet i samotne zakupy? Posprzątać, nadgonić z pracą, poleżeć?. Jeśli mogę, robię to dziś - nie jutro, nie pojutrze, bo nie wiem czy za 24 godziny sytuacja nie zmieni się diametralnie. Uczę się korzystać z chwili, z tego co mogę zrobić teraz, a nie w niepewnej przyszłości.

I muszę powiedzieć - często takie szybkie decyzje sprawiają mi o wiele większą przyjemność niż planowane zdarzenia. Paradoks czy nie?

Zazdroszczę mamom, które potrafią opowiadać/pisać o swoim macierzyństwie z radością, pasją. O odkrywaniu cudów dnia codziennego. O niezliczonych zabawach wymyślanych dla dziecka, sposobach spędzania wspólnego czasu. Mamom, dla których spędzenie kilkunastu miesięcy w domu nie sprawia trudności.
Ja do takich mam nie należę. Przez całą ciążę wyobrażałam sobie, że to na pewno nie będzie takie trudne, skoro tyle kobiet daje sobie radę. Nie sądziłam jednak, że wiele dni macierzyństwa (również i dzisiejszy) będzie można opisać trzema słowami: znużenie, zadaniowość, zmęczenie.

7.6.13

Dzisiaj z braku czasu i poszczepiennej bezsenności czy też nadaktywności dziecia będzie króciuteńko o zaskoczeniu przy jedzeniu. Króciuteńko ale bardzo optymistycznie
Wszyscy mnie straszyli, że przy dziecku to kupa brudu, bałaganu i ogólnego nieładu, a jak się dorwie do jedzenia to już w ogóle bez ściery nie podchodź. Mama opowiadała mi o mojej siostrze żyjącej powietrzem.
A moje dziecko jest chyba jakimś cudem vel wybrykiem - od paru tygodni przejęła łyżeczkę i wystarczy jej tylko śliniak podłożyć, tetra na kolana i gazeta po prawej stronie (dlaczego?, o tym za chwilę). 
Idzie kaszka/obiadek/deserek - pierwsze 5 łyżeczek mama, a następnie łyżeczka do rączki i wsuwa z prędkością kosmiczną, część trafi, część nie trafi do pyszczydła, ale wszystko w granicach normy. Dziecko pojedzone wywala łyżeczkę na podłogę (po to gazeta - łyżeczka dzierżona zawsze w prawej ręce), to znak - mamo, możesz zabierać miseczkę, jedzenie skończone. Wystarczy umyć miseczkę, tackę, dziecko i znów możemy iść się bawić. A wszystko w mniej niż 20 minut. A Matka siedzi z boku, dopija zimną kawkę i nawet dwa akapity artykułu w gazetce czasem uda doczytać. Na dodatek to moje dziecko wszystkożerne, co podstawisz to zje i dopchnie waflem ryżowym.
Zaskoczenie połączone ze wzruszeniem - poproszę częściej.

7.5.13

Mam nadzieję, że będzie to początek cyklu, który, mimo wrodzonego słomianego zapału, dobije chociaż do części kilku. Dlaczego Macierzyńskie Zaskoczenia? Przez ten rok życie nasze przewróciło się co najmniej o 180 stopni, działo się sporo i dziać się będzie. Chciałabym tu przedstawiać sytuacje-momenty-odczucia związane z byciem matką, które wywarły na mnie największe wrażenie, może nie tyle mnie kształtują/kształtowały, ale które zostały w głowie, chociaż w formie kilku przemyśleń. A przy okazji i na wspominki się zbierze. To zaczynam. Enjoy!

11.4.13

Od roku jestem matką. Matką wiecznie debiutującą - tych wszystkich pierwszych razów było mnóstwo - pierwszy krzyk, pierwsze kupy, pierwsze uśmiechy, pierwsze zwątpienia, rezygnacje, emocje niekoniecznie pozytywne, pierwsze obawy, błędy itd. itd. A czemuż by nie uczynić dzisiejszego debiutu moim blogowym "pierwszym razem"? O czym będzie - o zmaganiach matki z dzieckiem, ale pewnie przede wszystkim ze sobą (a mam nadzieję, ze nie ze światem) w tej nowej-nie-nowej sytuacji zwanej macierzyństwem. Dzień dobry więc!