30.6.13

Życie składa się z podejmowaniem ciągłych decyzji, dokonywaniem wyborów. Prawda stara jak świat. Przy czym nie spodziewałam się, że właśnie w macierzyństwie najwięcej czasu będę poświęcać na wieczne wybieranie i zastanawianie się, czy robię dobrze czy źle w odniesieniu do mojego dziecka. Zarówno w kwestiach małych i większych. A najtrudniejsza wydaje mi się właśnie ta niepewność.

18.6.13

Ta część mogłaby się składać z jednego tylko zdania: "Przy dziecku planowanie to strata czasu". Koniec kropka.

Każda mama wie o czym mówię. (Chyba, że to ja jestem jakaś średnio zorganizowana).
Ale nauczyłam się jednego: wybieganie przyszłością dalej niż dwa dni to marnowanie i czasu i energii i chęci oraz źródło frustracji, gdy znowu nie dochodzi do realizacji. Oczywiście nie mówię o bardziej poważnych, mniej zależnych ode mnie sprawach, ale o tym małych codziennościach i własnych drobnych przyjemnościach.

Przykład z ostatnich dni - miałam świetnie rozpisany dla nas weekend, gdzie pojechać, co zobaczyć - ogród botaniczny, zoo, może jakiś Kopiec. A tu co? - dwa dni przed dziecię wróciło z nadbagażem ze żłobka w postaci ropiejących oczu, kataru i kaszlu. I to nie pierwszy raz. Ileż to ominęłam wizyt rodziny i znajomych, bo akurat dzień przed dziecko obudziło się z wyraźnymi symptomami infekcji panoszącej się w jej małym ciałku. Ile razy musiałam przekładać wizyty na uczelni bo "Niestety muszę zostać w domu".

Postanowiłam więc wrzucić na luz, przestawić się na spontaniczność, mam ochotę iść/jechać gdzieś, spotkać się, upiec placek, obejrzeć film, pojechać na babskie, nawet i samotne zakupy? Posprzątać, nadgonić z pracą, poleżeć?. Jeśli mogę, robię to dziś - nie jutro, nie pojutrze, bo nie wiem czy za 24 godziny sytuacja nie zmieni się diametralnie. Uczę się korzystać z chwili, z tego co mogę zrobić teraz, a nie w niepewnej przyszłości.

I muszę powiedzieć - często takie szybkie decyzje sprawiają mi o wiele większą przyjemność niż planowane zdarzenia. Paradoks czy nie?

Zazdroszczę mamom, które potrafią opowiadać/pisać o swoim macierzyństwie z radością, pasją. O odkrywaniu cudów dnia codziennego. O niezliczonych zabawach wymyślanych dla dziecka, sposobach spędzania wspólnego czasu. Mamom, dla których spędzenie kilkunastu miesięcy w domu nie sprawia trudności.
Ja do takich mam nie należę. Przez całą ciążę wyobrażałam sobie, że to na pewno nie będzie takie trudne, skoro tyle kobiet daje sobie radę. Nie sądziłam jednak, że wiele dni macierzyństwa (również i dzisiejszy) będzie można opisać trzema słowami: znużenie, zadaniowość, zmęczenie.

7.6.13

Dzisiaj z braku czasu i poszczepiennej bezsenności czy też nadaktywności dziecia będzie króciuteńko o zaskoczeniu przy jedzeniu. Króciuteńko ale bardzo optymistycznie
Wszyscy mnie straszyli, że przy dziecku to kupa brudu, bałaganu i ogólnego nieładu, a jak się dorwie do jedzenia to już w ogóle bez ściery nie podchodź. Mama opowiadała mi o mojej siostrze żyjącej powietrzem.
A moje dziecko jest chyba jakimś cudem vel wybrykiem - od paru tygodni przejęła łyżeczkę i wystarczy jej tylko śliniak podłożyć, tetra na kolana i gazeta po prawej stronie (dlaczego?, o tym za chwilę). 
Idzie kaszka/obiadek/deserek - pierwsze 5 łyżeczek mama, a następnie łyżeczka do rączki i wsuwa z prędkością kosmiczną, część trafi, część nie trafi do pyszczydła, ale wszystko w granicach normy. Dziecko pojedzone wywala łyżeczkę na podłogę (po to gazeta - łyżeczka dzierżona zawsze w prawej ręce), to znak - mamo, możesz zabierać miseczkę, jedzenie skończone. Wystarczy umyć miseczkę, tackę, dziecko i znów możemy iść się bawić. A wszystko w mniej niż 20 minut. A Matka siedzi z boku, dopija zimną kawkę i nawet dwa akapity artykułu w gazetce czasem uda doczytać. Na dodatek to moje dziecko wszystkożerne, co podstawisz to zje i dopchnie waflem ryżowym.
Zaskoczenie połączone ze wzruszeniem - poproszę częściej.