31.7.13

Ach! polecę truizmem na początek - każda matka chce nauczyć swoje dziecko wszystkiego, co najważniejsze; wpoić mu określone zasady, pomóc przyswoić umiejętności przydatne w dalszym życiu. Jest to jak powiedział klasyk- oczywista oczywistość. I ja należę do matek, ergo postępuję według tego założenia. Ale...

Ostatnio przyglądając się obiektywnie z boku naszym wspólnym zabawom z Lulką (o ile można z boku patrzeć na coś, czego aktualnie jest się uczestnikiem) coraz częściej łapię się na myśli: "Kobito, czego Ty uczysz swe pierworodne dziecię?"

22.7.13

Od razu się przyznam, że nie należę do matek mocno rozczulających się, raczej twardo stąpam po ziemi. Już wcześniej pisałam, że pomimo moich starań nie udało mi się wprowadzić zasad rodzicielstwa bliskości. Nie, żebym nie chciała, po prostu moje dziecię jest osobnikiem mocno indywidualnym.

16.7.13

Dłuższy pobyt z Teściami/Dziadkami zazwyczaj jest kanwą przeżyć, emocji i przemyśleń, że tak to ujmę lakonicznie ;)

Będąc upartą matką z zarysowanym planem wychowania dziecka oraz wyselekcjonowanymi metodami do stosowania (ależ technicznie zabrzmiało) często gęsto zagryzam zęby widząc co wyprawia z dzieciem Babcia czy Dziadek. I dostaję wewnętrznej furii, gdy pomimo moich próśb pewne rzeczy nie ulegają zmianie. Choćby sposób karmienia (kwestia pospieszania, zabawiania, dawania nowości pomimo mojego sprzeciwu), wybór sposobu przemieszczania się (to chyba nie jest problem, że Mała jeszcze woli czasem raczkowanie, mimo, że chodzi coraz sprawniej) czy sposób odnoszenia się zarówno do dziecka jak i do mnie. Oczywiście moją Ścianą Płaczu jest Mąż i Ojciec. Jemu żalę się, pytam o radę. I wczoraj usłyszałam takie oto zdanie (na pewno wypowiedziane w dobrej wierze): "Przecież nie możesz wymagać, by się zmienili. Mają już swoje lata. Musisz to jakoś przeboleć".

9.7.13

Jakoś tak ostatnio często bywałam w galeriach handlowych. czy to na zakupach, czy przelotem. I uderzyła mnie duża ilość całych rodzin szwendających się od sklepu do sklepu. Matka w szale zakupowym, ojciec wystający przed wejściem z komórką w dłoni, a między nimi dzieci, duże, mniejsze i te całkiem maleńkie. 

I tak sobie pomyślałam - szkoda mi tych dzieci. Zwłaszcza tych najmniejszych, miesięczniaków, bobasów w gondolach czy świeżo w spacerówkach. Rodzice wloką je do hałaśliwego, zmiennotemperaturowego (ach ta klimatyzacja!), migającego, przeładowanego świata. Wszystko dokoła szumi, krzyczy, a przede wszystkim się rusza. Wiem, że małe dzieciaczki zakres widzenia mają niewielki, ale mimo wszystko dokoła migają w szaleńczym tempie kolory, dźwięki, zapachy. Jak na mój gust za dużo bodźców dla małego szkraba, które nie potrafi sobie z tym poradzić. No i taka galeria będąc pełna przewijających się ludzi to skupisko wszelkich zaraz, a jaka jest odporność małego dziecka wszyscy wiemy.

I nie chodzi mi o to, że płaczą w tej galerii, dziecka prawo pokrzyczeć, ale widzę te zdenerwowane matki, zniecierpliwionych ojców i zmęczone starsze dzieci. I zastanawiam się po co? Czy naprawdę galeria handlowa jest takim fajnym miejscem? Czy naprawdę trzeba ciągnąć całą rodzinę, po to by mama lub tata mogli sobie kupić bluzkę czy gacie?  Czy naprawdę nie można inaczej spędzić weekendowego dnia? 
Z jednej strony mogę zrozumieć rodziców, którzy nie mają z kim zostawić dziecka, a muszą zrobić np. większe zakupy spożywcze, a zmotoryzowane jest tylko jedno z nich (mój casus). Czasem jeździmy na szybko do hipersklepu, ale tempo zakupowe mamy wtedy imponujące. Ale jakoś nie rozumiem, że kobieta musi mieć pełną obstawę + wózek, by kupić sobie kieckę. No tego nie potrafię zrozumieć.

5.7.13

Dziecko to fantastyczny katalizator interakcji międzyludzkich. Najlepiej to widać na spacerach. Zapomnij o spokojnym spacerku z głową w chmurach lub planowaniem listy zakupów. O nie! Teraz jesteś mamą, więc kroczysz dumnie z wózkiem. I co się dzieje?
Starsze panie (zwłaszcza użytkowniczki komunikacji miejskiej) najczęściej zachwycają się: "Jakie piękne oczka!, Jak się pięknie uśmiecha!, Jaka radosna!" Co tu dużo mówić, moje córa najpiękniejsza jest na świecie ;) Inne matki zapytują: "A jak to możliwe, że pani córka tak pięknie zjada sama wafelek ryżowy"? Bo ma 12 zębów, hello! W ogóle to najmilsi zazwyczaj są lokalni żule - oni najchętniej zaczepiają małą (ja z trwogą staram się unikać ich kontaktu fizycznego) i z chęcią rozdają jej cukierki. Z góry przepraszam wszystkich żulików, ale te zdobycze od razu lądują w najbliższym koszu na śmieci.
Sama Lulka ochoczo zaczepia inne dzieci wdając się z nimi w rozmowy. Widać, że posługują się tymi samym językiem, nawet dźwiękosylaby wydają takie same i wzajemnie sobie odpowiadają - dowodem codzienne konwersacje balkonowe z chłopcem mieszkającym 2 czy 3 piętra wyżej - notabene nawet nie wiem jak wygląda. Ach te sąsiedzkie stosunki!
Ale zdarzają się również sytuacje śmiesznostraszne. Przykład dzisiejszy: spacerujemy po lokalnym placu targowym, znanym wszystkim Krakusom, a tu starszy pan podchodzi i tako oto rzecze: "Biedne dziecko, kazali wstać tak wcześnie, zamiast sobie pospać!" Kij w oko, że to dziecię mnie obudziło i to raczej ja wyglądam jak zombie a dziecię jak świeżo wyspane. 
Hitem była natomiast reakcja jednego pana na głośne "tata" moje Lulki. Pan się zaperzył, nabrał powietrza i ryknął: "Ja nie jestem twoim tatą, słyszysz, nie jestem twoim ojcem". Notabene, pan był w wieku mocno leciwym, ale oczywiście jesteśmy wolne od stereotypów. 
A na koniec panowie robotnicy - oni to zawsze wiedzą co powiedzieć. Szłam z pustym wózkiem po Lulkę do żłoba. A panowie: "Czy czegoś Pani nie zgubiła?"

Miłego dnia! Ja idę szykować letnią zupę z łupów targowych.