31.7.13

Ach! polecę truizmem na początek - każda matka chce nauczyć swoje dziecko wszystkiego, co najważniejsze; wpoić mu określone zasady, pomóc przyswoić umiejętności przydatne w dalszym życiu. Jest to jak powiedział klasyk- oczywista oczywistość. I ja należę do matek, ergo postępuję według tego założenia. Ale...

Ostatnio przyglądając się obiektywnie z boku naszym wspólnym zabawom z Lulką (o ile można z boku patrzeć na coś, czego aktualnie jest się uczestnikiem) coraz częściej łapię się na myśli: "Kobito, czego Ty uczysz swe pierworodne dziecię?"

28.7.13

Co się wydarzyło w ciągu tych dwóch tygodni rozjazdów? Bez zbędnych wstępów, nakreśleń akcji, w telegraficznym skrócie:

Dziecię:
- pomknęło w świat jak perszing, raczkowanie oficjalnie pożegnane;
- zgłosiło bunt na samodzielne jedzenie - ach te babcie!, teraz matko skieruj dziecię na właściwe tory;
- przestawia się na jedną długą drzemkę zamiast dwóch krótszych, cieszyć się czy nie?;
- posiada dwie trójki - wyrzynanie kłów nie takie straszne, mimo że dziecię wygląda jak wampir;
- dokonało bliskiej znajomości z psem swej ciotki, pies nie ucierpiał, dziecię też;
- rozszerzyło swe słownictwo o tak przydatne wyrazy jak "gogo" - ogon, "pupa" - wiadomo, "jango" - imię psa wypowiadane ze specjalnym akcentem;
- umie pokazywać gdzie jest brew - to ci spryciula, jak kiedyś zaboli, będzie umiała pokazać lekarzowi ;) 

Matka w ogóle jest mistrzem nauk przydatnych, o tym pewnie jeszcze będzie.

Matka:
- wyżyła się towarzysko, zaliczyła kolejny wypad do kina (ach! szalejemy!), a zasmucona przykrymi wiadomościami od znajomej podjęła mocne postanowienie ograniczenie narzekania na Męża i Ojca;
- teoretycznie się wysypiała (Mąż i Ojciec czujny na posterunku), praktycznie jechała na kroplówce z kawy;
- kategorycznie zapowiedziała, że nigdy przenigdy już nigdzie nie wyjedzie z niedomagającym choć wyglądającym jak okaz zdrowia dzieckiem, bo nie ma siły denerwować się wyjazdami na opiekę nocną.

Ponadto matka bogatsza jest o następującą wiedzę:
-  nie ufaj wyglądowi dziecia - może śmigać jak szalone, jeść, pić, bawić się bez umiaru, ale w jej organizmie może panoszyć się nieproszony gość;
- możliwe jest opalenie się dziecia smarowanego kremem 50;
- czy w Mieście Mniejszym można kupić córce buty w innym kolorze niż różowy? - Nie!
- elastyczność dziecia w kwestii pory wstawania jest rozległa, w jednym tygodniu może być to zarówno 4.30 jak i 7.30;
- świetną frajdą jest łapanie świeżego porannego moczu przy braku współpracy dziecia - patrz tu;
- wypad na wesele z dzieciem pomysłem zbyt świetnym nie jest - małe przypomnienie tu;
- kolejny rok Rodzinie Debiutującej minie bez wygrzewania się na plaży;
- internet do szczęścia niezbędny nie jest;
- w domu u siebie jest jednak najlepiej, nawet jak dziecię domu swego po dwóch tygodniach nie poznaje.

Matka obiecuje frekwencyjną poprawę, a jak się jej jeszcze coś przypomni to niezwłocznie opisze. Tymczasem spać, a jutro do miotły!

22.7.13

Od razu się przyznam, że nie należę do matek mocno rozczulających się, raczej twardo stąpam po ziemi. Już wcześniej pisałam, że pomimo moich starań nie udało mi się wprowadzić zasad rodzicielstwa bliskości. Nie, żebym nie chciała, po prostu moje dziecię jest osobnikiem mocno indywidualnym.

17.7.13

Wystarczy wyjechać z dzieckiem do dziadków, a tam:
- zamiast wstawać o 5.30 będzie wstawać o 7.00;
- zamiast drzemać przez godzinę, pośpi i dwie piętnaście (ale tylko jeśli matka z ojcem wyjadą na zakupy, chyba wydzielam jakiś rozbudzające aromaty, ech...);
- rozszaleje się z chodzeniem w try-miga - ach te "hektary" wokół dziadkowego domu;
- nagle stwierdzi, że mama jest "be," a "baba" niezbędna do wszystkiego ( i tu pewnie pomyślicie "Już wiemy skąd wzięła ta złośliwość i niechęć do babci opisana wczoraj. Sprostowanie: wcale nie jestem zazdrosna - odpowiada mi to jak najbardziej, w końcu mogę spokojnie poczytać) .

Żeby nie było tak pięknie, to dzieć:
- zacznie budzić się w nocy z przestrachem (psy, hałasy pił - witajcie na wsi!, zbyt dużo wrażeń?);
- ogłosi bunt na kaszki, jeśli widzi cokolwiek innego na stole, więc rano i wieczorem pełna konspiracja - wszystko pochowane pod ściereczkami, a nie daj losie zostawić wafle ryżowe na wierzchu...;
-  wybierze schody jako najlepsze miejsce do zabawy, więc popylaj matko/babciu w górę i w dół za dzieciem 10 razy w ciągu 10 minut;
- stwierdzi, iż popisówy przed dziadkami czas zacząć, czyli namnożenie spektakularnych "bam" - kubek z wodą, miska z jedzeniem lądują na podłodze co i rusz. I wychodzi na to, że matka nie potrafi dziecka nauczyć savoir-vivre'u.

Ale i tak jest fajnie ;)


16.7.13

Dłuższy pobyt z Teściami/Dziadkami zazwyczaj jest kanwą przeżyć, emocji i przemyśleń, że tak to ujmę lakonicznie ;)

Będąc upartą matką z zarysowanym planem wychowania dziecka oraz wyselekcjonowanymi metodami do stosowania (ależ technicznie zabrzmiało) często gęsto zagryzam zęby widząc co wyprawia z dzieciem Babcia czy Dziadek. I dostaję wewnętrznej furii, gdy pomimo moich próśb pewne rzeczy nie ulegają zmianie. Choćby sposób karmienia (kwestia pospieszania, zabawiania, dawania nowości pomimo mojego sprzeciwu), wybór sposobu przemieszczania się (to chyba nie jest problem, że Mała jeszcze woli czasem raczkowanie, mimo, że chodzi coraz sprawniej) czy sposób odnoszenia się zarówno do dziecka jak i do mnie. Oczywiście moją Ścianą Płaczu jest Mąż i Ojciec. Jemu żalę się, pytam o radę. I wczoraj usłyszałam takie oto zdanie (na pewno wypowiedziane w dobrej wierze): "Przecież nie możesz wymagać, by się zmienili. Mają już swoje lata. Musisz to jakoś przeboleć".

15.7.13

Ostatnio dostałam dwie nominacje do Liebster Blog Award od Nowoczesnej-matki-Polki i Drugiego Etatu. Dziękuję Wam bardzo! Zdecydowałam odpowiedzieć jednocześnie obu blogom. O co chodzi z Liebster Blog Award? W skrócie: przyznaje się ją  innym blogom za "dobrze wykonaną robotę", zazwyczaj blogom świeższym lub o mniejszym zasięgu, po to by im pomóc w rozpoznawalności. Nominuje się tych blogów 11 zadając ich właścicielom 11 krótkich pytań. Blogi wyróżnione przekazują nominację kolejnym 11 zadając 11 pytań, przy czym nie można nominować tego bloga, który przyznał wyróżnienie. Wsio!

12.7.13

Ostatnie dni są potwierdzeniem tezy, o której kiedyś tu pisałam. Nie ma co planować, bo życie z dziećmi pełne jest niespodzianek i nagłych zwrotów akcji.

Byliśmy w czwartek z Małą na kontrolnych badaniach w związku ze zbliżającą się wizytą u alergologa - krew, mocz, kupa - standard. Pełni spokoju zaczęliśmy pakować się na wyjazdy-rozjazdy, które mieliśmy zaplanowane od weekendu. Sprawdziwszy wyniki Małej w necie (takie mamy udogodnienia, a co!) okazało się, że jest niewesoło. Dzisiaj szybka wizyta u pediatry - diagnoza: zapalenie nerek, skierowanie na usg, posiew. Co ciekawe, zero gorączki, marudzenia, apetyt fantastyczny. Dla potwierdzenia chcemy zrobić jeszcze jedno zwykłe badanie moczu, by wykluczyć wcześniejsze ewentualne pomyłki. Więc cały dzień walki o złapanie drogocennych kropli (czy zbytnio się nie zagalopowałam ;) nie do końca zakończone sukcesem - wznowienie walk jutro. I błogosławię, że mieszkam w dużym mieście, gdzie nie jest problemem szybkie wykonanie badań (oczywiście za własne pieniądze, żeby nie było za pięknie). Grunt, że usg wyszło w porządku, uff....

Oczywiście zawsze takie sytuacje muszą sprzężąć się z innymi. Ja w związku z około-pracowymi zobowiązaniami cały dzień musiałam spędzić poza domem, więc Mąż i Ojciec dzielnie ogarniał sprawy medyczne. I miałam wyrzuty sumienia, że zostawiłam go samego na placu boju, ale najlepiej podsumowała to moja mama: "To w końcu jej tata, więc dlaczego miałby tego nie zrobić?". Oj, tkwi w głowie ciągłe przekonanie, że to matka koniecznie musi się zajmować wszystkim dzieciowymi sprawami, czuwać nad badaniami, leczeniem itd. A przecież ojcowie są równoprawnymi rodzicami i chociażby z tego powodu równie dobrze jak matki mogą się tym zająć. I mój mężczyzna jest tego świetnym przykładem. Choć może nie powinnam go za bardzo chwalić, bo się jeszcze rozbestwi....


9.7.13

Jakoś tak ostatnio często bywałam w galeriach handlowych. czy to na zakupach, czy przelotem. I uderzyła mnie duża ilość całych rodzin szwendających się od sklepu do sklepu. Matka w szale zakupowym, ojciec wystający przed wejściem z komórką w dłoni, a między nimi dzieci, duże, mniejsze i te całkiem maleńkie. 

I tak sobie pomyślałam - szkoda mi tych dzieci. Zwłaszcza tych najmniejszych, miesięczniaków, bobasów w gondolach czy świeżo w spacerówkach. Rodzice wloką je do hałaśliwego, zmiennotemperaturowego (ach ta klimatyzacja!), migającego, przeładowanego świata. Wszystko dokoła szumi, krzyczy, a przede wszystkim się rusza. Wiem, że małe dzieciaczki zakres widzenia mają niewielki, ale mimo wszystko dokoła migają w szaleńczym tempie kolory, dźwięki, zapachy. Jak na mój gust za dużo bodźców dla małego szkraba, które nie potrafi sobie z tym poradzić. No i taka galeria będąc pełna przewijających się ludzi to skupisko wszelkich zaraz, a jaka jest odporność małego dziecka wszyscy wiemy.

I nie chodzi mi o to, że płaczą w tej galerii, dziecka prawo pokrzyczeć, ale widzę te zdenerwowane matki, zniecierpliwionych ojców i zmęczone starsze dzieci. I zastanawiam się po co? Czy naprawdę galeria handlowa jest takim fajnym miejscem? Czy naprawdę trzeba ciągnąć całą rodzinę, po to by mama lub tata mogli sobie kupić bluzkę czy gacie?  Czy naprawdę nie można inaczej spędzić weekendowego dnia? 
Z jednej strony mogę zrozumieć rodziców, którzy nie mają z kim zostawić dziecka, a muszą zrobić np. większe zakupy spożywcze, a zmotoryzowane jest tylko jedno z nich (mój casus). Czasem jeździmy na szybko do hipersklepu, ale tempo zakupowe mamy wtedy imponujące. Ale jakoś nie rozumiem, że kobieta musi mieć pełną obstawę + wózek, by kupić sobie kieckę. No tego nie potrafię zrozumieć.

5.7.13

Dziecko to fantastyczny katalizator interakcji międzyludzkich. Najlepiej to widać na spacerach. Zapomnij o spokojnym spacerku z głową w chmurach lub planowaniem listy zakupów. O nie! Teraz jesteś mamą, więc kroczysz dumnie z wózkiem. I co się dzieje?
Starsze panie (zwłaszcza użytkowniczki komunikacji miejskiej) najczęściej zachwycają się: "Jakie piękne oczka!, Jak się pięknie uśmiecha!, Jaka radosna!" Co tu dużo mówić, moje córa najpiękniejsza jest na świecie ;) Inne matki zapytują: "A jak to możliwe, że pani córka tak pięknie zjada sama wafelek ryżowy"? Bo ma 12 zębów, hello! W ogóle to najmilsi zazwyczaj są lokalni żule - oni najchętniej zaczepiają małą (ja z trwogą staram się unikać ich kontaktu fizycznego) i z chęcią rozdają jej cukierki. Z góry przepraszam wszystkich żulików, ale te zdobycze od razu lądują w najbliższym koszu na śmieci.
Sama Lulka ochoczo zaczepia inne dzieci wdając się z nimi w rozmowy. Widać, że posługują się tymi samym językiem, nawet dźwiękosylaby wydają takie same i wzajemnie sobie odpowiadają - dowodem codzienne konwersacje balkonowe z chłopcem mieszkającym 2 czy 3 piętra wyżej - notabene nawet nie wiem jak wygląda. Ach te sąsiedzkie stosunki!
Ale zdarzają się również sytuacje śmiesznostraszne. Przykład dzisiejszy: spacerujemy po lokalnym placu targowym, znanym wszystkim Krakusom, a tu starszy pan podchodzi i tako oto rzecze: "Biedne dziecko, kazali wstać tak wcześnie, zamiast sobie pospać!" Kij w oko, że to dziecię mnie obudziło i to raczej ja wyglądam jak zombie a dziecię jak świeżo wyspane. 
Hitem była natomiast reakcja jednego pana na głośne "tata" moje Lulki. Pan się zaperzył, nabrał powietrza i ryknął: "Ja nie jestem twoim tatą, słyszysz, nie jestem twoim ojcem". Notabene, pan był w wieku mocno leciwym, ale oczywiście jesteśmy wolne od stereotypów. 
A na koniec panowie robotnicy - oni to zawsze wiedzą co powiedzieć. Szłam z pustym wózkiem po Lulkę do żłoba. A panowie: "Czy czegoś Pani nie zgubiła?"

Miłego dnia! Ja idę szykować letnią zupę z łupów targowych.