31.8.13

Przymierzałam się do napisania recenzji już dosyć długo. O tej książce (a może i o całej serii) oraz Autorce wiele z Was pewnie słyszało. Wiele z Was ma pewnie ten poradnik w swoich zbiorach.

Znajdziecie tu najważniejsze informacje o zdrowiu i rozwoju niemowlęcia, jakie będą Wam potrzebne w ciągu pierwszego roku Waszego wspólnego życia.  Ale chyba niczego innego nie można się spodziewać po takim tomiszczu. Bez wstępnego przynudzania walnę prosto z mostu - z całego serca mogę ją polecić wszystkim Mamom, zwłaszcza takim jak ja, dopiero początkującym w macierzyństwie. A dlaczego? O tym już za chwilę.

20.8.13

Matka czyta. Nawet coś więcej niż "Żyrafa i przyjaciele". Ostatnio dorwała ostatni numer Twojego Stylu. A tam raport "Bociany odleciały. Dlaczego Polki nie rodzą dzieci". Ja ten tekst nazwałbym inaczej - dlaczego kobiety nie chcą mieć dzieci. Bo kobiety czasem nie rodzą, bo nie mogą. Taka sytuacja wcale rzadka nie jest.

Sam tekst to wypowiedzi kilku prawdziwych/fikcyjnych (nie do końca wierzę w prawdziwość takich sond) bezdzietnych kobiet opowiadających, dlaczego nie zdecydowały się na dziecko. Temat odkrywczy nie jest. Tyle powodów, ile kobiet. Są one dobrze znane i przytaczane w różnych opracowaniach. Kobiety nie mają dzieci, bo się boją. Utraty pracy, samodzielności i niezależności. Boją się odpowiedzialności, nawału obowiązków, spadku stopy życiowej. Bo potencjalni ojcowie nie pracują, pracują za dużo, nie chcą zajmować się dziećmi lub ich zwyczajnie nie ma.

Co mnie zaintrygowało, to fakt, iż część z tych kobiet stwierdziło, że obawia się macierzyństwa jako takiego. Zwłaszcza, że jego obraz w społecznym przekazie mocno się ostatnio zmienia. Matki są w końcu słyszalne i opisują, że sielanką to to nie jest. Więc opowieściami matek już obecnych, matki in spe są zastraszane.
Wszystko ok, ale  myśl, że macierzyństwo (zwłaszcza połączone z pracą zawodową) przychodzi łatwo to czysta naiwność. Naprawdę nie umiem sobie wyobrazić, że są kobiety, dla których obraz macierzyństwa to radośnie gaworzące dziecko, które wystarczy nakarmić, przewinąć i się do niego uśmiechnąć, by było spokojne i cudownienieńkie, a obok niego matka z uśmiechem na licu, która zdążyła już bez wysiłku załatwić wszystkie bieżące zadania. No i obowiązkowo spełniająca się zawodowo. I tu mocny kopniak należy się wszelkim dzieciowym czasopismom proponującym efektywne i łatwe sposoby na pokonanie 1001 problemów mnacierzyńskich, które w wielu przypadkach po prostu nie działają. I ojcowie zazwyczaj nieobecni w tych przekazach, czyli szykuj się kobito na etat potrójny.

Ja zawsze, bez wstydu,  będę twierdzić, że macierzyństwo to praca. Wymaga odpowiedzialności, dyspozycyjności, wiedzy, samoorganizacji, wielozadaniowości, kreatywności, a dodatkowo obarczona jest dużym ładunkiem emocjonalnym. Praca na pełen etat, praca wieloletnia, dająca ogrom satysfakcji, ale pochłaniająca jeszcze więcej energii. Ale tak ma być. Jak wychowywanie młodego człowieka może być łatwe? Jak ciąża, poród, nieprzespane noce, problemy zdrowotne, odpowiedzialność, zależność małego człowieka można traktować lekko? Nie twierdzę, że jest to praca ponad siły, bo nie jest. Ale bronić będę wszystkich matek, które chcą i mówią, jak naprawdę wygląda macierzyństwo. Ile trudu, stresu, zmęczenia, wkurzenia wymaga, ale też ile radości daje. I że idealnych matek, idealnych dzieci i idealnych sposobów nie ma. Jestem im za to ogromnie wdzięczna. Lepiej się wcześniej, choćby teoretycznie nastawić, że sporo wysiłku będzie nas to kosztować, niż zacząć wymiękać po pierwszym wirażu.

Jestem ciekawa Waszych opinii. Jaką miałyście wizję życia z dzieciaczkiem. Byłyście realistkami czy jednak marzycielkami?

13.8.13

Wydaje się taka duża. Taka rozumna, mimo, że niewiele mówi. Mimo, że dopiero co stanęła pewnie na dwóch nogach. Wyraża swe potrzeby w sposób stanowczy, choć najczęściej językiem niewerbalnym. Wygląd już nie bobasowaty, a bardziej dziecięcy. Samodzielne jedzenie. I czasem zapominam się, że ma dopiero 16 miesięcy. I raczej ta liczba, a nie jej zachowanie uświadamia mi, że jest jeszcze szkrabem malutkim.

Rozmowa ze znajomą. Jej dziecko niewiele starsze od mojej już mówi. Nauczono ją nawet liczyć po angielsku. Pierwsza myśl: "Wow, ale zdolne dziecko. Ciekawe, kiedy moja zacznie mówić.". Ale od razu przywracam się do pionu. Lulka ma jeszcze czas, teraz ma się bawić, bawić i jeszcze raz bawić.

3.8.13

Coś się sporo głosów wokół mnie zawiesiło na tym, jakie to place zabaw są niefajne. (Chyba, że mam jakieś wybiórcze spostrzeżenia). Ok, doświadczenia zbyt wielkiego w tym temacie nie posiadamy, przyjaźni ani wrogów jeszcze nie zawiązałyśmy, w bójkach nie uczestniczyłyśmy, a nieliczne spory o łopatkę czy foremkę udawało się w miarę sprawnie załagodzić.
Skąd taka nagonka na te miejsca? I czemu matki tak narzekają, że nie cierpią tam chodzić?

 Pierwsza rzecz - u nas robotę robią tylko place posiadające piaskownice, a że w okolicy mamy tylko takie, więc wszędzie czujemy się dobrze - piaskownica moja miłość! Wrzucam dziecię, lub dziecię samo się wrzuca techniką dowolną, i mamy co najmniej godzinę dziecia spokojnego, wymagającego jedynie podawania jednej lub drugiej zabawki, luzik, co to dla nas! Nawet poczytać się da , a sprawdzanie maili opanowane do perfekcji.

Druga rzecz - dziecko się wybabrze, a jak wybabrane znaczy zadowolone i szczęśliwe. Ach, żeby zawsze tak było łatwo!

Trzecia rzecz - plac zabaw, taki mikroświat, mikrospołecznosć to miejsce pierwszych nauk wychowawczych, typu: nie wolno zabierać nieswoich rzeczy, trzeba pytać o zgodę, nie bijemy się itd; miejsce socjalizacji i poznawania przez dziecia, że są młodsi, starsi, czym się różnią, jak zachowują; dziecię poznaje inne sposoby zabaw niż te proponowane przez rodziców w zaciszu domowym.
 
Czwarta rzecz - dla mnie fajne miejsce obserwacji: zachowań dzieci (co mnie czeka w przyszłości!), relacji rodziców z dziećmi (czego definitywnie nie robić!), czułości i wspólnych zabaw dzieciowo-rodzicielskich (inspiracje, inspiracje!). Rozglądam się ciekawie, a że moje dziecię mało mobilne w tych miejscach (piaskownica moja miłość!), to tym bardziej się udaje. I jeśli zobaczycie czasem matkę leniwie trzymającą łopatkę w jednej ręce, drugą łapą podpierającą głowę i z uśmiechem przyglądającą się dokoła, a obok niej pyzate dziecię w tej samej pozycji - to właśnie my! Pewnie wyglądamy niepokojąco, dziecię chłonie (bo oprócz babrania się w piasku uwielbia przyglądać się innym), ja chłonę. Oczywiście za chwilę jakieś dziecię wlezie do nas, otrząsamy się z letargu i wracamy do normalności.

Minus - trzeba kiedyś z pierworodną do domu wrócić, więc koniecznym jest przetrzymanie początkowego ryku i wierzgania kopytami (do znudzenia - piaskownica moja miłość!). 

Jak będzie za parę miesięcy? Nie wiem. Może Mała nabędzie miłości do huśtawek, zjeżdżalni, kłótni, plucia, popychania i innych bajerów placowo-zabawowych, o których mnie informowano i opinię swą zmienię złorzecząc na czym świat stoi. Chwilowo wdzięczna jestem za nie, bo jak już nie wiem co zrobić z marudną marudą to piaskownica moja miłość! zawsze mnie wybawi. 

A u Was?