31.8.13

Przymierzałam się do napisania recenzji już dosyć długo. O tej książce (a może i o całej serii) oraz Autorce wiele z Was pewnie słyszało. Wiele z Was ma pewnie ten poradnik w swoich zbiorach.

Znajdziecie tu najważniejsze informacje o zdrowiu i rozwoju niemowlęcia, jakie będą Wam potrzebne w ciągu pierwszego roku Waszego wspólnego życia.  Ale chyba niczego innego nie można się spodziewać po takim tomiszczu. Bez wstępnego przynudzania walnę prosto z mostu - z całego serca mogę ją polecić wszystkim Mamom, zwłaszcza takim jak ja, dopiero początkującym w macierzyństwie. A dlaczego? O tym już za chwilę.

30.8.13

... z nagłym atakiem kataru;
... z marudą na poziomie hard;
... ograniczoną potrzebą snu pacjentki.

Wystarczyły dwa dni w żłobku + jedna wizyta w przychodni, by dziecię wzbogaciło się o nieproszonego zasmarkanego gościa. O ile wcześniej zazwyczaj pukał, nieśmiało przekraczał próg i dopiero potem się panoszył, to dzisiaj nocny nalot (a raczej wylew) bombowcowy.

Gnieździmy się więc w naszej norze. Próbujemy wszelkich sposobów na uśpienie pacjentki. Karmimy, poimy, zabawiamy, przewijamy, tulamy, lulamy i całujemy, wycieramy i myjemy, tańczymy, rzucamy, turlamy, śpiewamy, układamy i rysujemy. Na nic nasze starania. Na nic kołysanki. Spać nie będzie. 

Wprowadziliśmy system na froncie - jedno odpoczywa, drugie zabawia, potem zmiana. Pacjentka twardo odpiera argumenty, snu odmawia konsekwentnie.

Niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy jak przy początkach choroby, gdy oczy Ci łzawią, z nosa cieknie, a kaszel płuca wyrywa, można świadomie i z premedytacją pozbawiać się najważniejszego lekarstwa - snu? Jak można odmawiać zachęcie ciepłego łóżeczka, miękkiego kocyka i sympatycznej przytulanki? To chyba trzeba być upartym 16-miesięcznym dzieckiem.

I wychodzi na to, że jesienny sezon na córkowe zasmarkania można uznać za otwarty. Phi, ile tej przerwy było? Dwa miesiące? Ech... 
 


28.8.13

Znany krakowski szpital dziecięcy. Przychodnie przyszpitalne. Wiem, że sam szpital placówką dobrą jest i poważaną, ale przychodnie to już inna para kaloszy.

27.8.13

Jak każdy normalny człowiek mam kilka słabych punktów, a wśród nich wyróżnia się organiczna wręcz niechęć do kierowania samochodem. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach to umiejętność obowiązkowa, a jej brak dosyć mocno ogranicza funkcjonowanie. Ja wiem, że samochód to podstawowe wyposażenie większości gospodarstw domowych; że ułatwia komunikację; że jest niezastąpionym środkiem lokomocji zwłaszcza przy małym dziecku; że daje mnóstwo niezależności. O wadach przemilczę.

23.8.13

Jestem chyba już powoli skrzywiona. Biorę do ręki gazetę, przeglądam, temat dzieciowy, chłonę jak gąbka, od razu. I nieważne czy to "Zwierciadło", "TeleTydzień", czy "Polityka". Też tak macie?

Tym razem w tej ostatniej temat, o którym nigdy dość. "Dzieciaki spaślaki". 14 proc. dzieci do 3 roku życia ma nadwagę, 13 proc. otyłość - w sumie ponad jedna czwarta tak małych dzieciaczków je albo za dużo albo niezdrowo. 

Przyznam się, zafiksowana jestem na punkcie odpowiedniego żywienia dziecia. Słodycze tylko w  postaci domowego biszkopta raz na jakiś czas. Zero soli - za co dostaję becki od Babć. Zero smażeniny (oprócz jajecznicy - zabijcie mnie, ale na parze nie umiem jej przygotować). Dużo kasz, owoców, warzyw. je tylko tyle ile chce, nie ma wpychania na siłę, zabawiania przy jedzeniu, dokarmiania między posiłkami. 5 posiłków dziennie. Dzieć je dużo lepiej i zdrowiej ode mnie.

Martwiło mnie to, że czasem mlecznego nie tknie, obiadkiem pluje i mogłaby się żywić tylko waflami ryżowymi, chlebem i żurawiną suszoną. Ale w sukurs przyszły mi wyniki badań pokazanych w artykule, z których przedstawia się jeden wniosek. Jeśli (nawet roczne) dziecko jednego dnia będzie chciało jeść tylko kilka określonych rzeczy, a innego dnia przestawi się na coś kompletnie innego, ale pozostawi się im wolność wyboru, to w bilansie miesięcznym taka dieta może okazać się dobrze zbilansowana i odpowiednia do wieku. Oczywistym jest fakt, że wyboru powinno dokonywać się jedynie spośród produktów zdrowych i dostosowanych do wieku. Jak to określiła jedna z ekspertek: "Zasada powinna być taka: rodzic decyduje, co dziecko je, a dziecko decyduje, ile".

A co z placówkami opieki? Zatrważające dla mnie są informacje z pierwszej i drugiej ręki o powszechności żywienia cateringowego, przy czym brak jest firm wyspecjalizowanych w posiłkach specjalnie dla dzieci. Czyli hulaj dusza, smażenina, sól i przyprawy jak dla dorosłych. Większa kontrola panuje teoretycznie w placówkach publicznych. Nam się trafił żłobek, który ma własną kuchnię i dietetyczkę, więc pewne zaufanie mam. Choć czekoladka na podwieczorek szału nie wzbudza. Ale jest i inna kwestia żłobkowego jedzenia. Od 8 do 14: śniadanie, II śniadanie, obiad i podwieczorek. Co dwie godziny jedzenie. Przedtem jeszcze śniadanie w domu, bo głodnego nie wypuszczę, a po powrocie drugi obiadek wygłodniałego dziecia i kolacja. 7-8 posiłków. Za dużo.

Żywienie - tak podstawowe, a sprawia nam rodzicom tyle trudności. Z czego to wynika? Rzeczywiście z zabiegania, braku czasu, folgowaniu dzieciom, własnych kiepskich nawyków ? Czy niewiedzy, skutkującej przekonaniem, że roczne czy dwuletnie dziecko może już jeść jak dorosłe?
 

22.8.13

Marzy mi się samotność chwilowa.
Wyjechać na parę dni, tydzień, dwa. Sama. Bez dziecka, bez Męża, bez nikogo.
Tylko ja, moje potrzeby i egoistyczne ich spełnianie krok po kroku. Spokojny długi sen, rytm dnia ułożony pode mnie. Film na śniadanie, książka na obiad, muzyka na kolację.
Wsłuchanie się w siebie, w moje ciało. Rozleniwienie aż do znudzenia. Zaopatrzona lodówka i spokój. Niczego więcej.
Marzy mi się nie myśleć o codzienności, która często przytłacza; o przyszłości, która nie zachęca; o odpowiedzialności i obowiązku, które przerastają. Marzy mi się zatęsknić.


Lecz wiem, że jeszcze nie teraz.
Jutro muszę wygrzebać dodatkowe porcje energii, chęci i cierpliwości. Po dzisiejszym dniu nie będzie to łatwe. Dzisiaj płakałyśmy razem, choć z różnych powodów - Lulka i Ja.

 Na szczęście taki dzień zdarza się rzadko.





 

A miał być post nawiązujący do filmu o Magdalenie Prokopowicz. Pewnie sporo z Was zna jej historię. Wczoraj przez przypadek natknęłam się nań w TVP Info. Kto nie widział, polecam. Film o pięknej miłości i pięknej kobiecie.

Miał być, ale nie dzisiaj...

20.8.13

Matka czyta. Nawet coś więcej niż "Żyrafa i przyjaciele". Ostatnio dorwała ostatni numer Twojego Stylu. A tam raport "Bociany odleciały. Dlaczego Polki nie rodzą dzieci". Ja ten tekst nazwałbym inaczej - dlaczego kobiety nie chcą mieć dzieci. Bo kobiety czasem nie rodzą, bo nie mogą. Taka sytuacja wcale rzadka nie jest.

Sam tekst to wypowiedzi kilku prawdziwych/fikcyjnych (nie do końca wierzę w prawdziwość takich sond) bezdzietnych kobiet opowiadających, dlaczego nie zdecydowały się na dziecko. Temat odkrywczy nie jest. Tyle powodów, ile kobiet. Są one dobrze znane i przytaczane w różnych opracowaniach. Kobiety nie mają dzieci, bo się boją. Utraty pracy, samodzielności i niezależności. Boją się odpowiedzialności, nawału obowiązków, spadku stopy życiowej. Bo potencjalni ojcowie nie pracują, pracują za dużo, nie chcą zajmować się dziećmi lub ich zwyczajnie nie ma.

Co mnie zaintrygowało, to fakt, iż część z tych kobiet stwierdziło, że obawia się macierzyństwa jako takiego. Zwłaszcza, że jego obraz w społecznym przekazie mocno się ostatnio zmienia. Matki są w końcu słyszalne i opisują, że sielanką to to nie jest. Więc opowieściami matek już obecnych, matki in spe są zastraszane.
Wszystko ok, ale  myśl, że macierzyństwo (zwłaszcza połączone z pracą zawodową) przychodzi łatwo to czysta naiwność. Naprawdę nie umiem sobie wyobrazić, że są kobiety, dla których obraz macierzyństwa to radośnie gaworzące dziecko, które wystarczy nakarmić, przewinąć i się do niego uśmiechnąć, by było spokojne i cudownienieńkie, a obok niego matka z uśmiechem na licu, która zdążyła już bez wysiłku załatwić wszystkie bieżące zadania. No i obowiązkowo spełniająca się zawodowo. I tu mocny kopniak należy się wszelkim dzieciowym czasopismom proponującym efektywne i łatwe sposoby na pokonanie 1001 problemów mnacierzyńskich, które w wielu przypadkach po prostu nie działają. I ojcowie zazwyczaj nieobecni w tych przekazach, czyli szykuj się kobito na etat potrójny.

Ja zawsze, bez wstydu,  będę twierdzić, że macierzyństwo to praca. Wymaga odpowiedzialności, dyspozycyjności, wiedzy, samoorganizacji, wielozadaniowości, kreatywności, a dodatkowo obarczona jest dużym ładunkiem emocjonalnym. Praca na pełen etat, praca wieloletnia, dająca ogrom satysfakcji, ale pochłaniająca jeszcze więcej energii. Ale tak ma być. Jak wychowywanie młodego człowieka może być łatwe? Jak ciąża, poród, nieprzespane noce, problemy zdrowotne, odpowiedzialność, zależność małego człowieka można traktować lekko? Nie twierdzę, że jest to praca ponad siły, bo nie jest. Ale bronić będę wszystkich matek, które chcą i mówią, jak naprawdę wygląda macierzyństwo. Ile trudu, stresu, zmęczenia, wkurzenia wymaga, ale też ile radości daje. I że idealnych matek, idealnych dzieci i idealnych sposobów nie ma. Jestem im za to ogromnie wdzięczna. Lepiej się wcześniej, choćby teoretycznie nastawić, że sporo wysiłku będzie nas to kosztować, niż zacząć wymiękać po pierwszym wirażu.

Jestem ciekawa Waszych opinii. Jaką miałyście wizję życia z dzieciaczkiem. Byłyście realistkami czy jednak marzycielkami?

19.8.13

Jesteśmy. Dojechałyśmy. Osiadłyśmy na jakiś tydzień.

Ale od początku...
Wymyśliła sobie matka, że na czas nieobecności Męża i Ojca, który udał się za ciepłe morza pod pretekstem konferencji, pojedzie z dzieciem do babci, coby samemu nie kisić się w dusznym Krakowie. Jako że matka i babcia zmotoryzowane są tylko na papierze, w grę wchodziła podróż pociągiem z bonusem w postaci przesiadki na autobus. Całość jakieś 6 godzin. Dla niektórych może to betka, ale dla matki z dzieciem był to debiut i wyzwanie, na szczęście pomocna okazała się sama Babcia, która z powodów rodzinno-weselnych zawitała do nas parę dni wcześniej.

18.8.13



 

Matka z dzieciem w drodze. STOP. Pociągowo-autobusowy debiut dziecia. STOP Czeski golfista z USA czyli "Spadkobiercy" i kieliszek wina= relaks. STOP Pełna relacja jutro. STOP

14.8.13

Są wakacje. Jest urlop mężowy. Jeździmy więc tu i ówdzie. Mieszkamy w Krakowie od dobrych kilku lat, ale dopiero teraz zwróciliśmy nasze oczy i koła samochodu na rejony małopolskie. Bywało się w świecie tu i ówdzie, ale lokalny choć napływowo-słoikowy patriotyzm się odezwał, więc buszujemy po okolicy.

Był i Ojców z przyległościami, była i Krynica, Stary Sącz, Kalwaria i Wadowice, były podkrakowskie dolinki.

I ładnie tu u nas, choć oczywiście nie wszędzie. Trochę nam się Polska zmieniła ostatnio. I mentalnie i fizycznie. Najbardziej narzekać będę na wszechobecną kostkę brukową. Każde małe i większe miasteczko musi mieć rynek wybrukowany, koniec kropka. Jeśli jeszcze zachowa się sporo zieleni, to po oczach tak nie bije. Ale puste place-patelnie to zdecydowanie nie mój gust. I wszędzie fontanny, muszą być fontanny, koniecznie fontanny. Moje dziecię jednak nie narzeka, to i ja nie będę. 

I restauracje, knajpeczki - mega pozytywne zaskoczenie, że nikt nigdy nie robił problemów, że jesteśmy z małym dzieckiem. Że to dziecko robi burdello wokół siebie. Że krzyczy, rzuca jedzeniem, piszczy, śmieje się w głos, zaczepia obcych. Wszędzie gdzie byliśmy dostawaliśmy jakieś umilacze dla Małej - czy to kredki z pośpiesznie wydrukowaną kolorowanką, czy klocki i układanki. I krzesełka do karmienia. 
A żeby nie było za różowo - przewijaków ciągle brak. Ale nam już to mniej doskwiera.

A dziecię? Co tam klasztory, co tam dworki, zamczyska i pałace, najważniejsze są kamyczki. Bo kamyczki można zbierać do wózka, można przekładać z miejsca na miejsce, a że ich na drodze żwirowej sporo to roboty na całe godziny. I dowód że nie jestem gołosłowna.


Nie trzeba mieć góry złociszy ani ogromu wolnego czasu. Wystarczy chęć, parę godzin wolnego i hajda! w poszukiwaniu pięknych miejsc i odrobiny radości.

A czasem po powrocie można trafić na takie cudo:

13.8.13

Wydaje się taka duża. Taka rozumna, mimo, że niewiele mówi. Mimo, że dopiero co stanęła pewnie na dwóch nogach. Wyraża swe potrzeby w sposób stanowczy, choć najczęściej językiem niewerbalnym. Wygląd już nie bobasowaty, a bardziej dziecięcy. Samodzielne jedzenie. I czasem zapominam się, że ma dopiero 16 miesięcy. I raczej ta liczba, a nie jej zachowanie uświadamia mi, że jest jeszcze szkrabem malutkim.

Rozmowa ze znajomą. Jej dziecko niewiele starsze od mojej już mówi. Nauczono ją nawet liczyć po angielsku. Pierwsza myśl: "Wow, ale zdolne dziecko. Ciekawe, kiedy moja zacznie mówić.". Ale od razu przywracam się do pionu. Lulka ma jeszcze czas, teraz ma się bawić, bawić i jeszcze raz bawić.

8.8.13

Ostatnio pisałam o moich odczuciach związanych z uczęszczaniem na place zabaw tak w ogóle.

Lecz wywołana niejako w komentarzach przez Mamę z About Being Mama parę słów napiszę o naszym krakowskim placu zabaw mieszczącym się przy ul. Felińskiego (nowe osiedle na północy Krakowa, jakby ktoś kiedyś chciał sprawdzić). Niestety jak u Mamy było mnóstwo pięknych zdjęć, ja będąc chwilowo na wsi łonie opiszę go jak najwierniej słowami.

Sam placyk jest niewielki (tak na oko 20x30 m), mieści: dwie piaskownice, konstrukcję-kombajn ze zjeżdżalnią, linkami, drewnianym mostem i drabinką, huśtawkę góra-dół na dwoje dzieciaczków oraz 3 rodzaje bujanek: konik, słonik i bodajże rowerek - żadne bajery, standardowe atrakcje.

Plusy:
- placyk ogrodzony, opiekuni dzieci rzeczywiście pilnują by drzwi były zamknięte, zrobiono nawet prowizoryczne zabezpieczenie czyli standardowa linka u gór drzwiczek;
- dwie piaskownice - przy tak dużej liczbie dzieci, które zjawiają się na placyku jedna nie pomieściłaby wszystkich;
- jest czysto: śmieci nie walają się, ale to też pewnie zasługa kultury użytkowników;
- na placyku wysiana trawa, wiadomo wydeptana, ale spotkawszy się kiedyś z betonem na placu zabaw dla dzieci to jednak nie jest chyba aż tak oczywiste;
- kilka ławek (chyba 3) - sporo jak na taki mały placyk;
- wszystkie atrakcje działają, a piasek jest regularnie dowożony :)

Minusy:
- mały rozmiar placu w ogóle, bywa tłoczno, mimo, że w okolicy są jeszcze dwa ogólnodostępne, dzieciaki nie mają za bardzo gdzie pobiegać; to jest największa wada!
- niestety brak zadrzewień, cienia nie uświadczysz, jakieś tam tujki rosną, ale minie parę lat nim coś z nich będzie; przy takiej upalnej pogodzie możliwe z niego skorzystać tylko super wcześnie lub dopiero na wieczór;
- brak zabezpieczenia przed nagłym wybiegnięciem dzieci na ulicę (bo to placyk przyuliczny) - chociażby dwóch pachołków z łańcuchem, ale myślę jest to do załatwienia;
- placyk przy parkingach, ciągły ruch samochodowy, generalnie żadne tam fajne otoczenie.

Jest to ewidentnie placyk przede wszystkim dla dzieci starszych, takich około dwuletnich minimum. Dla maluszków tylko piaskownica. 
W okolicy są inne dwa ogólnodostępne placyki, ale w rozmiarach i wyposażeniu identyczne, więc szału ogólnie nie ma. I oczywiście marzyłby nam się plac z prawdziwego zdarzenia, przestronniejszy, zadrzewiony, z większą ilością atrakcji dla małych i większych dzieci (o młodzieży zapomnieć niestety trzeba).

A jako że nie mam jego zdjęć, to dla obrazu ogólnego napiszę tylko, ze na pewno nie wygląda on tak:
ani tak:

ani nawet tak:

I tylko dobrze, że nie tak:





7.8.13

Z wielkim zaskoczeniem otrzymałam wieść, że tym razem AniaW z bloga Mamania nominowała mnie do tego wyróżnienia. Zasady już wcześniej opisałam tu.

 Oto moje odpowiedzi:
 

1. Ulubiony kwiat i dlaczego
Róża, z racji tego, ze mój mąż jest różanym ogrodnikiem ;)

2. Ulubione jedzonko i dlaczego
biorąc pod uwagę wcześniejsze odpowiedzi: naleśniki z serem, miłość irracjonalna ciężka do wytłumaczenia ;)

3. Ulubiona książka i dlaczego
wcześniej pisałam o Dzieciach z Bullerbyn, teraz może dodam serię Mikołajków, chyba całkowicie zdziecinniałam, dlatego ;)
 
4. Ulubiony film i dlaczego -
Infernal Affairs - oglądałam dziesiątki razy, zawsze wciąga i zaskakuje jak za pierwszym;
 
5. Ulubiony blog i dlaczego -
ostatnio lubię czytać Niezłą Żonę: taka wizja macierzyństwa bliska jest mojemu;
 
6. Nielubiana pora roku i dlaczego
jesień - ciapa, plucha, wywietrzysko, trzeba mówić więcej?
 
7. Nielubiany trunek i dlaczego -
trunki w ogóle, niepijąca jestem :)
 
8. Nielubiany strój i dlaczego -
kostium kąpielowy, kobieta po przejściach ciążowo-porodowych ;)
 
9. Nielubiane jedzonko i dlaczego
flaki, ten alternatywny aromat powala;
 
10. Nielubiane miejsce i dlaczego
 dentsyta-sadysta, chyba jakieś traumy z dzieciństwa, bo z dzisiejszym znieczuleniem niewiele się czuje, a mimo wszystko zawsze przed wizytą ścisk w żołądku
 
11. Jaki był najbardziej romantyczny moment w twoim życiu i dlaczego
romantyczny? ja z tych nieromantycznych, nawet na pewnej kolacji śmiałam się do Męża mego, że zamówimy mu czarną polewkę (czyli pepsi), dopiero potem okazało się, ze to był dzień oświadczyn ;)


 Tym razem nominuje te oto blogi:

 nowoczesnamatka-polka.blogspot.com
 matkadogorynogami.wordpress.com/
 http://magiadnia.blogspot.com/
http://gabi-mum.blogspot.com/ 
aboutbeingmama.blogspot.com


A pytania będą wakacyjno-wypoczynkowe, bo lato upalne mamy w pełni:
1. Wymarzone miejsce na urlop?
2. Wakacje we dwoje czy z dziećmi?
3. Opiekanie się na plaży czy zdobywanie szczytów?
4. Twoja popisowa letnia potrawa?
5. Kiedy ostatnio leniuchowałaś? (wiem, okrutne pytanie;)
6. Boisz się burzy?
7. Opisz proszę trzema słowami udany wypoczynek..
8. Najbardziej zabawna sytuacja jaka zdarzyła Ci się w trakcie wakacji?
9. Kapelusz czy chustka na głowę?
10. Wymień trzy ewidentnie babskie rzcezy, które zawsze znajda się w Twojej wakacyjnej walizce?
11. Twoje pierwsze wspomnienia wakacyjne?

Mam nadzieję, że nie są zbyt osobiste. Zawsze można odmówić odpowiedzi. Zapraszam do zabawy na swoich blogach lub u mnie w komentarzach :)

3.8.13

Coś się sporo głosów wokół mnie zawiesiło na tym, jakie to place zabaw są niefajne. (Chyba, że mam jakieś wybiórcze spostrzeżenia). Ok, doświadczenia zbyt wielkiego w tym temacie nie posiadamy, przyjaźni ani wrogów jeszcze nie zawiązałyśmy, w bójkach nie uczestniczyłyśmy, a nieliczne spory o łopatkę czy foremkę udawało się w miarę sprawnie załagodzić.
Skąd taka nagonka na te miejsca? I czemu matki tak narzekają, że nie cierpią tam chodzić?

 Pierwsza rzecz - u nas robotę robią tylko place posiadające piaskownice, a że w okolicy mamy tylko takie, więc wszędzie czujemy się dobrze - piaskownica moja miłość! Wrzucam dziecię, lub dziecię samo się wrzuca techniką dowolną, i mamy co najmniej godzinę dziecia spokojnego, wymagającego jedynie podawania jednej lub drugiej zabawki, luzik, co to dla nas! Nawet poczytać się da , a sprawdzanie maili opanowane do perfekcji.

Druga rzecz - dziecko się wybabrze, a jak wybabrane znaczy zadowolone i szczęśliwe. Ach, żeby zawsze tak było łatwo!

Trzecia rzecz - plac zabaw, taki mikroświat, mikrospołecznosć to miejsce pierwszych nauk wychowawczych, typu: nie wolno zabierać nieswoich rzeczy, trzeba pytać o zgodę, nie bijemy się itd; miejsce socjalizacji i poznawania przez dziecia, że są młodsi, starsi, czym się różnią, jak zachowują; dziecię poznaje inne sposoby zabaw niż te proponowane przez rodziców w zaciszu domowym.
 
Czwarta rzecz - dla mnie fajne miejsce obserwacji: zachowań dzieci (co mnie czeka w przyszłości!), relacji rodziców z dziećmi (czego definitywnie nie robić!), czułości i wspólnych zabaw dzieciowo-rodzicielskich (inspiracje, inspiracje!). Rozglądam się ciekawie, a że moje dziecię mało mobilne w tych miejscach (piaskownica moja miłość!), to tym bardziej się udaje. I jeśli zobaczycie czasem matkę leniwie trzymającą łopatkę w jednej ręce, drugą łapą podpierającą głowę i z uśmiechem przyglądającą się dokoła, a obok niej pyzate dziecię w tej samej pozycji - to właśnie my! Pewnie wyglądamy niepokojąco, dziecię chłonie (bo oprócz babrania się w piasku uwielbia przyglądać się innym), ja chłonę. Oczywiście za chwilę jakieś dziecię wlezie do nas, otrząsamy się z letargu i wracamy do normalności.

Minus - trzeba kiedyś z pierworodną do domu wrócić, więc koniecznym jest przetrzymanie początkowego ryku i wierzgania kopytami (do znudzenia - piaskownica moja miłość!). 

Jak będzie za parę miesięcy? Nie wiem. Może Mała nabędzie miłości do huśtawek, zjeżdżalni, kłótni, plucia, popychania i innych bajerów placowo-zabawowych, o których mnie informowano i opinię swą zmienię złorzecząc na czym świat stoi. Chwilowo wdzięczna jestem za nie, bo jak już nie wiem co zrobić z marudną marudą to piaskownica moja miłość! zawsze mnie wybawi. 

A u Was?