23.8.13

Jestem chyba już powoli skrzywiona. Biorę do ręki gazetę, przeglądam, temat dzieciowy, chłonę jak gąbka, od razu. I nieważne czy to "Zwierciadło", "TeleTydzień", czy "Polityka". Też tak macie?

Tym razem w tej ostatniej temat, o którym nigdy dość. "Dzieciaki spaślaki". 14 proc. dzieci do 3 roku życia ma nadwagę, 13 proc. otyłość - w sumie ponad jedna czwarta tak małych dzieciaczków je albo za dużo albo niezdrowo. 

Przyznam się, zafiksowana jestem na punkcie odpowiedniego żywienia dziecia. Słodycze tylko w  postaci domowego biszkopta raz na jakiś czas. Zero soli - za co dostaję becki od Babć. Zero smażeniny (oprócz jajecznicy - zabijcie mnie, ale na parze nie umiem jej przygotować). Dużo kasz, owoców, warzyw. je tylko tyle ile chce, nie ma wpychania na siłę, zabawiania przy jedzeniu, dokarmiania między posiłkami. 5 posiłków dziennie. Dzieć je dużo lepiej i zdrowiej ode mnie.

Martwiło mnie to, że czasem mlecznego nie tknie, obiadkiem pluje i mogłaby się żywić tylko waflami ryżowymi, chlebem i żurawiną suszoną. Ale w sukurs przyszły mi wyniki badań pokazanych w artykule, z których przedstawia się jeden wniosek. Jeśli (nawet roczne) dziecko jednego dnia będzie chciało jeść tylko kilka określonych rzeczy, a innego dnia przestawi się na coś kompletnie innego, ale pozostawi się im wolność wyboru, to w bilansie miesięcznym taka dieta może okazać się dobrze zbilansowana i odpowiednia do wieku. Oczywistym jest fakt, że wyboru powinno dokonywać się jedynie spośród produktów zdrowych i dostosowanych do wieku. Jak to określiła jedna z ekspertek: "Zasada powinna być taka: rodzic decyduje, co dziecko je, a dziecko decyduje, ile".

A co z placówkami opieki? Zatrważające dla mnie są informacje z pierwszej i drugiej ręki o powszechności żywienia cateringowego, przy czym brak jest firm wyspecjalizowanych w posiłkach specjalnie dla dzieci. Czyli hulaj dusza, smażenina, sól i przyprawy jak dla dorosłych. Większa kontrola panuje teoretycznie w placówkach publicznych. Nam się trafił żłobek, który ma własną kuchnię i dietetyczkę, więc pewne zaufanie mam. Choć czekoladka na podwieczorek szału nie wzbudza. Ale jest i inna kwestia żłobkowego jedzenia. Od 8 do 14: śniadanie, II śniadanie, obiad i podwieczorek. Co dwie godziny jedzenie. Przedtem jeszcze śniadanie w domu, bo głodnego nie wypuszczę, a po powrocie drugi obiadek wygłodniałego dziecia i kolacja. 7-8 posiłków. Za dużo.

Żywienie - tak podstawowe, a sprawia nam rodzicom tyle trudności. Z czego to wynika? Rzeczywiście z zabiegania, braku czasu, folgowaniu dzieciom, własnych kiepskich nawyków ? Czy niewiedzy, skutkującej przekonaniem, że roczne czy dwuletnie dziecko może już jeść jak dorosłe?
 

9 komentarzy:

  1. mam tak...pozatym wszelkie ulotki reklamowe ze sklepów...dla mnie liczy się tylko to co dla dzieci:/ nooooo amm tak;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No z ulotkami to tak jeszcze nie mam. Może wszystko przede mną ;)

      Usuń
  2. www.karolowamama.blogspot.com

    zapraszma do mnie:D

    OdpowiedzUsuń
  3. ciekawie to napisałaś, ja też mam fioła na punkcie zdrowego odżywiania dzieci, i oczywiście boję się, że nie uda mi się tego wprowadzić dla Milenki. mam nadzieję, że dając jej wszystkiego z umiarem, będzie dobrze. a co do pozostałych, to myślę, że brak wiedzy o podstawach zdrowego żywienia jest przyczyną otyłości. rodzice myślą, "skoro mi smakuje fast food to czemu mam odmawiać małemu? mi rodzice odmawiali słodyczy, to ja dziecku odmawiać nie będę", itd. itp. a o tym, że takie jedzenie ma zero wartości odżywczych nie pomyślą.. dużo zrobiła Bosacka w swoim programie "Wiem co jem", bo trochę nam Polakom otworzyła oczy, ale to i tak jeszcze mało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Bosacka swoje zrobiła. Ale i patrząc po moim podwórku widać, ze chyba brak wiedzy i nawyk traktowania dzieci jako małych dorosłych jest tu niestety głównym winowajcą.
      Nawet dzisiaj mój wykształcony i mądry mąż chciał Małej dać frytkę bo my jedliśmy. Ręce mi opadły, żeby nie powiedzieć o innych rzeczach.

      Usuń
  4. No tak..a po 15 jest jeszcze drugi podwieczorek :) A na obiad standardowo dwa dania. Trzeba miec spory zołądek by to wszystko zmieścic, a organizm szybko sie przyzwyczaja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to przyzwyczajanie. Ja nie zdawałam sobie dotąd sprawy, że u dzieci aż tak to działa, że przekarmiane będą się domagać więcej. Myślałam, że potrafią się bardziej buntować. A jednak trzeba się pilnować, co nie znaczy, ograniczać im jedzenie. U mnie działa do pierwszego "nie" albo do wyraźnych przejawów zabawy jedzeniem.

      Usuń
  5. A wiesz ja ostatnio wylądowałam z jednym moim Szarańczem u dietetyka w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie i hmmm zrobiła mi delikatnie to ujmując rewolucje kuchenną.
    Wydawało mi się że jest zdrowo, bez soli, cukru i takich tam dużo kasz owoców i warzyw soków... Wydawało mi się to dobre słowo :)

    Ale ja akurat z odmiennym problemem bo moje za chude więc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to co było nie tak, jeśli mogę zapytać? Ilość posiłków, wielkość posiłków, proporcje? I taki niejadek z niego czy szybko metabolizuje?

      Usuń