19.8.13

Jesteśmy. Dojechałyśmy. Osiadłyśmy na jakiś tydzień.

Ale od początku...
Wymyśliła sobie matka, że na czas nieobecności Męża i Ojca, który udał się za ciepłe morza pod pretekstem konferencji, pojedzie z dzieciem do babci, coby samemu nie kisić się w dusznym Krakowie. Jako że matka i babcia zmotoryzowane są tylko na papierze, w grę wchodziła podróż pociągiem z bonusem w postaci przesiadki na autobus. Całość jakieś 6 godzin. Dla niektórych może to betka, ale dla matki z dzieciem był to debiut i wyzwanie, na szczęście pomocna okazała się sama Babcia, która z powodów rodzinno-weselnych zawitała do nas parę dni wcześniej.

Już tak powiedzmy od tygodnia matka to odchorowywała. Miała parcie na spakowanie się w jak najmniejszą liczbę waliz. A sen  z powiek przepędzała jeszcze myśl - wózek, ach ten wózek, brać go czy zostawić w cholerę.
Pakowanie - ha! to było obmyślanie strategiczne włącznie z codziennym sprawdzaniem prognozy pogody. Oczywiście spakowanie siebie to luz, 3 bluzki, 3 pary majtek, prać można codziennie, ale dziecię, co z tym dzieciem? Matka postawiła na minimalizm skrajny, stwierdzając, że do głuszy nie jedzie, resztę dokupi w poniedziałek czyli dziś.
 Dla ciekawych lub potrzebujących skrócona lista (ale, żeby nie było, przy innych dzieciach i innych matkach taki zestaw może nie przejść): 
- zestaw ubrań na ciepłe i zimne x 3 + piżamka;
- 2 pary rajtek, 3 pary skarpetuniek;
- 2 pary butków (w tym jedne na dziecięcych nóżeńkach), 2 czapeczki;
- kocyk, smoczek;
- resztki kaszki w torebce, ino, żeby starczyło na kolację;
- najpotrzebniejsze lekarstwa: nurofen na ból, orsalit, na.. no wiecie na co; termometr, sól fizjologiczna w ampułkach i antyalergiczne krople, kosmetyki do mycia;
- pieluchy sztuk dosłownie 10, paczka chustek dotyłeczkowych;
- 2 tetry, 2 śliniaki... i tyle.
Do małej torby: jedzenie na podróż, kilka zabawek, woda.
 
Suma summarum - trzy wesołe babki spakowały się w jedną walizę i jedno podręczne. Nieźle nie? Ależ byłyśmy z siebie dumne ;) Wózka w końcu niet, bo dobra miejscowa duszyczka zaoferowała się pożyczyć swój. 

Dzień przed podróż stres niemalże jak przed pierwszą randką. Wyjazd na dworzec, wpad do pociągu, a tu dziecko pociągu się boi. Sobie matka myśli, pięknie się zaczyna... Lecz zdwojone siły matki i Babci dały radę opanować panikę. Pociąg rusza, pochlipywanie Małej, ale dzielna niesłychanie zaczyna wyrażać chęć wędrówki po pociągu. Ok, panna, wszystko dla Ciebie. Więc przetruptałyśmy wte i we wte całą drogę (prawie 4 godziny) z półgodzinną przerwę na drzemkę. Nawet nakarmić się pozwoliła, pieluchę zmienić dała, choć było ryzyko wzywania konduktora, bo SOS przycisk sobie ulubiła. Jedno trzeba stwierdzić - pociąg nam się trafił, czysty, pachnący, klimatyzowany!, mało ludzi, więc cicho i spokojnie.

Wysiadka, pęd na autobus - matka z dzieciem na rękach, z rozwianym włosem w 35 stopniowym upale biegnie coby nawet i własnym ciałem zatrzymać autobus, który by chciał na uciec. Tu surpryza! autobus dopiero za pół godziny. Spoko, co to dla nas! Wsiad do autobusu, gorąco jak w piekle, dziecię zaczyna wykazywać oznaki zmęczenia, znudzenia, gorąca i czego tam jeszcze chcecie. Wyciągamy więc broń niezawodną: Czu-Czu. Uff, dziecko opanowane. Szału nie było, ale jakoś tę godzinę z hakiem przeżyłyśmy bez szkód dla zainteresowanej, nas i współpasażerów. Potem jeszcze wyprawa na czwarte piętro - dziecię padło na drzemkę, a my padłyśmy z głośnym westchnieniem ulgi, że już po.

Jakie były obawy: Że dziecię będzie marudne (nie było), nie zaśnie (zasnęło), znudzone (nie było), dostanie biegunki lub choroby lokomocyjnej (wiecie jak to w pociągach i wyjazdach w ogóle), nie będzie chciało jeść (zjadło), będzie się bało (do opanowania), że będzie brud, smród i ubóstwo (legendy o komunikacji publicznej znamy). 

A jakie wnioski?
Choroby lokomocyjnej - niet.
Do pociągu zabawki nie potrzebne, jeśli tylko można wędrować.
Autobus to już wyższa szkoła jazdy, bo jak utrzymać dziecię w miejscu przez dłuższy czas?
Dużo zagryzek pod ręką - u nas wafle ryżowe, żurawina suszona plus duuuużo wody.
Jak najmniej bagażu - naprawdę byłyśmy sama sobie wdzięczna, za skrajny minimalizm.
Gdyby nie Babcia - nie byłoby tak różowo. Chwała Babciom!
I jeszcze jeden wniosek - dziecko naprawdę wiele nie potrzebuje. Naprawdę!

To co, zapytacie? Kiedy następna wyprawa? Ok, nieprędko, tej jeszcze nie odespałam ;)

A u Was jak z podróżami? Decydujecie się z dzieciem na komunikację zbiorową czy jednak autem brum-brum? A może jakieś rady inne? Bo nie wykluczam że kiedyś w przyszłości wybiorę się już sama na eksplorowanie Polski z dzieciem.

6 komentarzy:

  1. Podziwiam. Ja raczej nie prędko się wybiorę autobusem z dzieckiem czy dziecmi (trójką ) nie daj Boże sama. gdyby nie moja choroba lokomocyjna to może tak, bo się nie boję jeździć. Ale rzygam jak kot i to mną raczej trzeba by było się zajmować. Super , ze Twój dzieć dał rade i Ty z Babcią też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, w takim razie to rzeczywiście niewesoło. No i ta trójka :)

      Usuń
  2. Do tej pory jeździłyśmy brum brum. Jutro się wybieramy i mam chęć na autobus i pociąg albo brum brum i pociąg. Zobaczymy :)


    Dałaś nadzieję! :)

    No i dałyście świetnie sobie radę podziwiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi :) Szczerze mówiąc sama siebie podziwiam. Ale teraz to tylko do przodu, pociągiem, autobusem, czym tam chcecie ;)

      Usuń
  3. ja się jeszcze nie odważyłam na komunikację zbiorową, nawet autobusem czy trampem miejskim jednego przystanku nie praktykowaliśmy

    OdpowiedzUsuń
  4. świetnie sobie poradziłaś! my na razie brum brum z tatą, ale pewnie później też będę korzystać z komunikacji miejskiej, bo ja też prawko mam tylko na papierze :)

    OdpowiedzUsuń