27.8.13

Jak każdy normalny człowiek mam kilka słabych punktów, a wśród nich wyróżnia się organiczna wręcz niechęć do kierowania samochodem. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach to umiejętność obowiązkowa, a jej brak dosyć mocno ogranicza funkcjonowanie. Ja wiem, że samochód to podstawowe wyposażenie większości gospodarstw domowych; że ułatwia komunikację; że jest niezastąpionym środkiem lokomocji zwłaszcza przy małym dziecku; że daje mnóstwo niezależności. O wadach przemilczę.

Mimo to każdy moment posadzenia mych szanownych czterech liter za kierownicą i odpalenie pojazdu przysparza mnie o szczękościsk, mięśniościsk i brzuchościsk. Generalnie, dobrze nie jest.

Skoro, pomyślicie, czasem do auta jako kierowca wsiadam, to znaczy, że prawo jazdy mam. Więc jeśli udało mi się uprawnienia zdobyć, to pewnie przesadzam i to grubo.
Co mogę powiedzieć... Egzamin zdałam za czwartym razem, chyba na piękne oczy albo w ramach prezentu, bo akurat były Mikołajki. I dopóki jechałam z człowiekiem obok mającym dostęp do dodatkowego pedału hamulca, dopóty wydawało mi się to wszystko do ogarnięcia.

Nie powiem, że w ogóle nie jeżdżę. Po wszelkiej maści pipidówkach i wioseczkach raz na ruski rok pojechać pojadę, ale Kraków?, trasa Rzeszów-Kraków (akurat moja rodzinna trasa)? Nie ma mowy. Zwłaszcza mając Męża ochoczo spełniającego się jako kierowca.

Ale ... wzięło mnie na ambicję. Przyczyną moja mama, która niedawno zrobiła prawo jazdy, ba! zaczyna jeździć. Więc jeśli ona się przemogła (a znam ja troszeczkę i sama jestem zaskoczona jej wyczynem, wybacz mi Mamo! ;), to wstyd i hańba jak córunia się opitala.

Pomyślałam, pogłówkowałam, okazja się nadarzyła - jadę!: od Mamy do Krakowa, a co! nie dam się piratom drogowym. Kto zna trasę, ten wie - więcej niż 80 przepisowo nie potniesz, po jednym pasie w obie strony, szału definitywnie nie ma. Tak więc, przejechałam jakieś 100 km, dopóki nie natrafiłam na drugą taką łamagę jak ja. Wszystko pięknie, ładnie, tylko nie wspomniałam o jednym małym szczególe - nie umiem wyprzedzać. Rower - ok!, wóz/traktor - uda się, acz mocno niechętnie, wolniejsze auto - nie ma bata! Więc jadę ja, przede mną identyczna łamaga, która uparła się, by ją wyprzedzić. Ja się uparłam, by jej nie wyprzedzać, bo te wspólne 70 to idealna dla mnie prędkość. Wokół mnie rozpętało się jakieś szaleństwo - za mną sznureczek (skąd! powiedzcie skąd!), niecierpliwcy zaczęli wyprzedzać na trzeciego, Mąż delikatnie zachęca - wyprzedź, wyprzedź. Dziecię nagle postanowiło zakoncertować (jak nigdy!). Matka kląć zaczęła (wybacz córko!), znalazła najbliższy parking, zjechała nań z piskiem i ze słowem mocno niecenzuralnym nakazał Mężu się przesiąść.

Jeśli więc kiedyś na trasie spotkacie ciemnego pieżota uparcie odmawiającego wyprzedzania - to ja! Teraz możecie się ze mnie jawnie wyśmiewać. 






Jawnie seksistowskie, ale pod tym względem osobiście protestować nie będę.

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. I o mnie to też jest

      Usuń
    2. Czyli nie sama jestem. Zabrzmi okropnie, ale dziękuję :)

      Usuń
    3. Niestety jest to też o mnie :( ja nawet za kierownicą nie usiądę :(

      Usuń
  2. Hehehe, uśmiałam się wybacz. Ale nie z Ciebie a ze sposobu napisania posta. Super.
    Ja należę do tych kobiet, które bez auta nie potrafią. I uwielbiam kierować. I szybko tez. Także bez skromności powiem, ze jestem dobrym kierowcą. ;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A proszę Cię bardzo ;) I ogromnie Ci zazdroszczę zacięcia motoryzacyjnego. Chyba jak by mnie mocno przypiliło to może się za siebie konkretnie wezmę ;)

      Usuń
  3. Oj ja mialam duuuże opory przed prowadzeniem auta w ciąży i potem gdy Gabusia z nami jechała. Dopiero ostatnio się przełamałam i wróciłam do "normalnej" jazdy, a nie 40 km/h :P Choć moje autko i tak więcej niż 80-90 nie wyciągnie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dobrze, że pokonałaś te opory. A w mieście i tak więcej nie pociśniesz, więc dobrze ;)

      Usuń