31.12.14

Nie jestem dobra w podsumowaniach, pisałam tak już rok temu i niewiele się w tej kwestii zmieniło. Jaki był ten rok? Chciałabym zapamiętać z niego tylko pozytywne rzeczy. Nie brakowało ich, choć takich zwyczajnych to wcale nie gorszych, nauczyłam się doceniać rzeczy najzwyklejsze: praca zawodowa, pierwsze od dawna wojaże wakacyjne, drugi barbocel w rodzinie. O bardziej kiepskich momentach wspominać nie chcę, tyle tylko, by móc wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Jaki będzie rok następny? Nie mam zielonego pojęcia. Na pewno początkowo mocno śpiący ;), skupiony na dwóch szkrabach bez pominięcia i męża. Nie nastawiam się na realizację wielu celów pozamacierzyńskich, chociażby po to, by uniknąć stresów i rozczarowań. Mam nadzieję mieć czas na kontynuowanie tej skromnej przygody z blogowaniem, bo zwyczajnie motywuje mnie do pamiętania większej porcji naszej codzienności.

Nie zdążyłam złożyć Wam życzeń świątecznych, więc pozwólcie, że teraz poślę Wam to, co wydaje mi się najważniejsze. Chciałabym, żeby ten nowy rok i dla mnie i dla Was był czasem osiągnięcia równowagi - tylko nie tej wystandaryzowanej, wszystkiego po równo, wszystkim według wzorca. Niech Wasze życie biegnie sobie raczej torem ustanowionym przez Was z w pełni przez Was akceptowanym podziałem ról nawet niekoniecznie akceptowanym przez innych. Nie będę pisać o szczęściu, choć tego wypada życzyć wszem i wobec - szczęście nie jest i nigdy nie będzie stanem permanentnym. Chciałabym za to życzyć Wam jak najwięcej chwil radosnych, ale przede wszystkim spełnienia: czy to zawodowego czy rodzinnego, niech to będzie nawet spełnienie w globalnym lenistwie - co tylko Wam pasuje (a mnie pasowałoby bardzo!). I bądźcie dla siebie dobrzy w tym roku. Dla siebie, nie tylko dla wszystkich innych.
Do zobaczenia!

26.12.14

2+2

Dnia 22.12.2014 wskoczyliśmy na wyższy poziom rodzicielstwa formując komórkę społeczną typu 2+2 z mocną przewagą płci żeńskiej. Uczymy się przede wszystkim pogodzenia obecności prawie trzyletniego tornada oraz kilkudniowego robaczka o mocno ograniczonych potrzebach i równie ograniczonych sposobach ich wyrażania. Idzie nam różnie, łagodnie mówiąc, ale toż to początek dopiero. Realia karmienia co pół godziny, pieluch i wrzasków - oj, nie brakowało mi tego, ale co zrobić? ;) Plus poświęcenie maksymalnej dostępnej ilości czasu sprytnemu starszakowi, który ostatnio za cel postawił sobie uzyskanie 100% skuteczności w ściąganiu czapeczki z głowy drugorodnej. 

Na dzień dzisiejszy podziękowania biegną do:
- Lulkowych babć, które wspierają nas od momentu odtransportowania matki do szpitala;
- długiego urlopu tatuśkowego, dzięki któremu będziemy mogli się wspólnie uczyć aż do szóstego stycznia;
- losu, że wydanie dziecięcia odbyło się wg matkowego planu czyli boleśnie acz szybko :)
- dla Was za wspieranie i kciuki :)

Panie i Panowie - przedstawiam pannę Anulencję, 53 cm i 2940g żywego cudeńka :)

20.12.14

Nadejszła wżdy chwila wiekopomna. Sobota. Dzień grudnia dwudziesty. Dzień, gdy matka stwierdziła, że nie ma co dalej odraczać, tylko myśli realizować w sposób materialny czyli odpalić misję "Święta 2014". Nie oszukujmy się - głównym celem tych świąt jest "jeszcze nie rodzić!" czyli móc bez skrupułów nawpierniczać się makowca, bigosu i innych specjałów, niekoniecznie służących matce już karmiącej. By zapobiec wywołania wilka z lasu tudzież dziecia z bęca matka posuwa się nawet do przemyślnego profilaktycznego nieprzygotowania tradycyjnego ekstra nakrycia stołu. Tfu, tfu! Jeśli zdziwicie się, że brak u mnie przeżyć duchowych - z góry uprzedzam - taka karma, a całą religijność i chrześcijański przekaz zostawiam w gestii małżonkowej. A jako, że wszędzie wkoło wszyscy się dzielą progresem przedświątecznym, matka jak ta owca ślepo podążająca za stadem kroczyć również tą drogą zamierzyć wymyśliła.

Dzień dzisiejszy można nazwać dniem decyzyjno-rozdzielnikowo-zaopatrzeniowym. Od poranka, a tak naprawdę od wczorajszego wieczora trwały bowiem burzliwe dyskusje dotyczące: a) menu świątecznego; b) harmonogramu porządkowego; c) planowania ogólnego. 

Menu wigilijno-świąteczne ustalone. Dwanaście dań się pojawi, a jakże, w wersji okrojonej, bo kto powiedział, że uszka do barszczu nie mogą być liczone jako osobna potrawa? Od razu dzielę się emocją, że ach cudownie jest mieć babcię, która komercyjnie takie cuda manufakturuje i jeszcze poprzez kierowcę z dostawą do domu wysyła. Tyle dobrego, resztę trzeba już samemu. Ojcu zostało zapowiedziane, by nie robił bigosu typowo jak dla pułku wojska tylko w ilości trzy razy skromniejszej. I w związku z tym, że ten bigos, a także zakwas na barszcz należy robić już jutro wybrali się Debiutujący na zakupy już dzisiaj. Wielka lista zabrana, dzieciu atrakcja w postaci grającego wózka na zakupy zapewniona i ze słowami: "Zróbmy to szybko!" zaopatrzenie wstępne poczynione. Jedyny zgrzyt - pierniczków w tym roku nie będzie. Rychło w czas się matka ogarnęła, że mogłaby dziecia zająć na chwil parę wykrawaniem ciastek korzennych, ale w największym sklepie w okolicy foremek nie mieli, więc sorry Lulka, zostanie ci tylko twe ukochane okien wielkie mycie. 

A propos sprzątania. Jako, że bęc wielki a chłop narzeka, że zgnuśnieje przez święta zaproponowałam dla niego atrakcję nie lada. Żeby się rozruszał chętnie mu oddam prace porządkowe, a niech się wykaże. I nawet litościwe zgodzę się na okien mycie nie dzisiaj, a w któryś dzień świąteczny. Chwilowo więc czekam na jego aktywność, choć słyszę raczej działanie chrapiąco-klikające.

A co z planowaniem ogólnym? Punkty ogólne spisane, wyobrażenie jest, ale znów typowo zapewne pójdziemy na żywioł. Tyle dobrego, że nie wie matka jakim cudem czy innym sposobem prezentowo się ogarnęli w miarę szybko, w miarę sprawnie, w miarę pewnie. Najmniejszym problemem okazał się skład osobowy uczestników, który z racji ogromnego bęca piszącej te słowa będzie wąski i ograniczony do trójcy Debiutujących oraz Matki matki, a wizyty zewnętrzne ograniczone do minimalnego zera. 

Dzień pierwszy zakończy się pewnie typowym sprzątaniem, garów myciem, praniem i pseudoodpoczywaniem, które ze świętami nic wiele do czynienia nie mają. Za to jutro etap kolejny. Dzień zakwasu i bigosu. Dzień odbioru paczek. A jak mnie nerwica tłuc będzie to może jednak poszukam tych felernych foremek lub zwyczajnie koślawce z noża powycinamy. 

18.12.14

Od pewnego czasu chodził mi po głowie temat przywilejów kobiet ciężarnych w różnych sytuacjach społecznych abstrahując od tych definiowanych chociażby przez prawo pracy. Zbiegło się to z doświadczeniami własnymi oraz powtarzanymi akcjami nawołującymi do większej życzliwości dla kobiet ciężarnych. Co jakiś czas na forach/blogach/tablicach pojawiają się narzekania kobiet, że z racji posiadania fasolinki tudzież pasożyta nie są specjalnie traktowane. Dumając nad tym doszłam do wniosku, że problem ten można dosyć mocno uprościć wyłaniając dwie, no może trzy główne kwestie.

Pierwsza - gdy uprzywilejowanie ciężarnych nie jest respektowane mimo wyraźnego zaznaczenia takowego. Mówimy o sklepach, aptekach, przychodniach, punktach poboru materiału biologicznego, w których jak krowie na rowie wiszą kartki, że "kobiety w ciąży obsługiwane są poza kolejnością". To jest sprawa najprostsza - jeżeli czujesz, że potrzebujesz z tego uprzywilejowania jako przyszła matka skorzystać to korzystasz wyrzucając za siebie wszelkie skrupuły. A na wszelkie uwagi, dąsy, fochy wskazujesz palcem na odpowiednie ogłoszenie. I nie, nie musisz się przesadnie tłumaczyć. Oczywiście w sytuacji, gdy ktoś ewidentnie olewa twoje przywileje to wiadomo, z koniem kopać się nie będziesz, w przemoc nie wskoczysz, ale to już świadczyć będzie o twoim adwersarzu a nie o tobie.

Druga sprawa to nazwijmy to "milczące przyzwolenie". Obawiam się, że w większości przypadków mimo, że kobieta czuje, że to miejsce w autobusie się jej należy, że ma prawo skorzystać pierwsza z usług analitycznych czy zakupu leków to nie będzie tego prawa się wyraźnie domagać flufcąc tylko w duchu, a potem wylewając żale na forach na niewychowane społeczeństwo. W takich sytuacjach jestem zdecydowaną zwolenniczką komunikacji werbalnej niż stosowania przekazów niewerbalnych (głębokich westchnień, dyszenia, wiszenia nad - mocno w stylu dziarskich staruszek). Bo z zyskaniem osobnika w bęcu nie traćmy empatii - ktoś się zagapi, ktoś nie zauważy, ktoś nie pomyśli - nie zakładając od razu złośliwości i chamstwa. Uśmiech i prośba naprawdę nie boli. Trochę odwagi drogie przyszłe matki.

I jeszcze jedno. Wszem i wobec trąbi się o tym, że typowa ciąża jest stanem fizjologicznym, a nie chorobą. Jednocześnie wraz z dwiema kreskami zaczynamy wymagać specjalnego traktowania. Czysta schizofrenia. Sama byłam świadkiem, gdy w autobusie wesoło rajdoląca w telefon kobieta na etapie powiedzmy ciąży średniej nie chciała ustąpić miejsca staruszce o lasce, bo "hello, jestem w ciąży!". To, proszę Państwa, jest zwykłe buractwo. I uprzedzając argumenty w stylu: "może miała ciążę zagrożoną, źle się czuła" odpowiem: "nie sądzę". Złe samopoczucie po człowieku widać, a rajdolenie o dopiero co dokonanych szmatowych łowach na pewno do takowego się nie zalicza.

Całkiem prawdopodobne, że moje rozważania w takiej a nie innej postaci wynikają z tego, że w ciąży czuję się rzeczywiście dobrze, a w przypadku dolegliwości po prostu siadam na tyłku i ograniczam swą mobilność do minimum. Tak, odczuwam pewną roszczeniowość kobiet ciężarnych rodzącą się jedynie z faktu, że są w ciąży, a nie z rzeczywistej potrzeby. Jeżeli przywilej jest to koniecznie muszę z niego skorzystać nie bacząc na to, że akurat obok mnie znajduje się osoba, która w danym momencie bardziej go potrzebuje. Sam fakt bycia w ciąży nie stawia nas na piedestale, nie sprawia, że jesteśmy człowiekiem równiejszym.

Czyli czego nam/wam życzyć drogie przyszłe matki? Umiejętności domagania się swojego w sytuacjach rzeczywistej potrzeby - żeby nie było, mi na początku też nie było łatwo. I życzę tej odwagi połączonej z empatią i uprzejmością do innych. Trzeba czegoś więcej? 

PS. Bardzo fajnie napisała o tym rok temu Pani Fanaberia - o tu! ale Matka jak to matka i tak musiała swoje trzy grosze wtrącić ;)

15.12.14

Poniedziałek. Pobudka po siódmej, pobudka dziecia, które po wesołej i bezdrzemkowej niedzieli pospać sobie zamarzyło. Wspólne śniadanie we trójkę, jak rzadko. Pomoc w dziecia ogarnięciu, by z tatuśkiem do żłobka trafiło o czasie. Zamykam drzwi za tą moją dwójką i oddycham. Z ulgą, bo jedyne co mnie teraz czeka to kilka godzin spokojnych. Biorę kawę do łóżka, włączam komputer, sprawdzam co w blogach i internetach piszczy. Przeglądam potencjalne prezenty mniej lub bardziej flufcąc na ceny. Jeszcze nie sprzątam, jeszcze w piżamie, niech kurier nawet się nie pojawia. Czas odliczany do szesnastej. Dojrzałam do egoizmu. Grudzień miał być takim czasem, gdy w końcu skupię się na sobie, na dzieciu w "mymłonie", odpocznę. Paskuda chorobowa zmieniła plany, ale teraz w te kilka ostatnich dni już się nie dam. Cicho przemykam po mieszkaniu, by nie obudzić śpiącej ciotki i bunkruję się w samoczasie.

Plan na dziś: brak planu. 
Niekreatywnie, bezproduktywnie i bezwstydnie leniwie przepieprzyć każdą godzinę. Obowiązki ograniczyć do minimum: umyć się, przygotować obiad dla wychodnej dwójki, zetrzeć tylko to, co się wyleje, suche pranie może powisieć jeszcze dwanaście godzin. Przyjemności zwiększyć: posłuchać, poczytać, pooglądać, pogadać. A przede wszystkim - ponudzić się - dobro jedyne w swoim rodzaju. Dobro ostatnimi czasy rzadkie. Zignorować święta, zignorować listę rzeczy do zrobienia, zignorować powinności matki polki i żony idealnej. Czas dla mnie. Nadzorowany wyłącznie przeze mnie. I uprzejmie proszę nie przeszkadzać. Do szesnastej. Po szesnastej wyłączę egoizm.


11.12.14

Dwanaście miesięcy temu dzieliłam się z Wami moimi delikatnymi obawami, że przyszłość Lulencji rysuje się mocno niestandardowo. Przeciwności losu mogące czyhać na zakonnicę parającą się szeroko pojętą sztuką awangardową mogą być absolutnie nieprzewidywalne. I powiem szczerze: rok później oddycham z ulgą. Dziecko mi normalnieje i patrząc na jej obecne zainteresowanie nawet z prozaicznego, bo finansowego punktu widzenia powinno już pójść łatwiej. Wybór drogi życiowej Lulencji na dzień dzisiejszy szczęśliwie się rozszerzył, albowiem obejmuje trzy nurty.

1. Fryzjerstwo damskie
Ogromne postępy czyni moja pierworodna w zakresie czesania, układania fryzur, ogólnie włosami zainteresowania. Wyposażona w grzebień, szczotkę i cierpliwą modelkę (np. podsypiającą matkę) potrafi spędzić w zapamiętaniu kilkanaście dobrych minut powodując relatywnie niewiele szkód. Biorąc pod uwagę jej młody wiek i niskie doświadczenie zawodowe te kilkanaście wyrwanych włosów za każdym posiedzeniem możemy wliczyć w koszty. Jedyne co wymaga większej uwagi to umiejętności interpersonalne. Zwracanie się do usługobiorczyń per "Jakie masz straszne kudły!" nie przysporzy jej oszałamiającej liczby klientek. 

2. Medycyna alternatywna w zakresie profesjonalnego stawiania baniek
W tym przypadku pokrętnie zadziałała jedna z technik negocjacyjnych, o których pisałam poprzednio. Zabieg stawiania baniek na pierworodnej w celu wypędzenia paskudy chorobowej mimo wysokiej skuteczności jest zabiegiem wysoce traumatogennnym. Stąd matka widząc jak pierworodna wzięła bańkę do ręki bez efektu obrzydzenia tudzież innej histerii postanowiła pójść za ciosem i zaproponowała zastosowanie tejże bańki na sobie. I tak rozpoczęła się kariera Lulkowej praktyki stawiania baniek bezogniowych ordynowanych: poduszkom, kocom, tygrysowi, który ciągle kaszle oraz świergolącemu sztucznemu ptaszkowi. Biorąc pod uwagę rosnącą popularność medycyny niekonwencjonalnej przyszłość tu widzę świetlaną. Co więcej, zabieg ten coraz częściej łączony jest z wykonywaniem zastrzyków strzykawką laboratoryjną o objętości 100 ml (skitraną z matczynej uczelni), co pozwala żywić nadzieję, że odrzwia medycyny klasycznej również stoją przed dzieciem otworem.

3. Ekwilibrystyka
Tak, wiem, nie ma się co spodziewać, że zawód ten przyniesie jej zatrważających profitów finansowych, ale jak wiadomo, nie o pieniądze zawsze chodzi. Grunt, to się w pracy spełniać. Podług moich obserwacji Lulka spełnia najważniejsze kryteria predestynujące do wykonywania tego zawodu: lekkość, zwinność, mocno rozwinięty zmysł równowagi. Ba! codzienne ćwiczenia dodatkowo ułatwiają jej start zawodowy. Spośród naszej trójki tylko ona perfekcyjnie wynajduje najmniejsze wolne przestrzenie w codziennym pierdolniku podłogowym tworzonym przez wysypane wszelkie zabawki, jakie dostępne są w zasięgu wzroku i ręki. Podczas gdy matka z ojcem klną i flufczą na każdy nadepnięty klocek, kulkę, puzzel - dziecko biega między nimi ignorując wszelkie prawa rządzące obiektami znajdującymi się w ruchu jednostajnie przyspieszonym. Nieomal fruwa nad całą powierzchnią płaską nie poruszając ni jednego elementu, a zachowując niezmącony balans ciała. Kariera artystki cyrkowej tudzież linoskoczkini światowej sławy już przesądzona.

Jak widać głowa matki spokojnieje. Lulka nie da sobie zginąć w życiu. Ufam tylko, że  dokona wyboru, bo nie wyobrażam sobie jednoczesnego stawiania baniek i podkręcania loków na linie zawieszonej między dwoma wieżowcami. To by było stanowczo za wiele na słabe serce matki.

*Obraz to "Ekwilibrystka" autorstwa Jacka Laudy.

9.12.14

Wielokrotnie pisano już o nowych poziomach, które osiąga się stając się rodzicem: niższe zapotrzebowanie na sen, zwielokrotniona cierpliwość, wyższa kreatywność, większa pojemność serca (źródło: WAN*). Zgodnie z prawie trzyletnimi obserwacjami Autorki wraz z dorastaniem i rozwojem dziecięcia wzrasta rodzicielski kunszt negocjacyjny opierający się na trzech prostych zasadach, dzięki którym znacznie obniża się stresogenność dnia codziennego.

1. Zasada przekory
Punktem wyjścia do jej stosowania jest dokonanie założenia, że osobnik, z którym podejmujesz negocjacje na wszelkie werbalizowane prośby reaguje w sposób przeczący. Jeżeli mimo wspomagania się szeroko znaną i akceptowaną techniką "zdartej płyty" nie osiąga się satysfakcjonującego efektu, należy uskutecznić zasadę przekory. Według niej pożądany efekt uzyskuje się jedynie poprzez odwrotne ukierunkowanie prośby, zgodnie z przykładem:

Jeżeli celem jest, by osobnik nie zapalał światła, niezależnie od powodu (troska o środowisko, paskudna migrena, konieczność położenia osobnika spać) to zamiast tracić nerwy na "Zgaś to światło, proszę" za którym niezmiennie podąża "Nie!" lepiej zaproponować "Proszę zapal to światło. Ale w tym momencie". Po krótkiej około 10-sekundowej konsternacji osobnika trświatło zostanie zgaszone, ergo: cel osiągnięty. Istotne jest by nie opatrywać zaistniałej sytuacji żadnym komentarzem, gdyż grozi to rozpoczęciem negocjacji od nowa. 

2. Zasada nieracjonalności
Czasem staje się twarzą w twarz z osobnikiem, po którym standardowe argumenty spływają jak przysłowiowa woda po przysłowiowej kaczce. Prowadzenie negocjacji staje się mocno utrudnione i wymaga zaangażowania zwłaszcza prawej półkuli mózgu z naciskiem na płat ciemieniowy odpowiedzialnego za myślenie abstrakcyjne. Należy podkreślić, iż dla prawidłowego i efektywnego wdrażania tej zasady konieczne jest spełnienie kilku czynników uwzględniających m.in. wcześniejsze podkręcenie aktywności intelektualnej mózgu (szczególnie polecane jest wspomaganie się ogólnie dostępnymi suplementami kofeinowymi), zaniechanie odruchu śmiechu oraz zachowanie tzw. "kamiennej twarzy". Jeżeli osobnik, z którym podejmuje się negocjacje wyczuje fałsz, tudzież stwierdzi, że kolokwialnie mówiąc "jest robiony w bambuko" wszelkie wysiłki spełzną na niczym. 

Przykład: 
Jeżeli zależy ci na tym, by osobnik do lat trzech położył się spać na rozłożonym łóżku zamiast pozostać w pozycji skośno-embrionalnej w kącie należy przygotować się, że wraz z poziomem zmęczenia osobnika stosowanie argumentów racjonalnych będzie spadać. Żadne "rozłóżmy, żebyś nie spadła", "zmieścimy się obie, położymy się razem" nie dadzą rezultatów satysfakcjonujących obie strony. Dopiero podkreślenie, iż jedynie po rozłożeniu łóżka uzyskamy idealny kąt do wciśnięcia weń krowy, psa i Gromita stanowiących nierozerwalny trójkąt pozwoli złapać uwagę osobnika na naszej osobie. Gdy jeszcze podkreślimy fakt, że kolejka potrafi zasnąć tylko na miękkiej powierzchni płaskiej z dala od nóg właściciela, to efekt horyzontalnego ułożenia osobnika pozostaje w zasięgu ręki. 

3. Zasada samodojrzewania 
Zgodnie z trzecią zasadą należy pozwolić osobnikowi na samodzielne dojście do słusznego rozwiązania poprzez stosowanie bodźców wyłącznie niewerbalnych. Należy się wyposażyć w szerokie pokłady cierpliwości, nie rejestrować nerwowo upływającego czasu, a najlepiej zaordynować melisę przed (sobie i/lub osobnikowi). Wielkość pokładów oraz wymagany czas do uzyskania efektu pozytywnego rośnie wprost proporcjonalnie do wieku dziecka, dzieciom starszym można natomiast aplikować wyższe dawki naparu ziołowego. 

Przykład: 
Jeżeli rodzicowi brak sił/ochoty/nastroju na tzw. użeranie się z osobnikiem wykazującym cechy zmęczenia przekraczającego poziom akceptowalny należy wdrożyć następującą procedurę. Dziecku zaleca się kontynuowanie zabawy aż do ekstremum, samemu jednocześnie układając się w łóżku i zamykając oczy pamiętając by być na widoku dziecia. Mając do czynienia z osobnikiem do lat trzech należy co jakiś czas otwierać naprzemiennie jedno z oczu, by zapobiec klęskom żywiołowym w postaci sudocremu w dywanie lub kałuży siuśków na świeżo wymytej podłodze. Po upływie określonego czasu (mocno zależnego od genotypu osobnika, ogólnie mówiąc: prędzej lub później) osobnik w wyniku działania bodźców niewerbalnych (leżący rodzic ewentualnie dyskretnie pochrapujący) sam przypełznie, przykluszczy się i powoli zaśnie. Czasami konieczne będzie wykonanie dodatkowej pracy w formie przytaszczenia koca, poduszki i Gromita, ale w sposób istotnie statystyczny podwyższa to poziom efektu. 

Pilni z Państwa na pewno wychwycili, iż ostatnia scenka stanowi zgrabne połączenie zastosowania wszystkich trzech zasad, co jak wykazały wstępne badania WAN, znacząco zwiększa efektywność omawianych technik negocjacyjnych. I jeszcze jedna uwaga końcowa: świadomie wprowadzono szczególnie wysoką selektywność w doborze przykładów obrazujących stosowanie omawianych zasad, ale z ręką na sercu - czy znają Państwo trudniejszy problem do rozwiązania we współczesnym świecie niż dzienne usypianie wyczerpanego dziecka do lat trzech?

*- Wszystkobadający Amerykańscy Naukowcy

8.12.14

Ostatnie dni mijają zdecydowanie pod znakiem męża mego osobistego. Najpierw piątek zakończony karczemną awanturą (ok, przyznaję się - spory procent udziału w niej mój). Potem sobotni dzień, gdy nagłe zmęczenie mijającym tygodniem (tudzież matkową awanturą) ogarnęły ślubnego. Machnęłam ręką zapowiadając, że w niedzielę to ja śpię do oporu.... Taaaa. Nie było mi to dane, bo wraz z niedzielą, kilkadziesiąt minut po jej nastaniu, rozpoczęła się noc pełna wrażeń mocno negatywnych, dokładny opis pozwólcie ominę. Sen krótki, dwugodzinny, troska o tatuśka, od 6.20 trzeba było wrócić na posterunek z samym dzieciem, które na szczęście nocne przypadki przespało. Dzień ten chcemy kolektywnie jak najszybciej z pamięci usunąć.

Przyszedł poniedziałek. Tatek ledwo silny, ale obecność w pracy konieczna, choć na kilka godzin. Dzień zaczął się pięknie, po raz pierwszy od iks miesięcy spokojnie wypiłam kawę i spożyłam śniadanie przed wstaniem dziecięcia - ba! olałam wizytę u pediatry, by nie musieć budzić bestii (w sumie to przesunęłam na popołudnie, wygodna matka ja). Oczywiście jak tylko się pochwaliłam trzy minuty później bestia się zbudziła, ale i tak doceniam. Wyprawienie tatuśka do pracy słowami: "Nie siedź za długo, przyjedź jak najszybciej, bo słabizna jesteś". "Tak, nie zamierzam długo siedzieć". Dobrze więc. 

Dzień jak dzień, zabawy, inhalacje, obiadu gotowanie, więc kontrolny telefon do tatuśka koło południa z zapytaniem kiedy będzie. Telefon nieuskuteczniony, albowiem "abonent czasowo niedostępny". Ok, bywa, może się rozładował, chociaż to nietypowe dla tatuśka. Pół godziny później telefon ponowny. Znów "abonent....". Dzwonię więc do pracy, nikt nie odbiera. Mieli mieć zebranie, może nie skończyli, ale sytuacja powtarza się po dwudziestu minutach, trzydziestu, i kilku kolejnych dziesięciu. Nerwowe obgryzanie paznokci, sprawdzanie telefonu, projekcje recydywy zdarzeń nocnych. I narastający wkurz, bo zapewne wytłumaczenie jest banalne - choćby ta padnięta bateria. Kładę dziecia na drzemkę, skarżę się na chłopa żądna mordu, ale głównie informacji. 

Dzwoni po 15, z zapytaniem "O której mamy tę wizytę z Lulką?" słysząc na dzień dobry "Zabiję cię, ukatrupię, jak tylko wrócisz do domu". Wielce zdziwiony nerwem mym tłumaczy się słowami "Zapomniałem włączyć telefon". "Tak? Pogadamy w domu". Dojechał cały, więc od progu bez skrupułów ani szansy zdjęcia kurtki i butów słyszy ode mnie tysiące wyrzutów, których repertuar zna zapewne każda wkurzona do potęgi żona. Niestety i chłop nie jest w ciemię bity, więc dłużny mi nie pozostaje. I poniższe dwie konwersacje z pewnością uprawomocnią dokonanie mordu, ekshumacji, a następnie czynu kwalifikowanego jako zwłok bezczeszczenie.

W trakcie wyrzutów najcięższy kaliber zostawiłam na koniec. 
"A gdybym zaczęła wtedy rodzić i dzwoniłabym po ciebie, to co?"
"Och, na pewno zadzwoniłabyś po teściową" ze słodkim uśmiechem oznajmuje mąż.

Kilkadziesiąt minut później. Smęcę, że trzy tygodnie przed porodem (cholera, to już?!) powinnam zamiast nerwów, z dzieciem przesiadywania i biegania gdzie się da, tylko leżeć i pachnieć. Na co chłop: "To czemu nie pachniesz?". 

Dobić to mało. Choć jak pisała jedna z Was - z chłopami źle, bez nich jeszcze gorzej - to powiadam: tej drugiej części chłop mój długo nie usłyszy. Choćby codziennie przynosił mi pączki.

6.12.14

Szkrabol podrzucony tatuśkowi (po spaniu do 9.00, a potem jeszcze przedobiedniej dwugodzinnej drzemce - tatuśka, nie mojej), można zasiąść do krótkiej relacji z tegorocznych Mikołajek. Uprzedzam - normalnie być nie mogło (vide przypadek zeszłoroczny: 1, 2, 3). Przy czym świadomość Mikołaja jako czerwonoodzianego brodacza, co to odwiedza wszystkie dzieci (skąd ta paskudna dyskryminacja niegrzecznych bachorów?) u pierworodnej już wystąpiła.

Podejście pierwsze:
"Kotuś, co chcesz od Mikołaja na prezent?"
"Klocki Lego z panem farmerem i skarpetki z reniferem". Okeeeej. Obie rzeczy już posiada. 
Podejście drugie: 
"Kotuś, ale tak naprawdę, co byś chciała dostać od Mikołaja?"
"Nic!". Podkówka. Wtf?!
Podejście trzecie (oddalone w czasie):
"Kotuś, wiesz, że do żłobka przyjedzie Święty Mikołaj. Będziecie robić sobie z nim zdjęcia".
"Ja nie chcę Mikołaja!" Ryk. Wtf, wtf?!
No to nie wpisujemy na żłobkową ekstra listę do zdjęć mikołajowych, nic na siłę.
Podejście czwarte:
Lulek sama z siebie w trakcie wspólnego rysowania
"Mama, namaluj tu Mikołaja, ale z prezentami". W matkę wiara wstąpiła, że może coś zmieniło.
"Dobrze, kotuś. Już rysuję. A co byś chciała od niego dostać?"
"Nic, ja nie chcę prezentu od Mikołaja. Tylko go tu narysuj". Facepalm - nie wiem, czy większy w wykonaniu moim (wątpię we wszystko co możliwe) czy Lulki (matka, gdzie twoja logika?).

Koniec końców luzujemy. Idziemy na żywioł. A tak naprawdę odpuszczamy - co będzie to będzie. I nie wiem, czy w ogóle wypada przyznać się jakimi to wyrodnymi rodzicami jesteśmy, bo dzieć rzeczywiście dostał dzisiaj z rańca prezenty, ale żadnego sami nie kupiliśmy. Za jeden odpowiedzialna jest Potwora Wózkowa. Za drugi żłobek, bo mimo, że zabunkrowane jesteśmy zapaleniowo w domu od tygodnia, to przy okazji ojcowej wizyty w przybytku w celach administracyjnych przekazano nam paczuchę dla Lulencji. I będąc mocno praktycznymi (tak się teraz subtelnie określa skąpstwo ;) rozważaliśmy nawet podział, by część nie przeszła na Wigilię, ale matka by w nocy nie spała, gdyby prezentów pożałowała.

Przyszedł ranek. 6.20. Dziecię po ciemku sprintem do mnie. "Mama!" No tak, prezenty zobaczyła, chce otwierać. Ale nie. Woła "Mama, gdzie jesteś?". To biorę barbocla do swojego wyra z płonną nadzieją na dospanie. Leżymy 10 minut. Potem zwyczajny początek dnia i przez dwie godziny pannica się nie orientuje, że koło jej łóżka leżą paczki. Już po śniadaniu, po inhalacji, po koncercie pianinkowym i nic. Czekam, może tatusiek wstanie w końcu szanownie z wyra i zasugeruje sprawdzenie ewentualnej prezentowni, ale ten wciąż chrapie w najlepsze. To biorę dziecię za rękę niby żeby wybrać wdzianko na dzisiaj (tak, ganiałyśmy dwie godziny w piżamach) i ... panna zaskakuje. Oczka rozświetlone, oddech przyspiesza. Radość widzę, radość. 
"Mikołaj zostawił mi prezenty!"
"Tak kotuś, tak jak mówiłyśmy: Mikołaj przynosi dzieciom prezenty i zostawia w nocy. Tobie też zostawił".
"Ale tak na niby".
"Co tak na niby?"
"Mikołaj na niby"
"A dlaczego Mikołaj na niby?"
"Bo ma taką brodę."

Oficjalnie wymiękam. Potrzebuję tłumacza, który zrozumie moją własną osobistą córę. I nie mam już wyrzutów sumienia, że wyjadłam czekoladową część jej żłobkowej paczki.

4.12.14


Pobudka o 7.00 (dzieć wykazuje się dziś łaskawością), "Poranny cukier-lukier" tylko bez wyjazdu. Śniadanie. Z racji wysokiej selektywności  dziecięcia opcji do wyboru jest tylko kilka. Gorzej, gdy na początku wrzaśnie "Owsiankę!", ty robisz, a w trakcie panna wymyśli ednak płatki z mlekiem. Owsiankę zjesz ty, lecz na widok płatków znów buźka w podkówkę i "Przecież chciałam parówki". Płatki out z miski, mleko do kubka (smętną resztkę zostawiasz do kawy). I dziękujesz opatrzności, że nie zapomniałaś wczoraj kupić tych parszywych parówek. Kiepsko, bo zostałyście bez mleka. Inhalacja - 15 minut względnego spokoju, trzymasz bajkę, "Mama, katar!", wertujesz gazetę sącząc kawę. Prawdziwa chwila dla Ciebie! 

Kolejne godziny: mycie garów, odkurzanie, nosa wieczne odsmarczanie. Dyskusja, że inhalacja (a więc kolejna bajka - spryciula jedna!) będzie dopiero za godziny cztery, puszczanie prania (uff, tu można zaangażować dziecia), w wolnej chwili "Kopciuszek" czytany po raz setny. W między czasie jakaś powódź, porwanie kremu w celu szyb wysmarowania. Coś zimno, okna pozamykane, piec nie grzeje, znów mała paskuda przestawiła termostat na 7,5 stopnia. Fruuuk! zawartość Lulkowego pudła ląduje na podłodze wyrzygując z siebie: klocki, karty, piłki, bębenki, pałeczki, młoteczki - czego tam nie ma. Lulka dzierży wielki uśmiech, a ty bluzgi międlisz w ustach. Torujesz przejście i pilnujesz, by znów nie zasypało. Nieśmiertelne pianinko i dziecię, które niby uczy się ściszać, jednak volume podkręca na maksa. Mamy glejt na krótkie spacery, mimo choróbska, więc decyzja "Idziemy po mleko", bo oszaleję. "I soczek mamo!". I soczek.

Siku, rajtki, spodnie, sweter, kurtka, siku, rajtki, spodnie, sweter, kurtka. Wychodzimy, fuck! bez rękawiczek. Dobra, nie wracamy, bo już nie wyjdziemy. Szybki trucht, sklep, od progu "Mamo, soczek z rurką". "Dobra kotuś, tylko najpierw inne rzeczy z listy". Kupione, zapłacone, wracamy. Przed klatką "Mamo, nie chcę do domu, chcę na spacer, na plac zabaw!". Tłumacz dziecku, że pan doktor nie pozwolił (i jak tu utrzymać dobry PR dla swojego pediatry?). Przekupstwo w postaci żelków, co to w domu leżą jeszcze działa. 

Rozbierz dziecko, rozbierz siebie, "Cholera, śmieci". Nim zdążysz się przebrać w wygodniejsze ciuchy krzyczy dziecię: "Mamo, patrz, rozlałam soczek. Mamo, tygrys zrobił siku". Z jedną nogą w dresie kicasz, by sprawdzić, czy tym tygrysem nie jest jednak Lulka. Tym razem nie. Ale to chyba tygrys porozwalał wszystkie układanki tak, że podłogi w pokoju lulkowym nie widać. "Kotuś, ja nie będę tego sprzątać" (choć i tak za godzinę będziecie robić to razem w rytmie 10 na 1). Patrzysz na zegarek, fuck! to już 12, a ty obiadu nawet nie zaczęłaś. Nastawiasz obiad (żurek został z wczoraj), nakłaniasz na siku, wieszasz pranie, śpiewasz "Jagódki", obierasz jajka ("Mamo, ja nie zjem żurku!"), czujesz swąd. Fuck! żurek. Próbujesz - nie damy rady. Jesteśmy bez zupy. Super fucking great. W międzyczasie dzieć dobrał się do jajecznych obierek i podlał zimną kawą, która niedopita z rana stała sobie obok. Tyle dobrego, że dzisiaj nie myłaś podłogi. Bronisz ryż przed losem żurku, zgarniasz surówkę z lodówki, smażysz paluszki rybne, bo szybko trzeba dzieciowi brzucho napełnić. Siebie ganisz i obiecujesz żywieniową poprawę. 

Cholera! inhalacja. Wóz albo przewóz, obiad albo wziewy. Dwie rzeczy nie przejdą bez histerii dziecia. Zła, zła matka wybiera opcję pierwszą, bo głód zaspokoić to potrzeba pierwotna. Przychodzi dzieć "Surówki nie chcę. Zjem ryż!". Ok, jedz co chcesz, ale zjedz. Przypominasz sobie o soczku i tych pięciu żelkach, więc pewnie obiadem wzgardzi jak nic. Mylisz się niewiele - trzeba było inhalację wybrać. Dziecię wstaje od stołu, rzecze "Jestem zmęczona, idę odpocząć!" najpiękniejsze zdanie. Nasłuchujesz czy śpi rzeczywiście . 

Boisz się oddychać, czajnik nastawić na tę drugą kawę. Zupinę nową zrobić, posprzątać, drugi raz w ciągu dnia na zadzie choć na pięć minut przysiąść. Z tą kawą. Zupa już pyrka, gary myjesz, tu jest ten dozownik, coś go pół ranka szukała, a teraz jak może tak drwić? Zabawki z salonu w końcu sama składasz. Ablucje w łazience, telefon, biegniesz w negliżu, wołasz do słuchawki "Za chwilę, nie teraz!", bo pęcherz nie sługa. Mieszasz zupę, dwa słowa do postu, dmuchasz na makaron, kolejne trzy zdania. Jeszcze tylko myśl, że pięć minut mi trzeba, by tę kawę wypić, lecz dzieć się budzi, mąż wraca. Lejesz zupę i dumasz - jak to możliwe, że wystarczył rok w pracy, a ty znów jak we mgle. 

3.12.14

Miałam ci ja w planach poważniaka o strachach i lękach matki debiutującej powtórnie. I pojawi się on, ale nie dzisiaj. Potrzebuję do tego więcej czasu i spokoju, a tego mi brakuje. 

Okazało się bowiem, że pierwszy tydzień matki przedporodowego odpoczynku z relaksem wiele wspólnego mieć nie będzie. Kiełkujące zapalenie oskrzeli pierworodnej skutecznie zapobiega nudzie, zgnuśnieniu i rozleniwieniu. I jak pisałam już na fb: Co tam kosmos, co tam Himalaje. Szczytem ludzkich możliwości jest nakłonić chyrlającą prawie-trzylatkę, by nie biegała. I nie, nie udało mi się tego dokonać. Dodatkowym utrudnieniem jest bowiem pewna niechęć przed przywiązaniem wspomnianej do kaloryfera (proponowane onegdaj przez siostrę matki ;) tudzież zastosowaniem końskiej dawki melisy (proponowane przez chłopa swego osobistego). Ta ostatnia propozycja pojawia się notoryczne również porą wieczorową, albowiem panna wymyśliła sobie, że zasypianie przed 21.42 jest oznaką frajerstwa. A usypiać też nie może każdy - tę zdolność tajemną posiada tylko i wyłącznie matka. I kij z tym, że wspomniana godzina jest jednocześnie pobudką dla dziecięcia nienarodzonego traktującego wnętrze matki jako poligon doświadczalny, wiec wije się matka, by umknąć kopniakom jednocześnie nie budząc przytulonej Lulki. Już się boję, co będzie jak ten dzieciór z łona wyjdzie. A propos: szykuje się powtórka z rozrywki. Dziecię na razie nieduże - 2626g, to może szybciej da się wypchnąć, ale zgodnie z dzisiejszym usg dyrdać z bęcem będę się co najmniej do Trzech Króli. Cieszyć się czy płakać? Choć przyznać trzeba, że Lulencja mocno i sumiennie się stara, by szybciej powitać rodzeństwo na świecie. Mówi się również, że to ciężarne mają jakieś fanaberie smakowe. A figa z makiem! Tylko trzylatka może zjeść: siedem żelków, trzy plasterki kiełbasy wiejskiej, trzy paluchy włoskie, a na koniec zażyczyć sobie serek-deserek o smaku truskawkowym. W tej właśnie kolejności. A na koniec parę perełek Lulkowych z ostatnich tygodni, bo sypie nimi w ilościach hurtowych:

Jedziemy samochodem.
"Mamo, puściłam bączurka".
"Co się mówi, kotuś"
"Dziękuję za pysznego bączurka!" (błagam niebiosa, by nie powtórzyła tego wyczynu w autobusie).

Marud, marud, marud wieczorny. Wlecze się dziecię do łazienki.
"Co się dzieje Lulkuś?"
"Bo ja już nie chcę chodzić." (ledwo się toto nauczyło, a już się nie chce. Strach pomyśleć, co będzie potem).

"Lulkuś, jakiej piosenki nauczyłaś się dzisiaj w kościólku?"
"Siabada, siabada, siabada...."

Domofon. Lulka z Tatuśkiem wraca. "Mama, wyjdź na balkon" (z balkonu widać, kto stoi przy domofonie). Wychodzę. Widzi, macha, mówi : "Mama, idź do domu, bo wieje wiatr". Say what?

Siedzi toto pod stołem, rajdoli do siebie. "Znowu wymyśliłaś mycie naczyń". Jak mogłam, no jak?!


1.12.14

Dziecko jak dziecko. W różnych okresach życia znajduje sobie hobby wszelakie. W pierwszych miesiącach jest to spanie, jedzenie oraz kupkowanie połączone z symultanicznym i nad wyraz ekspresywnym wyrażaniem potrzeb znanych i nieznanych. W każdych innych króluje demolka, dezintegracja, destrukturyzacja każdego napotkanego przedmiotu, które zawsze można podpiąć pod pojęcie zrównoważonego rozwoju.

Nasze dziecię, jak każdy prawidłowo rozwijający się prawie-trzylatek (bo jak się ma 2 latka i osiem miesięcy to jest się już prawie-trzylatkiem, c'nie?), może nie zna teoretycznych podstaw tych językołamaczowych pojęć na de - ale w praktyce stosuje je zaskakująco trafnie. Ale! Jedna mała iskierka w oddali się tli. Dziecię wchodzi bowiem powoli w buty matczyne i momentami prawie przewyższa mnie zdolnościami ogólnodomowymi, a chęciami w ich czynieniu to już na pewno.

Zwyczajne weekendowe przedpołudnie. Wychodzę na chwilę z pokoju, wracam - stoi z tatką i razem doprawiają zupę: tu listek, tam zielsko, kminku szczypta i papryka, mieszu, mieszu, "Mama, ja doprawiam!". Wszystko chlup ląduje w zupie przy szerokim rechocie dzieciowym. Dzień inny. Cisza przedłużona, matka się niby cieszy, ale idzie sprawdzić. Dzieć w tym czasie uskutecznia slalom między nogami, podwędza matce ściereczkę, sprintem do łazienki, moczy w umywalce (łącznie z połową siebie) i biegnie, biegnie do każdej powierzchni płaskiej, którą ochoczo zalewa, wyciera, zalewa, wyciera, aż do napuchnięcia paneli. "Mamo, umyłam podłogi!". Największą atrakcją, by dziecia zająć to: mycie luster (psik!, psik!), nastawianie, wieszanie oraz zdejmowanie prania (najchętniej tego mokrego), zamiatanie prawdziwych i wyimaginowanych śmieci - czyli wszystkie czynności, które dla większości populacji babskiej są tylko nużącym elementem codziennej rutyny (za wyjątkiem oczywiście akolitek PPD).

Tylko, tylko! czemu jak poprosić o poukładanie rozpirzonych książek, zebranie kredek, rozsypanych klocków tudzież jeszcze bardziej bólo-i kontuzjogennych "cyferek" to opcja Perfekcyjnej Małej Pani Domu nagle przełącza się w stan uśpienia? Dlaczego własnoręcznie rozlane mleko nie chce się własnoręcznie pościerać? Dlaczego selektywna percepcja uaktywnia się w tak młodych jeszcze organizmach? Ot, kolejna nierozwiązana tajemnica ewolucji!

29.11.14


Muszę się, no muszę się  pochwalić, że z dniem wczorajszym osiągnęłyśmy z Lulką wyższy poziom wtajemniczenia komunikacyjnego. Z powodu zachyrlania i stanu lekkogorączkowego dzieć rezydował w pieleszach domowych w towarzystwie tatuśka swojego. Matka wyrodna celebrowała prawdopodobnie ostatni dzień w pracy czyli w tempie mocno podkręconym nadrabiała zaległości, organizowała zastępstwa, sprzątała, takie tam. Z racji zawodowych z ojczulkiem Lulkowym skontaktować się musiała, więc hyc za telefon. Będąc radarem telefonicznym i widząc owo urządzenie Lulencja za każdym razem jak najupierdliwiej domaga się rozmowy. Po załatwieniu niezbędności z tatuśkiem matka dostaje więc w słuchawce dziecię swe, a ojczulek oddala się w kierunku pyrkającej fasolki po bretońsku. 

Szybkie pytania na zapewne dziesięciosekundowe połączenie bez wiary w uzyskanie reakcji, bo zapewne dzieć zaraz nie ten klawisz co trzeba wciśnie: "Co robisz kotuś?", "Bawiłaś się?". Ku swemu niezmiernemu zdziwieniu matka dostaje adekwatne odpowiedzi. 
"Mamusiu, puściłam pranie z tatusiem". "Mamusiu zrobiłam bałagan w swoim pokoju". "Kotuś, to proszę posprzątaj ten bałagan przed obiadem, dobrze?". "Dobrze, posprzątam z tatusiem". "Mamusiu, a kiedy przyjedziesz?". "Za trzy godziny, kotuś, bo muszę jeszcze popracować". "A co robisz w pracy?". "Piszę na komputerze". "A jest wujek Michał?". "Jest". "A co robi?"."Też pracuje". "Mamusiu, a jedziesz już do nas?". I matce się łezka w oku kręci i mniej może z powodu dzieciowej tęsknoty, a raczej z faktu, że kolejny raz mimochodem zauważa, że barbocel staje się coraz starszym barboclem, rośnie, mądrzeje, dorośleje. Już niedługo będziem mogły sobie urządzać długie pogawędki, plotki-ciotki, a wystarczy nam ino zasięg. 

Oczywiście Lulka w dalszym ciągu jest psotną Lulką. Ostatnie minuty konwersacji spędziłam powtarzając trzydzieści razy: "Kotuś, daj mi do telefonu tatusia. Kotuś, muszę tatusiowi powiedzieć coś ważnego. Kotuś, proszę!". Dziecię ciągle "Nie! Nie!". Nagle milczenie, złowrogie milczenie, trzy sekundy, pięć sekund, dziesięć, by na końcu rzec: "Żartowałam mamusiu!" i oddać telefon tatuśkowi. Komentarz owego: "A ja myślałem, że ona tak sama do siebie gada" ;)

26.11.14

Nikt mnie nie przekona, że można być za starym na spełnianie dziecięcych marzeń i nieważne czy będzie to konik na biegunach, kolekcja resoraków czy lot jako domorosły kosmonauta. Mając dzieci sprawa o tyle się uprzyjemnia, że robiąc prezenty im możesz dogodzić i sobie. Sama się przyznaję, że za dzieciaka cierpiałam na niedobór puzzli, więc najchętniej obsypałabym Lulencję pudłami z układankami. I tylko finansowe marszczenie brwi męża powstrzymują mnie przed owymi zapędami. A żeby nie było, że tylko ja, to dzisiaj będzie o marzeniach ojcowych. A raczej o marzeniu jednym. Z góry uprzedzę – marzeniu spełnionym.

Nie spodziewałabym się po moim średnio muzykalnym partnerze życiowym, że po głowie chodzić mu będzie pewna zabawka. Rozmiarów w miarę pokaźnych, dosyć hałaśliwa, lubiana przez dzieci wieku wszelakiego. Już rok temu przebąkiwał podczas jednej z wizyt w dzieciowym sklepie wszystkomającym, że chce, że kupi, że koniecznie. Biorąc pod uwagę mikry wiek dziecięcia, dla którego prezent ten miał być przeznaczony (buehehehe!) udało mi się odeprzeć napór próśb, obietnic i gróźb wysyłanych przez chłopa. A fakt, że próbował podburzać również barbocla naszego dodatkowo zwiększało mą niechęć, choć się nie zarzekałam, „że nigdy, przenigdy!”.

Przyszedł jednak ten dzień, gdy okazało się, że nawet wcześniejszy zakup mniejszego gabarytowo odpowiednika przedmiotu wyśnionego nie wyczerpał marzeń dziecięcych maskowanych dorosłością, pracoholizmem i powagą (ok, z tym ostatnim może przesadziłam, ale ładnie podkręca atmosferę). Dzień, w którym nastąpiło wiekopomne zdarzenie nie wyróżniał się od innych, ot zwykła sobota. Z pewnymi zakusami, również na odpoczynek. Ale najpierw wycieczka do tego samego sklepu wszystkomającego (co de facto winno wzbudzić pierwsze podejrzenia moje!). Matka z listą wyprawkową i głową oszołomioną już rusza z bloków startowych do działu noworodkowego, ojciec uspokaja: „Idź, wybieraj, ja połażę z Lulką”. Ha! to powinien być drugi sygnał alarmowy, ale matka w amoku, myślenie wyłączyła i tyle ją widziano przez najbliższe ze trzydzieści minut. Nagle oka kątem widzi znajome dziecięcie biegnące z czupryną rozwianą klimatycznym wiatrem i okrzykiem na roześmianych ustach: „Tata kupił mi pianinko!”. Matka wryta, dziecię wpada w ramiona jej obłe bezwładne, a ojciec? Ojciec dzierży uśmiech od ucha do ucha.

Jesteśmy więc od soboty posiadaczem chińskiego pianinka opcji full serwis edition deluxe. Na wyposażeniu dziesiątki przycisków, melodyjek, mikrofon, ba! nawet misiek gibający w górę – w dół, w górę-w dół, co dodaje pianinku powiewu luksusu. I od soboty matkę szlag trafia, uszy zatyka, znieść rejwachu nie może. Pianinko przy śniadaniu, pianinko zamiast kąpieli, pianinko najlepsze na świecie. Do dziecia pretensji nie mam, cieszy się, tańczyć uwielbia na szczęście. Chłopu śmiercią grożę, przy czym najpierw wytłumić ma pokój Lulkowy, bym w spokoju wymyślać mogła kary okrutne i niecne. Dla chłopa, bo płazem mu tego nie puszczę. Jakieś propozycje – chętnie przyjmę i zastosuję w praktyce. Zaraz po tym jak po raz setny wysłucham „Panie Janie” w wersji pianinkowej. 
 

24.11.14

Zawsze myślałam, że najtrudniejsze są pierwsze razy, pierwsze spotkania, pierwsze emocje. Że łatwo jest po początkowym szoku zdrowo obojętnieć, powszednieć, do dziennego porządku przejść. Chciałam, by mit „się przyzwyczaisz” nie był tylko mrzonką, a raczej samospełniającym się przekazem uparcie wtłaczanym nam wszystkim do głowy. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że macierzyństwo jest stanem umysłu, gdy wszelkie zalecenia i normy często-gęsto nijak się trzymają rodzicielskiej głowy, bo kiepsko mi idzie z „się-przyzwyczajaniem”. I nie, nie będę dziś pisać w wielkich słowach o trudnych tragediach, smutach egzystencjalnych, pojęciach wzniosłych przebijających niskie sufity mojej świadomości. Co więcej, nie wiem, czy w tych małych drobnych sytuacjach codziennych prawda ta nie byłaby mi bardziej przydatna.

Kiedy mnie olśniło? Ano dziś, w samochodzie, podczas kolejnego roboczego. Przyczynkiem: ach ten żłobek. W dziesiątkach, jeśli nie setkach dni można liczyć staż Lulkowy w tejże instytucji obejmujący momenty lepsze i czasem te gorsze. Dziś trafiło na gorszy. Z powodów nieznanych dorosłym umysłom Lulencja słodka do żłobka oddawana być nie chce. Cudny humor poranny psuty jest natychmiast po przekroczeniu pierwszych przybytkowych drzwi. Choć nie ma Rejtana, buntu i wczepiania, raczej zrezygnowanie i poddanie się nieuniknionemu to matce serce się kraje na widok szczerych łez Lulkowych, mimo, że wie, że fason trzymać powinna do końca. Prawie dwuletnie doświadczenie żłobkowe powinno choć matkę nań uodpornić, ale jak widać tak pięknie nie jest, pewnie nigdy nie będzie. Wiem, że zobaczę ją za godzin osiem uśmiechniętą, radosną, z przejęciem trajkoczącą o ciociach, śpiącej Matyldzie i obiecanej bułce. Wiem, że wykona trzy kolejne rysunki, zbroi przy posiłku, zaśnie na drzemkę półtoragodzinną, a potem dostanie dwie pieczątki-żaby. Wiem o tym, a jednak poranny widok tak szybko z powiek mi nie schodzi.

Chciałabym usłyszeć „przejdzie ci, to hormony”, a „Lulce na pewno się krzywda nie dzieje”. Lecz usłyszeć, a pojąć zbyt daleko mieszkają od siebie.

21.11.14


Padła wczoraj matka padlizna na sen pełny, długi, zimę zapowiadający. I stwierdza, że co jak co, ale bezsenność, tak powszechna w stanie błogosławionym, z pewnością jej nie grozi. Jeśli tylko nie działają przeszkadzacze w stylu: Lulencja tudzież przebywanie w pracy pozbawionej najprostszej chociaż wersji wersalki to zaśnie o każdej porze, w każdej pozycji. Takoż i wczoraj odebrawszy Lulkę z przybytku, oporządziwszy, nakarmiwszy i umywszy niezwłocznie korzystając z wieczornego przybycia męża swego osobistego matka padła na chwilę, która trwała godzin jedenaście. A skoro mówimy o spaniu to matka się wszem i wobec przyznaje, że ostatnio najbardziej zaskoczyły ją jej własne sny. Sam fakt, że się śnią nie jest faktem zastanawiającym bo podobno zawsze się śni, ale sporo czasu minęło odkąd matka cokolwiek ze snów pamiętała. A jeśli już to były powtarzające się sny o pożarach, ucieczkach tudzież ludziach o twarzach mocno niewyraźnych. Obecnie natomiast dzięki nieocenionej pomocy Lulkowej, która często gęsto gramoli się do wyra lub życzy sobie pobudki o porach dziwno-strasznych wybudzam się z głową jeszcze pełną snów. Co tam się działo ostatnio?

Sen pierwszy czyli okradną nawet ciężarną z mężem u boku.
Akcja godna thrillera klasy D - włamywacze obklejający drzwi wejściowe taśmą, szamocący się z ciężarną kobietą (tak to ja!), mąż zgrywający twardziela i złowrogie: "Sprawdźmy, co mają Państwo w domu cennego!". Sen najwidoczniej z głęboko ukrytym przesłaniem, bo rano się okazało, że wygrałam konkurs u cudnej Potwory jako jedna z lepszych w nieprzeszkadzaniu, więc prezent dla Lulencji pod poduszkę zaliczony.

Sen drugi czyli animal factory w wersji uczelnianej.
Matka pracuje na uczelni (tak w realu). Ma zajęcia z zaoczniakami (tak w realu). Więc i śni o zajęciach ze studenciakami. Tylko, że zamiast pipet, zlewek i chemikaliów w roli głównej wystąpili studenci gmerający przy klatkach ze zwierzyną. Koniec końców na około trzydziestu metrach kwadratowych biochemicznego laboratorium rozpiździel robiło groźnie wyglądając i szyby rozbijając: goryl, krokodyl, żółw, niedźwiedź polarny, boa dusiciel, kilka lemurów, z dziesięć wrzeszczących papug oraz dwadzieścia osobników homo sapiens sapiens w wersji mocno nierozumnej. Jak się matka się obudziła to z podziwu wyjść nie mogła nad kreatywnością mózgu własnego (szkoda, że się paskuda tak w pracy rozleniwia). Przesłania snu powyższego do dzisiaj nie dostrzegam, chyba, że jako zapowiedź armageddonu, który nadejdzie wraz z końcem roku tego. 

I jeszcze wyznanie - mężu, przepraszam, o wiele lepiej śpi mi się teraz samej. Primo: więcej miejsca; secundo: chrapanie twe słyszę tylko z oddali; tertio: jako, że ja śpię w salonie to do przebudzającej się Lulki statystycznie bliżej masz jednak ty. Lowe!

16.11.14

Weekend w pełni. Jak zwykle rozpoczynany przed szóstą rano rajdem z dzieciem do łazienki, by zdokonać porannych ablucji, potem śniadanie i dwadzieścia minut do pół godziny medialnego uświadamiania czyli seans bajkowy będący jedyną poranną szansą na dospanie. A potem? Potem zaczynają się dzienne szaleństwa czyli rodzice próbują jak najmniejszym nakładem energetycznym kreatywnie mniej lub bardziej zająć Lulkę, a ta odwdzięcza się szeroką paletą zachowań od serce-rozczulających po szeroko akceptowalne sięgając niestety zbyt często nizin społecznych opierających się na manipulacji, wymuszaniu oraz działaniach destrukcyjnych. Niezależnie od aktualnego nastroju matka musi jednak docenić, iż w ciągu weekendu większa intensywność obcowania z własnym dziecięciem owocuje coraz wyższą jego znajomością okraszoną mocnymi porcjami zdziwienia. Matki zdziwienia. Usiadłam dzisiaj na chwilę jeszcze przed południem i szybko na papierze zrekapitulowałam dotychczasowe dzisiejsze jej perełki, by nie zapomnieć.

Całkiem rano urabiam tatuśka, by do roboty nie szedł. "Tatek, nie idź do pracy. Zostań z nami. Lulek, pomóż mi."
"Tata! Idź do pracy! Już!" żmija mała, nic więcej powiedzieć nie można.

"Mamo, patrz!. Jestem krokodylem. Robię <<kłap, kłap>>. Przestraszyłaś się?"

Bierze małą latareczkę, podchodzi do wielkiego lustra i z poważną miną tako oto rzecze: "Muszę sprawdzić czy mam zdrowe gardełko, tak!".

Porywa szmatkę kuchenną, biegnie do łazienki, moczy (nie wykręca!), wraca do kuchniosalonu i zamaszystymi ruchami rozchlapując dokoła gigantyczne kałuże myje drzwi balkonowe. Wystarczyło, że matka odwróciła się do garów jedynie do zamieszania.

Jest i czas na poważne rozmowy. 
MD: "Kochanie, wiesz, że nie mogę Cię nosić, bo mam dzidziusia w brzusiu. Ale jak dzidziuś już się urodzi to będę cię mogła nosić ile wlezie".
L staje przede mną: "To ja otwieram takie drzwi."
MD: "Jakie drzwi?"
L: "Drzwi od twojego brzusia to wyjdzie dzidziuś i będziesz mogła mnie nosić."

Połowa dnia kończy się typowym rodzinnym obiadem w wydaniu Debiutujących: ojciec w pracy, dziecko gardzi krupnikiem, przyswaja słownie dwie kluchy makaronowe, stwierdza, że chce spać i przed odlotem do wyra macha do mnie paluszkiem: "Tylko nie zjedz z mojego talerza, mamo!"
Co więc matka może zrobić, by dopełnić domowej atmosfery? Bierze talerz do sypialni, sadowi się przed komputerem i mocno niezdrowo konsumuje delektując się ciszą i Finnem Polmarem z "The Good Wife".

A dlaczego tylko połowa dnia jest tematem? Bo druga część nadzwyczaj nudno sponsorowana jest przez młodsze w brzuchu, które w najbardziej wyraźny możliwy sposób daje znać, że niewygodnie w brzuchu jest i próbuje kopniakami wywalczyć zwiększenie powierzchni mieszkalnej. O czym tu pisać?

12.11.14

Przyznałam się Wam ostatnio, że w swej sklerozie ciążowej zapominam nie tylko o ugotowaniu obiadu, wyciągnięciu prania czy telefonie do przychodni, ale również o istotniejszych sprawach typu urodziny męża i ojca. Taka wpadka nastała również i ostatnio. Ale może i opatrzność nade mną czuwała, albowiem już od kilku dni zapowiadałam, iż jeśli tylko matka matki zgodę wyrazi na zostanie z dzieciórem to zabieram męża swego osobistego po raz pierwszy od roku do kina. Na cokolwiek co będzie w repertuarze kina w miasteczku rodzinnym, do którego zawitaliśmy na krótki weekend. Desperacja była na tyle wysoka, że profilaktycznie nie sprawdzałam nawet opisu filmu (sztuk raz) dostępnego w czasie nam odpowiadającym. Padło na polski "Jeziorak". 

Matka-matki chęć pieczy sprawowania nad dzieciórem wyraziła, więc pierwszy płotek zaliczony. Matka oko podkreśliła, na co spotkała się z komentarzem "A dla kogo tak się malujesz?". "Dla ciebie cholero". Do kina odległość monstrualna czyli dwadzieścia kroków, więc tuż przed rozpoczęciem seansu para nastolatków lekko podstarzałych trzymając się za ręce do kulturalnego przybytku zawitała. Zdziwiła nas z początku niska, bo zerowa, frekwencja ludzi oczekujących na film. Ok, małe miasteczko, lecz dzień prawie świąteczny, nic to, z uśmiechem w głowie i na twarzy oczekujemy. Gadka-szmatka z obsługą i tu niespodzianka: realia małomiasteczkowe nie przewidują emisji filmu dla mniej niż czterech widzów. O wy lenie, myśli matka, lecz jeszcze pełna nadziei czeka z ojcem uskuteczniając głośne podśmiechujki. W końcu mija szesnasta czyli seansu pora. Już się matka powoli do wyjścia zbiera zniesmaczona tym, że jak zawsze plany poszły sobie precz. Na to ojciec, zazwyczaj skąpiec notoryczny, rzecze: "Kupmy cztery bilety, może film nam puszczą". Matka buńczuczna dumą się unosi: "Ej no co ty, w Krakowie to byś tyle za kino w życiu nie zapłacił". "Pewnie, że nie, ale pomyśl - całe kino dla nas!". Więc po krótkich negocjacjach z kasjerami dwoma, przy wyraźnej niechęci ich i operatora za całe 52 złote (bilety ulgowe sztuk cztery) wynajęliśmy kino caluśkie dla siebie. Wyobrażacie sobie - całe kino, bez popcornu chrupania, cukierków szeleszczenia, innych osób gadania. Można komentować do woli, mieć włączoną komórkę, a wybór miejsc - ach, to kinomana raj. 

Więc przepis na prezent niebanalny, niedrogi i zawsze zaskakujący macie już drodzy moi jak na talerzu. Warunek jeden - małomiasteczkowe kino, dziesiąty listopada, godzina 16.00. Polecam!

PS. Co do filmu samego - rzetelnie zrobiony polski kryminał. Jeśli komuś nie przeszkadza, że jest to bezczelna wręcz zrzynka ("znajdź 10 różnic") z chociażby "The Killing" to będzie zachwycony. Mężulo "The Killing" nie zna, więc jest zachwycony. 


10.11.14

Jeśli ktoś widział niedawno na placu zabaw na północnych krańcach Krakowa dziewczę dziarsko rajdolące do pilota od telewizora to była to szanowna Lulencja, a wspomniany pilot służył za telefon. Czy mam to traktować jako przesłankę, że zbyt często z tatuśkiem korzystamy z tego ustrojstwa (telefonu nie pilota), nadmienię - przy wydatnym udziale pannicy? Czy może rośnie nam obywatel wieku XXI, dla którego komórka przy uchu atrybutem najzwyczajniejszym ze zwykłych? Dzień Lulencji zaczyna się bowiem od wyimaginowanej rozmowy: "Dzień dobry, Babu Lolu. Jak się dzisiaj czujesz? Aha, tak, rozumiem, to do zobaczenia!" I tak w kółko na repeacie w domu, w wannie, tuż przed snem.

Więc weźcie obraz taki - każda ze swym ustrojstwem (bo matka pocztę pracową w końcu sprawdzić gdzieś musiała), okupujące osobne ławki na jednym placu zabaw - idealna pożywka do rozważań o byciu razem lecz jednak osobno. Gdy domalować jeszcze dodający smętności entourage o charakterze jesiennego zmierzchu to teza o kompletnej degeneracji interakcji matka-dziecko byłaby jak najbardziej uzasadniona. Prawda jest taka, że obie byłyśmy wyjątkowo zdechłe mimo braku ekstremalnych symptomów somatycznych, a zawsze lepiej smęcić się na świeżym niż kisić w czterech ścianach, nawet z pilototelefonem w ręku. Ech pozory, pozory, pamiętaj nie ufaj! Bo kto był świadkiem jak wcześniej kręciłyśmy kopytka, konstruowałyśmy stodołę dla traktora rolnika, bawiłyśmy we wszystkie możliwe odmiany zgadywanek usypiając pięć misiów naraz, a burdello jakie zostawiłyśmy za sobą - ech, lepiej nie mówić.

I myśl ostatnia: w trakcie naszych ostatnich pobytów placowo-zabawowych byłyśmy tam jedynymi żywymi duszami, poza oczywiście niestrudzonymi komarzyskami. Ciepło było, cudnie było, bez mgły, bez deszczu, suchutko. Pogoda idealna na zjeżdżanie, huśtanie, karuzelokręcenie, ba! nawet piasku sypanie. Dzieciarnio, gdzie jesteś? Bo nie wierzę, żeś cała chora lub w żłobkach i przedszkolach. Widziałam cię przecież jak szłaś z rodzicami do Biedry. A my tu po drodze czekałyśmy na ciebie. Zabawa "w piachownicy" fajniejsza we trójkę niż w dwójkę. To co, widzimy się jutro, przy niebieskich drabinkach, zaklepię już miejsce dla ciebie, dobrze?

PS. Na odpowiedź już wpadli? Prościzna: ciążowy chaos myślowy.

7.11.14

Dzień nieprzewidziany. Dzień planowany inaczej. Dzień będący inkarnacją praw Murphy'ego w najczystszej postaci. Jeszcze rano pociesznie cieszyłam się pracą kminiąc nad fenomenem rannych śpiochów dwóch, których zgarniać musiałam mocno później niż zwykle. Jeszcze szybki telefon do żłoba, że będziem spóźnieni, bo się wyrobić za Chiny dziś nie potrafimy. Jeszcze w skowronkach i po śniadaniu pędziłam na krwi branie, gdy wielki porządek zburzył telefon pod hasłem: bez glejtu lekarskiego dziś Luli w żłobie nie przyjmiemy. 

Fuck yeah! nie ma to jak rychło w czas poinformować rodzica, że się ma go w tyłku! Gwoli prawdy, dzień sztuk raz szkraba nie było, profilaktycznie zostawione po haftanej nocy, a tu nagle żądania jak gdyby dziecięcie tygodniami przybytek łukiem omijało. Na nic tłumaczenie stanu dziecia przez ostatnie dwadzieścia parę godzin: cisza, spokój, zdrowe dziecię - rodzic w stanie nie jest ocenić dziecka zdrowotnej kondycji, tylko pieczątka lekarza ma tę magiczną moc. W między czasie informacja na temat panującej w żłobku od dobrych dni kilku jelitowej paskudy, odsyłanych dzieci, pozmienianej diety, czyli wszystkiego o czym nas wcześniej powiadomić nie raczono. Plus szantaż emocjonalny pani dyrektorki straszącej liczbą zarażonych dzieci. I ten wyczuwalny brak zrozumienia dla matek pracujących, ergo mających zazwyczaj nad sobą siły mocno wyższe nie pałające miłością do nagłych absencji. Tyle dobrego, że mnie szef mój rozlicza z wyników nie z liczby godzin, ale postawcie się w sytuacji typowej podwładnej. Idzie sobie premia daleko w las, hen tam! I rozumiem stronę żłobka, że troszczą się o dzieciarnię, ale do diaska! czy wczoraj nie mogli dać znać, gdy uprzedzaliśmy, że Lulki nie będzie?

I tylko jedna z wielu smętnych myśli zalęgła się rychło: gdybyśmy byli rano nie dzwonili tylko od razu jechali, to byśmy byli na siłę dziecia w żłobie zostawili, bo nie sądzę, że ot tak by nam drzwi przed nosem zatrzasnęli. Każdy znajdzie i plusy, bo lepiej trzymać dziecinę z dala od zarazy niż męczyć się w weekend z ekstra atrakcjami. Zaufanie na linii rodzic-dyrektorka padło i długo nie wstanie, choć było tak dobrze. A smród pozostanie chyba niewywietrzony. Powiedzcie mi tylko, czy mam trochę racji, czy tylko ciążowa huśtawka mi znów w głowie miesza? Bo sama się gubię w żłobkowych standardach.

6.11.14

Lubię w sobie to, że potrafię się wyłączyć. Że potrafiłam się kiedyś tam wyuczyć podejścia godnego Scarlett o'Hary czyli "pomyślę o tym jutro". Pamiętam egzaminy, obrony i inne stresujące cuda i cieszę się, że umiem już pozbyć się stresu permanentnego na rzecz stresu krótkoterminowego. Jak to wygląda w praktyce? Zamiast robić w gacie tygodnie przed ważnym wydarzeniem stawiam sobie termin: "stresować zacznę się jeden dzień". Wtedy pozwalam sobie na istny dzień Nazgula, eksplozję zakumulowanych emocji i zakręcenie godne Diabła Tasmańskiego (notabene ulubionej postaci z ulubionej gry, ktoś pamięta Pegasusa: https://www.youtube.com/watch?v=pswhbmxSqnI?)

Poprawna wydaje się być również hipoteza, iż wraz ze zwiększeniem liczebności wydarzeń ważnych ich cząstkowy wpływ na stan stresowy osobnika maleje czyli inaczej mówiąc osobnik/czka zaczyna podchodzić zgoła na zimno: "się zdąży, się da radę, nie ja pierwsza nie ostatnia, luz blues, w zamian chodźmy się raczej zdrzemnąć". Dotyczy się to zapewne też matek recydywistek. Z pewnością Matki Debiutującej po raz kolejny. Ma to oczywiście tysiące plusów - mniejsza emocjonalność kobity, większa przewidywalność, zdrowe podejście do własnego ciała i zachodzących w nim zmian, ale w wiecznym ciążowym "się zdąży" kluje się jeden zasadniczy problem, uświadomiony dzisiaj.

Dzisiaj jest dniem na wysokim C: poprzedni wieczór i noc z atrakcjami, wczesna pobudka, bieg do pracy, piąte piętro, na które dotrzeć muszę na własnych kończynach, pęd za uciekającym autobusem (po którym, aż wstyd byłoby prosić o zwolnienie miejsca ;), szybki spacer z przystanku pod górę na włości, by zmienić tatuśka na posterunku. I krótki przedwyjściowy żart rzucony do męża: "Z tego wszystkiego to ja dzisiaj chyba urodzę". Haha, hihi, ale sprawa jest poważna. Kij z tym, że rzeczywiście z wysiłku mogłoby mnie coś złapać, ale co gorsza - w ciemnym zadzie jestem z wyprawką. Bo ze skurczami to ja mogę jechać, ale bez dwóch toreb, ubranek, koszulek, nakładek, podkładów i pieluch, becika, kocyka i pieluch tetrowych to jak to się godzi? Wstyd matka! Wstyd!

Misja wyprawka - odsłona druga rozpoczęta. Strzeżcie się allegry, internety wszelkie, drżyjcie apteki, smyki, pinokie i inne. Matka Debiutująca z wielkim brzuchem i wątłym portfelem nadciąga!

4.11.14


Są tematy niewyczerpane, gdy piszesz o tym samym, lecz na tysiąc sposób. Ta sama pora, te same okoliczności, te same emocje, lecz za każdym razem element zaskoczenia zadziwia najbardziej mnie samą. Mogłabym cały ten blog nazwać blogiem nocnym, bo tyle zawiera się w tych kilku godzinach.

Godzina 4.00 nad ranem. Pora jesienna. Idealny moment, by wykrzyknąć światu (a głównie matce): „Wstawaj, jest dzień”. Sygnał do kolejnej batalii z własnym dzieckiem o przedłużenie ciepłego snu o każdą cenną minutę. Pierwszej akcji zapobiec nie warto. Okrzyk „Chcę siku!” nie znosi sprzeciwu. W trosce o czystość i higienę tudzież dobre nawyki pierworodnej matka biegnie pomóc w palącej potrzebie. Pozytywnym zaskoczeniem fakt nie proszenia o „Ulicę Czereśniową” – dyżurną toilet book, co daje szansę na szybki powrót w pielesze.
„Jest dzień” niestety powtarzane znów, choć oznak ni widu ni słychu. 
„Jest dzień, podnieś żaluzje”. Matka się łudzi, że ta potyczka może być wygrana. „Patrz kochanie, jest ciemno, jest jeszcze noc”. Po dłuższym namyśle rejterada do wyra (wspólnego, a jakże!). lecz radość zbyt krótko trwać będzie niestety. 
„Jak dzidziusia!” – to znak jest dwuznaczny (masło dwumaślane). Może zadziałać i uśpić klocka lub też rozbudzić na dobre. Zdesperowana matka bierze misję na klatę i jak dzidziusia barbocla trzyma i głaszcze. 
Na nic to wszystko. „Jest dzień!”.
Matka sięga po broń ostateczną: ścisłą logikę właściwą umysłom najtę(p)ższym. Tuli uciekającą paskudę. „Jest dzień jak rzeczesz? Porozmawiajmy więc. Czy widzisz słońce?”
”Nie”
”Czy słyszysz samochody?”
”Nie”.
”Czy słyszysz szczekanie psów? Stukanie butów? Czy słyszysz bawiące się dzieci? Świergocące ptaszki? Nie ma, to znaczy, że jest jeszcze noc”.
Każda odpowiedź coraz cichsza. W końcu: „Mamo, nie mów nic”.
Słodka, upragniona cisza. Godzina nieznana. Dzieć wtulony, matka w poduszkę wgnieciona. Oddech spowalnia, odpływa i matka i dziecko..... gdyby tylko nie budzik, ten potwór perfidny. Uśpić dziecko, by zaraz już wstać.

Wynalazła też matka miarę niewyspania – gdy soczewki wejść nie chcą na spuchnięte oczy to wiedz, żeś snu nie zaznał wystarczającego. Dobra snu-noc!

2.11.14


Przełom październikowo-listopadowy kojarzy się jednoznacznie. My tym razem zadziałaliśmy na przekór własnym planom i tradycjom. Zamiast pielgrzymek grobowych, które w tym roku musiałam odpuścić z racji Lulkowego zasmarkania, poszliśmy w tematy okołohalloweenowe, reprezentowane nad wyraz skromnie ale jednak. Matka antydyniowa skuszona została w robocie tysiącami odmian tegoż warzywa. Pierwyj raz przyrządziła więc placki dyniowe, które ku ogromnemu zdziwieniu spotkały się z aprobatą własną i Lulkową. Przepis znajdziecie na każdym internetowym rogu - najprościejsza z prościzn. Oczywiście matka matki namawiała również na zrobienie stracha drążonego, ale stanowiłoby to już zdecydowane naruszenie wszelkich norm.

Bywa i tak, że nieświadomie (chociaż czort ją wie?) także Lulencja wpasowuje się tematycznie w panujące okoliczności. Przykład prosto z piątku, kiedy matka słomiano-wdowa przesiadywała z dzieciem oczekując na tatuśka.

"Kochanie, co zrobimy dzisiaj na drugie danie?" 
"Tatę." 
"Jak to tatę? Pytam na serio: co zjemy na drugie danie." 
"Tatę."
"To wiesz co, musimy się go zapytać o zgodę jak wróci."
Wraca tatek. Biegnie Lulek: "Tato, możemy zjeść cię na drugie danie?"

Kilka godzin później.
"Lulka, chcesz coś pić?"
"Tak, tatę!".

Cóż rzec więcej, mała Wednesday wkroczyła w nowy etap.

28.10.14

Ciążę można przechodzić na różne sposoby. Jednej da ona mocno w kość, wymęczy, przeżre i wypluje. Druga śmigać do roboty będzie do dnia porodu, a w trakcie pierwszych skurczy/skurczów jeszcze upichci obiad na trzy dni, coby rodzina głodem nie padła, gdy ona wić będzie dziecię nowe. Dolegliwości ciążowych też jak mrówków. Matce, jak wiadomo, najbardziej doskwiera syndrom mózgu ciężarnych czyli skleroza, nieogar i spowolnienie pracy synaps. Matczyna teoria głosi, że pasożyt wewnętrzny w postaci fasoleleńki żywi się nie tylko typowymi składnikami odżywczymi, ale posiada niezwykłą moc wysysania komórek nerwowych z matczynego mózgu, czego ewidentnym objawem jest bardzo wolne wychodzenie z syndromu mózgu ciężarnych jeszcze miesiące po powiciu. Been there, done that!

Biorąc pod uwagę dotychczasową kondycję matki: fizycznie jest świetnie, zdolności umysłowe już mocno podupadły. Niestety pomimo intensywnej suplementacji kwasami Omega wszelkiej maści poprawa jest statystycznie nieistotna. Niech ciężarne jednak nie tracą nadziei. Oto matka znalazła rozwiązanie - tudzież rozwiązanie znalazło matkę. Jak wiadomo w kwestiach pamięci o rocznicach, zakupach i innych istotnych sprawach kiepsko trzymających się głowy nie ma co liczyć na płeć męską. Co innego pamięć zewnętrzna. 

Posiadany przeze mnie egzemplarz nie jest może rocznikowo najnowszy (2012), ale posiada nieograniczoną możliwość automatycznych aktualizacji, w tym zainstalowania funkcji głosu, choć primo - dopiero po około 18 miesiącach użytkowania; secundo - bez regulacji natężenia dźwięku. Wspomniany model jest niestety wysoce energochłonny - wymaga około pięciokrotnego ładowania w ciągu dnia oraz minimum sześciogodzinnej przerwy w użytkowaniu z zachowaniem funkcji stand-by. W przypadku braku nocnego zasilania pamięć należy ładować w sposób analogowy z wykorzystaniem ciepłoty ludzkiego ciała. Niestety koszt urządzenia jest niebagatelny, choć istnieje możliwość rozłożenia spłaty na raty, najlepiej codzienne. Z większymi nakładami finansowymi należy liczyć się, jak zawsze, w okresach aktualizacji oraz usterek w działaniu, pojawiąjących się zwłaszcza, gdy urządzenie przebywa w otoczeniu pola elektromagnetycznego emitowanego przez egzemplarze podobnego typu. Wszystkie wspomniane wady rekompensuje jedna kluczowa cecha: NIEZAWODNOŚĆ. Przykłady skutecznego zastosowania?

1. Pora wyjścia: "Mama, jeszcze książka i Gromit!" - dwie niezbędności w samochodzie tudzież matczynej torebce. Ale zdarza się również: "Mama, jeszcze sweter!".
2. Przed wejściem do sali żłobkowej: "Mama, paluszek". "Paluszek, a po co?" "Mama, nie paluszek, pieluszka"- coby dziecko miało na spanie.
3. W sklepie: "Mama, jeszcze soczek, pałeczki, bułkę  i jajka!" - coby dziecko z matką i ojcem z głodu nie padli. Chociaż w sumie to dziecko.
4. Podczas posiłku: "Mama, jeszcze śliniak/teterka".
5. Poniedziałek rano: "Mama, idź do pracy!"
 
Dokładnych informacji udziela regionalny konsultant do spraw udostępniania i dystrybucji. Istnieje możliwość wypożyczenia modelu na okres krótkoterminowy. Z racji wysokiej klasy oraz technicznego skomplikowania szczegółowej instrukcji obsługi brak.

25.10.14

Godzina dwudziesta. Ulubiony czas. Kolacja prawie zjedzona. Jeszcze tylko dzieciu zęby wyszczotkować, dać buziaka na dobranoc, oddelegować z tatuśkiem do pokoju na usypianie. Szybkie sprzątanie po dzieciowym posiłku, powieszenie wypranego prania, rundka z miotłą i "co by tu dzisiaj obejrzeć". Czy "The Good Wife" czy może zacząć w końcu "The Knick". Jeszcze tylko sobie upichcić pyszną kolacyję, gorąca herbata, ciążowe pigułki i wieczór jest mój. Mąż i tak pójdzie nadrabiać zaległości pracowe.

Tymczasem zęby wyszczotkowane, a dzieć mości się w barłogu salonowym w towarzystwie koca i niezbędnego Gromita "Ja tu dzisiaj będę spać. Mama połóż się tutaj". Dobrze, dziecko, poleżymy razem, aż zaśniesz. Tatusiek daje buziaka, gasi światło, moszczę się pod kołdrą i ja. Trzymam za rękę, by nadgarstków ze zmęczenia nie drapała, przykrywam kocykiem, bo znowu stopy odkryte, w sekundzie odwraca się jak zwykle plecami lecz dłoń moją nadal mocno ściska. Słyszę oddech coraz spokojniejszy, ale i wiercenie. "Spokojnie kotku, śpij, jest noc". Zasypia. Odpływam i ja. Budzę się po nieznanym czasie. Słyszę tatuśka w drugim pokoju, po prawej stronie łóżka spokój. Skoro mąż się krząta to jeszcze nie jest późno, zaraz wstanę, zjem kolacje, może uda się go namówić na nowy film z pirata. Wiatr świszczy za oknem, pod kołdrą tak ciepło, lekkie dziecia pochrapywanie dziwnie uspokaja. Zauważam, że w ręce mej stopa Lulki. Nie, tu zostanę. Jest dobrze.

Choć budziłam się często, bo mało wygodnie jest spać twarzą w twarz z pupą oraz pupą drugą wypychającą brzuszysko me wielkie. Mimo krzyków, wierzgań, stęków, pobudka o 7.00 nie drażniła tak bardzo. Wybacz więc mężu, że nad twe towarzystwo przedłożyłam zaśnięcie z dziecięciem. Poprawię się, słowo skauta, ale tego mi trzeba. Snu i Lulki spokojnej, a to tylko w nocy.

22.10.14

Jak się powiedziało A, a następnie B to najwyższy czas powiedzieć C. Weszło nam się w trzeci trymestr, a tu dalej matka opiernicza się chociażby z informowaniem, czy jeszcze nie ma dość tej ciąży tudzież cieszy się na nowego potomka jak opętana. 

Na początek najświeższe suche dane: 1350g, wsio w pariadkie (tfu!, tfu!), łepetyna w dół (cały czas się zastanawiam jak dzieciu może być wygodnie, skoro ma w tej pozycji wytrwać jeszcze te 9-10 tygodni, ale jak wiecie cierpię na syndrom mózgu ciężarnych ;) Skoro jesteśmy w tematach okołomedycznych: ilość komplementów jakie otrzymałam od lekarzy oszałamia. Chociażby dzisiaj usłyszałam: "O, piękne serce!" "Jakie piękne przepływy w nereczkach!" i wyrwane z kontekstu "bo na czwartą ciążę to mi Pani nie wygląda". Już pomijam wymawiane dobrodusznie "Przytyła Pani, to dobrze." na każdej wizycie kontrolnej.

Jak samopoczucie przyszłej/obecnej? matki - zapytacie. Śpiąco, rozleniwiająco, sklerozowo, ale byle do przodu. Przyznaję się wprost - sporo obowiązków scedowałam na tatuśka. Bez skrupułów (ok, może z niewielkimi) kładę się popołudniami na szybkie drzemki, notorycznie zapominam przygotować obiad, więc ostatnio nadwornym kucharzem jest mężulo. I opieka nad Lulencją w większej mierze spoczywa na silnych męskich ramionach - co jest o tyle konieczne, że maleństwo nasze 14kilogramowe zażyczyło sobie ostatnio noszenia "jak dzidziusia", a jak wiadomo ciężarnym dźwigać zabroniono ;)

Jeszcze zasilam grono ciężarnych pracujących, jeszcze dzierżę i podpalam kaganek oświaty, ale chyba za niedługo nogi i monstrualny bęc zapewne zaprotestują. I tylko dwie rzeczy mnie mocno nurtują. Czy tarabanienie się do pracy na V piętro bez windy będzie zajmować mi 10 czy 30 minut (remonty w trakcie roku akademickiego rządzą!)? A jeśli urodzę przez to w pracy, to dzieć automatycznie nabędzie praw wiecznego studenta? No i sprawa najważniejsza: jeśli, jak planowo, będę rodzić w Sylwestra to będzie mi przysługiwać lampka szampana, choćby Piccolo? Dylematy, dylematy....

19.10.14


Nieliczne już wróble świergolą nieśmiało, że jesień-paskuda na dobre rozgości się w polskich progach. A dzisiejsza niedziela ma być ostatnią tak piękną, kuszącą kolorami, rozświetloną i nieprzewianą. Oczywiście zgodnie z rodzicielskim prawem Murphy'ego jedna trzecia familii na antybiotyku a pozostała część z przewlekłym katarzychem, więc przyznam bez bicia - w piątek wieczorem bałam się, że dokumentnie szlag mnie trafi na kolejny uziemiony weekend. I teraz pokorzyć się muszę, bo nie jest tak źle. Ba! Jest wręcz  bardzo dobrze.
Sobota jak sobota - plany wcześniejsze zakupowe uskutecznione (witaj nowe łóżeczko Lulkowe), za to dziś jakiś urok padł na nas. I to urok w najlepszym znaczeniu. I nawet nie, że wyczyniamy jakieś cuda niewidy. Spokój i niespieszność - tyle nam wystarcza. Plus parę tricków. Bajka z rana, by dospać chociaż te pół godzinki. Przedpołudniowy spacer na kataru odganianie. Plac zabaw, dzieci oswajanie i wspólne zabawy - wspólne czyli dzieć swój, dzieci obce i matka we własnej osobie. Pyszny, choć zwykły obiad udomowiony. Plastociasto, nowe książki, by dziecia na dłużej zająć, a w końcu na drzemkę uśpić. Pyszna kawa z kawiarki, coś słodkiego, gazety-czytadła. A spoiwem wszystkiego rozłożony kanapowy barłóg w salonie, tysiąc koców, poduszek i kartek. Oraz bajzel, którego dzisiaj zauważać nie mam w planach.

Leniwa niedziela, dziś niewiele trzeba, normalność, zwykłe chwile i stres gdzieś po cichu w kąt przepędzony. Byle umieć zapamiętać taki prosty przepis.

15.10.14

Dosyć łatwo w Internetach można napotkać opisy momentów magicznych, spełniających wszelkie kryteria szeroko pojętej idealności. Wieczory, dni, święta, poranki. Dzisiaj jednak osią opowieści będzie przetrwanie poranka dalekiego od perfekcji. Tematem przewodnim niech będzie roboczo: Jak spóźnić się do lekarza budząc się o 5 rano? Jak więc: wszystko jest możliwe gdy masz do dyspozycji dwuipółletnie dziewczę oraz kobietę ciężarną.

Pobudka o takiej porze nie była oczywiście podyktowana chęcią jak najwcześniejszego rozpoczęcia dnia, przywitania się ze słońcem tudzież innym równie absurdalnym powodem a była efektem wymuszenia dokonanego przez młodszą uczestniczkę akcji.  Przytargawszy poduszkę, koc oraz Gromita nie dała sobie wytłumaczyć, że jeszcze nie jest dzień i za wcześnie na pląsy w pościeli. Po 45-minutowych pertraktacjach zakończonych raczej troską o wspomnianą pościel (odpieluchowanie almost finished, but stillll…..) matka wraz z córką wytarabaniły się z wyra: młodsza z wielką werwą, starsza z wielkim ziewem. 

Należy podkreślić, że poranek ten był nietypowym, gdyż nie obejmował standardowego pakowania się do auta z ojcem pierworodnej. Dzisiaj matka miała córę odwieźć do żłobkowego przybytku środkiem komunikacji miejskiej, po czym odpowiednio szybko wrócić na wizytę sprawdzającą czy mieszkaniec/mieszkanka brzucha ma się relatywnie dobrze. Mając na uwadze wczesną porę oraz szacowany czas dojazdu matka nie miała wątpliwości, że poradzi sobie z tym zadaniem z przysłowiowym palcem w przysłowiowym nosie.

Jak zwykle rzeczywistość okazała się perfidną małpą.

Już przy śniadaniu ukazały się jaskółki nadciągającego konfliktu. Pomiędzy czwartą a piątą łyżeczką owsianki zabrzmiało nieśmiało lecz jakże złowrogo: „Ja nie chcę do żłobka”. Ok, zrozumiałe, cztery dni bez żłoba - mogła się odzwyczaić. Zachęcanie rozpoczęte: ciocia Iza (bo dzisiaj rytmika!), wybieranie zabawki z przywilejem drzemania w Lulkowej szafce, lecz kończy się ni mniej ni więcej jak rozlaniem reszty owsiany. Ku zdziwieniu matczynemu rozpętuje się histeria. Krzyki, ucieczki, zębów niemycie, zabawek rozrzucanie. Bierze więc matka dziecię na przeczekanie, niech pobawi się pięć minut, potem pogadamy. Poszła mać ubrania przyszykować, torbę spakować, pięć minut minęło, nazad pertraktacje kontynuować. Powtórka z rozrywki z gratisem na osłodę - kopanie, wierzganie, klockami rzucanie. Oho! myśli matka - ktoś mi dziecko podpuszcza ewidentnie. 

W trakcie kolejnych minut czterdziestu mieszkanie i sąsiedzi świadkami i uszami byli zdarzeń następujących: latające szczoteczki do zębów w liczbie dwóch; walka o spódnicę bo każda nie ta; bieganie, czołganie, turlanie, padanie, rzucanie przedmiotami średniociężkimi typu kubek. I ryk, ciągły ryk na słowo "Idziemy". Ni prośby ("mama musi do lekarza") ni groźby ("sama i tak nie zostaniesz w domu") ni zachęty ("jak wrócimy to pobawimy się plastociastem") - nic nie działało. W jednym się tylko matka z córką zgodziły - jedno ryczało ("nie chcę do żłoba!"), drugie ryczało ("ja pierniczę, nie mam siły!"). Każde w swoim pokoju. 

Po minutach tych czterdziestu zmęczone jak fiks, wytulone na siłę, ze łzami w oczach, z wciśniętym Gromitem i zasmarkanym kocem wyszły matka z córką, a raczej dwa gnomy. Serce się matce krajało, gdy do przybytku odstawiało takie opuchnięte smutne zachmurzone dziecię. Zresztą matka w nielepszym nastroju z powrotem pędziła.

Post scriptum jednak będzie prawie optymistyczne
Spóźniona do lekarza dwadzieścia minut wpadła. "Widzę, że zmęczona Pani dzisiaj". "Ech, poranek sponsorowany przez wściekiem zbuntowaną dwulatkę". I słowa "Pocieszę panią - to mija, to wszystko mija, aż pani sprawdzę, czy tam się skurcze nie dzieją przez buntowniczkę siostrę". Nikt cię tak nie wesprze jak Twój własny grzebolog.