30.1.14

Możesz poczytać książkę.
Możesz obejrzeć kawałek filmu.
Możesz porozwiązywać krzyżówki (świetnie działa na mózg!).
Możesz upiec ciasto, zrobić sobie szybkie spa domowe lub po prostu się zdrzemnąć.

28.1.14



Cztery miesiące jeszcze nie minęły, odkąd wróciłam na zawodową ścieżkę, powoli otrzepuję się w nowej sytuacji. Marzy mi się, by ten post nie był li tylko litanią narzekań, a raczej dzieleniem tym, co mi w  głowie telepie się. Pewnie nie ostatni raz będę się w tym temacie babrać, więc odstraszyć Was nie chcę.

26.1.14

 

Pytanie mam dzisiaj do Was: skąd lokator mieszkania umiejscowionego nad klatką schodową wie, że spadł śnieg? Uprzedzając najbanalniejszą odpowiedź - spoglądanie przez okno jest dla mięczaków.
 

24.1.14

Bezczelnie się teraz zainspiruję Kingą Mak z Drugiego Etatu, wiec do niej kieruję wszelkie podziękowania za kopnięcie w zadek. Pomysł chodził mi po głowie od pewnego czasu. Post w formie wersji roboczej widniał już od paru dobrych miesięcy, ale zawsze coś innego się pałętało.
W czasach studenckich i przedporodowych żyłam muzyką - poszukiwanie nowości, grzebanie w komisach, ekscytowanie się znaleziskami. Teraz mam ogromne zaległości w tym zakresie. Ale może potraktujmy to jako jeden z elementów noworocznego ogarnięcia kulturalnego, co?

22.1.14


Dopadła bezgłosowa paskuda. Cel: nie spotkać się z antybiotykiem i odzyskać głos do soboty, by znów móc nieść studentom saganek wiedzy.  A do celu dążenie trudne, by rzecz niemożliwe. 

Byłam Ci ja u lekarza ze sobą, co nieczęsto się mi zdarza. Lekarz pyta: "Czy pracuje Pani głosem?" Odpowiedź aż ciśnie się na usta: "Tak, jestem matką".

21.1.14

Ten cykl to chyba śmiercią naturalną zdycha. Ale: nowe roki, nowe kroki. Reanimujemy!
I pewnie monotematyczna się stałam w ochach i achach mych dziecięcych, ale nie mogę  pominąć milczeniem. Nosz kurczę, nie mogę.

20.1.14

Tak się Matka ostatnio zamyśliła, że może w zgodzie ze swoim słomianym zapałem kolejny cykl wymyśli. (Jakby poprzednie były skrupulatnie realizowane, ech...).
Ale tym razem może będzie łatwiej, bo cykl byłby miesięczny.
 
Nie przyświeca tej idei nic wielkiego, raczej przedstawienie intrygująco wzrastającego ignorowania typowych zabawek na rzecz własnej inwencji. Chciałabym Wam pokazać, że nasze dzieci, nawet małe, mają fajną wyobraźnię i naprawdę nie potrzeba wymyślnych zabawek, by ją rozwijać. Wystarczy pozwolić im z niej korzystać i samemu bardziej czynnie lub biernie uczestniczyć w tych zabawach, które same wymyślą :)

18.1.14

W domowych pieleszach z dzieckiem, które na wygląd jest zdrowe, a do żłoba nie puszczę, bo kto jej wtedy oczy antybiotykiem zakropli?

Nie na spacerze, mimo pięknego przednówka tego stycznia. Bo paradoksalnie z naszej dwójki więcej opieki obecnie wymagałabym ja. Ale wiecie, jestem Matką. Od bycia Matką nie ma zwolnienia lekarskiego. Jedynie wypady zewnętrzne sobie odpuszczam, bo chyba bym już tam została.

W domorosłej pracowni artystów niezdolnych próbując na szybkiego wykombinować trzy laurki przy nikłej pomocy Lulencji, jej niechęci do odbijania łapek zanurzonych w farbie, przemożnej chęci porysowania wszelkich kolorowych kartek, odklejania dopiero-co-umieszczonych naklejek, rozmazania kleju i posypania ostrużkami z kredek, gdzie tylko się da.

W miejscu opanowanym przez Małą Złośnicę, której celem jest:
a) wybicie sobie zębów, ewentualnie przemieszczenie szczęki przy efektownym padzie na podłogę odbywającym się co najmniej raz na pól godziny;
b) przecięcie paluchów pękniętą bombką;
c) zrzucenie sobie drzwiczek od piekarnika na twarz, wielokrotnie;
d) zjedzenie drewnianego stołu łącznie z ceratą i dopchanie piątym talerzem zupy, i nie - nie głodzę dziecka;
e) organoleptyczne zbadanie zawartości nocnika i pierwszy etap gender studies zaliczony - if you know what I mean ;)

W miejscu, gdzie oczu zakraplanie staje się codziennie kilkukrotną torturą. Poznać można po odgłosach. W połączeniu z atakami histerii, rzucaniem czym popadnie w Matkę, ścianę, podłogę oraz średnio dokładnie wymytymi podłogami daje to niewesoły obrazek.
 
Więc Matka zdycha, jęczy, ucieka do toalety z Ojcowym smartfonem, by złapać resztki normalności, a jak tylko wraca rzeczony Ojciec zaszywa się pod kołdrą, coby w końcu zażyć odrobiny najlepszej terapii antywirusowej czyli popołudniowego snu! Kończy się to nocną bezsennością, co widać po czasie opublikowania tego postu.

Ktoś chętny na zamianę?

Oferuję bonus w postaci energetyka:
 

14.1.14

 

Wczoraj na fanpejdżu wrzuciłam w ramach ciekawostki szczegóły oferty złożonej mi przez pewną firmę. Niektóre komentatorki zarzuciły mi nie do końca eleganckie zachowanie. Jestem w stanie się zgodzić, że takie upublicznianie propozycji współpracy może się oferentowi (ale i postronnym) nie podobać, lecz ciągle będę zdania, że nie podając danych osobowych/biznesowych o żadnej szkodzie mówić nie można. Tyle gwoli się wytłumaczenia.
Nie mam do dziewczyn żadnego żalu, absolutnie. Ba! cała sytuacja sprowokowała mnie do zastanowienia się bardziej dogłębnie nad całym zagadnieniem współpracy blogowo-marketingowej.

9.1.14


I jak tu się nie chwalić? Jak nie pękać z dumy, gdy widzę, że lada chwila, lada moment nową umiejętność Lulencja posiądzie.
 
Nieuczona, niewprawiana, wlazła dzisiaj na krzesło przy szafie, zerwała pierwszą lepszą bluzkę z półki i hajda! - na głowę wzuwać zaczęła. I z jednej strony próbuje to odzienie włożyć, tej głowowej, lecz krzyczy "Mała! Inna!". I z tyłka (za przeproszeniem) strony, czyli tej (o ironio!), od której zaczynać należy. I w rękawki próbuje wcelować i na krągłym brzuszku wygładzić. Potem: "śiągnić", ciągnie tę bluzkę na boki, do góry, do tyłu, stawy trzeszczą, ręce się plączą, głowa gubi w odmętach. W końcu sukces. Oswobodzenie. Radość sięga zenitu. Powtórka z rozrywki, tak po raz drugi, piąty, dziesiąty.

I jedna tylko myśl matce, powiecie wyrodnej, w głowie się zalęgła.
"Kochanie. Walczysz z tą bluzką jak pacjent z kaftanem".


7.1.14

Powrót do domu ze żłoba.
Pogaduchy samochodowe między matką a córką, że do sklepu, że do domu, że koniecznie bułka w Biedrze, czytaj: rozmowa na poziomie.

Rutynowe pytania do pierworodnej o dzisiejsze menu w żłobku.
 MD: "Lulencjo, co jadłaś dzisiaj na obiad?"
L: "Ziupa!"
MD: "A co było na drugie?"
L: "Mięśko!"
MD: "A co do mięska"
L: "......." - tu dziecko nie wie, co odpowiedzieć. Matko ogarnij się?
MD: "A była surówka do mięska?"
L: "Tiak! Makewka!"
MD: "Była surówka z marchewki, tak? A z czym jeszcze była ta surówka?"
L: "Dziemem!"
I tu nastąpił kompletnie nieprzewidziany wybuch śmichów-chichów w wykonaniu mojej córy.

Bo na głupie pytania adekwatne odpowiedzi.

6.1.14

Miałam Ci ja się ukulturalniać, odchamiać i ogólnie ograniczać serialomaniactwo. Te trzy dni wolnego to mnie wessały w wieczorne oglądactwo. I chodzę z rana jak zombie. Chłop się wkurza, że spać nie idę, a rano wstać nie mogę. (Chodź dzisiaj, żeby mu pokazać, że potrafię to przy rannych trelach Lulencji rzekłam łaskawie: "Śpij, ja wstanę"). Fochuje, że chodzę ze smętną miną i się nie uśmiecham, a wszystko przez "te seriale".
 
Co zrobić jak się nie da? Bo Matka wsiąkła.
W co ostatnio? Ano w "The Newsroom".


Serial promujący świadomą i odpowiedzialną telewizję informacyjną. Gdzie nie relacjonuje się 24 h na dobę sprawy matki podejrzanej o morderstwo (toczka w toczkę przypominającą historię Madzi?!), a skupia na zbliżaniu się Stanów Zjednoczonych na krawędź kryzysu fiskalnego. Gdzie nad słupki oglądalności przedkłada się wiarygodność i chęć przywalenia Obamie. Wszystko oczywiście hiperwyidealizowane, bo to hameryka, panie! ale podane w smakowitym sosie świetnych dialogów i dobrego aktorstwa. I nawet nie newsy są tu istotne - choć zadziwia umiejętnosć dopasowywania się do aktualnych problemów hamerykańskich i światowych, ale interakcje międzyludzkie. Niby typowe, ale bez narzucającego się "Gdzie ja już to widziałem?"

Emily Mortimer - kobieta non-stop balansująca pomiędzy histeryczną trzpiotką a samicą alfa.
Dev Patel - czyli "Slumdog Millionaire" jako wyznawca Wielkiej Stopy.
Jeff Daniels jako macho z dobrze przykrytą głęboką depresją.
A dla oka damskiego - John Gallagher Jr. jeśli któraś lubi chłoptasiów
 


I choć w internetach piszą, że ten orzeł wcale tak wysoko nie lata, to przecież mówimy o rozrywce, prawda?

4.1.14



 
Nigdy nie byłam dobra w postanowieniach. W poprzednim roku porzuciłam tę "świecką tradycję" po to, by oszczędzić sobie rozczarowań. Bo obiecywać mogłabym sobie wiele: że rzucę w końcu to moje szczątkowe palenie (chociaż nie chcę, naprawdę!); że przełamię lody z samochodem; że będę się mniej denerwować itede, itepe.
Ale wiem, że przyjdzie drugi tydzień stycznia, wkurzę się na chłopa, że mnie do kierowania zmusza, wyjdę na balkon na dymka i wszystkie postanowienia hurtem pójdą daleko.

2.1.14



Czas podsumowań, w których nigdy nie byłam dobra. Nie jestem w stanie krótko i w trzech słowach napisać, co dał mi ten rok. Jak każdy inny pełen był chwil dobrych i tych gorszych, zaskoczeń i rozczarowań, mniej lub bardziej zaakcentowanych (i zaakceptowanych ;) zmian.