9.1.14


I jak tu się nie chwalić? Jak nie pękać z dumy, gdy widzę, że lada chwila, lada moment nową umiejętność Lulencja posiądzie.
 
Nieuczona, niewprawiana, wlazła dzisiaj na krzesło przy szafie, zerwała pierwszą lepszą bluzkę z półki i hajda! - na głowę wzuwać zaczęła. I z jednej strony próbuje to odzienie włożyć, tej głowowej, lecz krzyczy "Mała! Inna!". I z tyłka (za przeproszeniem) strony, czyli tej (o ironio!), od której zaczynać należy. I w rękawki próbuje wcelować i na krągłym brzuszku wygładzić. Potem: "śiągnić", ciągnie tę bluzkę na boki, do góry, do tyłu, stawy trzeszczą, ręce się plączą, głowa gubi w odmętach. W końcu sukces. Oswobodzenie. Radość sięga zenitu. Powtórka z rozrywki, tak po raz drugi, piąty, dziesiąty.

I jedna tylko myśl matce, powiecie wyrodnej, w głowie się zalęgła.
"Kochanie. Walczysz z tą bluzką jak pacjent z kaftanem".


7.1.14

Powrót do domu ze żłoba.
Pogaduchy samochodowe między matką a córką, że do sklepu, że do domu, że koniecznie bułka w Biedrze, czytaj: rozmowa na poziomie.

Rutynowe pytania do pierworodnej o dzisiejsze menu w żłobku.
 MD: "Lulencjo, co jadłaś dzisiaj na obiad?"
L: "Ziupa!"
MD: "A co było na drugie?"
L: "Mięśko!"
MD: "A co do mięska"
L: "......." - tu dziecko nie wie, co odpowiedzieć. Matko ogarnij się?
MD: "A była surówka do mięska?"
L: "Tiak! Makewka!"
MD: "Była surówka z marchewki, tak? A z czym jeszcze była ta surówka?"
L: "Dziemem!"
I tu nastąpił kompletnie nieprzewidziany wybuch śmichów-chichów w wykonaniu mojej córy.

Bo na głupie pytania adekwatne odpowiedzi.

6.1.14

Miałam Ci ja się ukulturalniać, odchamiać i ogólnie ograniczać serialomaniactwo. Te trzy dni wolnego to mnie wessały w wieczorne oglądactwo. I chodzę z rana jak zombie. Chłop się wkurza, że spać nie idę, a rano wstać nie mogę. (Chodź dzisiaj, żeby mu pokazać, że potrafię to przy rannych trelach Lulencji rzekłam łaskawie: "Śpij, ja wstanę"). Fochuje, że chodzę ze smętną miną i się nie uśmiecham, a wszystko przez "te seriale".
 
Co zrobić jak się nie da? Bo Matka wsiąkła.
W co ostatnio? Ano w "The Newsroom".


Serial promujący świadomą i odpowiedzialną telewizję informacyjną. Gdzie nie relacjonuje się 24 h na dobę sprawy matki podejrzanej o morderstwo (toczka w toczkę przypominającą historię Madzi?!), a skupia na zbliżaniu się Stanów Zjednoczonych na krawędź kryzysu fiskalnego. Gdzie nad słupki oglądalności przedkłada się wiarygodność i chęć przywalenia Obamie. Wszystko oczywiście hiperwyidealizowane, bo to hameryka, panie! ale podane w smakowitym sosie świetnych dialogów i dobrego aktorstwa. I nawet nie newsy są tu istotne - choć zadziwia umiejętnosć dopasowywania się do aktualnych problemów hamerykańskich i światowych, ale interakcje międzyludzkie. Niby typowe, ale bez narzucającego się "Gdzie ja już to widziałem?"

Emily Mortimer - kobieta non-stop balansująca pomiędzy histeryczną trzpiotką a samicą alfa.
Dev Patel - czyli "Slumdog Millionaire" jako wyznawca Wielkiej Stopy.
Jeff Daniels jako macho z dobrze przykrytą głęboką depresją.
A dla oka damskiego - John Gallagher Jr. jeśli któraś lubi chłoptasiów
 


I choć w internetach piszą, że ten orzeł wcale tak wysoko nie lata, to przecież mówimy o rozrywce, prawda?

4.1.14



 
Nigdy nie byłam dobra w postanowieniach. W poprzednim roku porzuciłam tę "świecką tradycję" po to, by oszczędzić sobie rozczarowań. Bo obiecywać mogłabym sobie wiele: że rzucę w końcu to moje szczątkowe palenie (chociaż nie chcę, naprawdę!); że przełamię lody z samochodem; że będę się mniej denerwować itede, itepe.
Ale wiem, że przyjdzie drugi tydzień stycznia, wkurzę się na chłopa, że mnie do kierowania zmusza, wyjdę na balkon na dymka i wszystkie postanowienia hurtem pójdą daleko.

2.1.14



Czas podsumowań, w których nigdy nie byłam dobra. Nie jestem w stanie krótko i w trzech słowach napisać, co dał mi ten rok. Jak każdy inny pełen był chwil dobrych i tych gorszych, zaskoczeń i rozczarowań, mniej lub bardziej zaakcentowanych (i zaakceptowanych ;) zmian.