26.2.14

Niedoczas spowodował, że poczynię kombo. Dwudziesty drugi i dwudziesty trzeci miesiąc zabawowego życia dziecia potraktuję razem. Tyle mojego, że Lulencja preferencje ostatnio ma załóżmy, że stałe. Starzy też sprawy sobie nie komplikują, bo z nowych zabawek to tylko książeczki i kolorowanki. 

23.2.14

Zachciało mi się oglądania filmu z chłopem.

Mówię mu: "Sam byś w końcu wybrał!", a nie tylko ja siedzę na tych filmwebach i stopklatkach wyszukując kolejne filmidła. Czemu filmidła? Bo niestety nie dopasowaliśmy się gustami i jedyne co mogę powiedzieć to, że jeśli chcę na szybko uśpić mojego męża to powinnam zapodać "Incepcję". Nie narzekam, o nie, widziały gały co brały. A na kolejnego Irona Mana sama czekam, choć tylko i wyłącznie ze względu na Robercika.

22.2.14

Moje dziecię kocha wozy strażackie, kopać piłkę oraz rozczłonkowywać długopisy i inne wszelkie ustrojstwa. Nad Świnkę Peppę przedkłada Ciekawskiego George'a, a po Kocie Filemonie żąda filmik o Pojazdach. Więc mam się martwić, że wyrośnie z niej osoba o niegodnej orientacji albo babochłop tudzież inny bezpłciowy dziwoląg?

18.2.14

Mimo, że bycie matką to taki fun, to są sytuacje (najczęściej niestety jednak mocno powtarzalne, wręcz rutynowe), gdy najchętniej dziecia opchnęłabym komukolwiek. I nie piszę nawet o wiecznym praniu czy wygrzebywaniu rzygów z włosów podczas obiadu, ale o momentach, gdy w matce włącza się opcja biegu wstecznego. 

I nie bójta się. Dużo punktów nie będzie, bo ja przecież uwielbiam tego dziabąga, ale żeby nie było za słodko to mikroranking wypociłam. I może niech nie czytają tego przyszłe matki... Chociaż z drugiej strony - be prepared!!

Miejsce na najwyższym stopniu podium plebiscytu najbardziej znielubianych czynności od samego początku okupuje nosa odsmarczanie. Organicznie nienawidzę. Dokumentnie mnie obrzydza i gdy tylko mogę tę przyjemność odstępuję Chłopu - niniejszym Tatuśku, przepraszam! A jak gdzieś przeczytałam, że u niemowlaków najlepiej to robić ustami, to byłam bliska ukazania światu co też pysznego skonsumowałam na obiad. Odsmarczanie punktuje zresztą podwójnie, bo:

Drugie miejsce dumnie dzierżą wszelkie domowe zabiegi okołomedyczne (zakraplanie wszelkich możliwych części ciała) wymagające przytrzymania podmiotu dziecięcego, co ostatnimi czasy przypomina łapanie węgorza w zbiorniku z olejem. Z towarzyszeniem ryku symfonicznego, bo pokojowo przecież się nie da; pokojowo jest dla lamusów. Jeśli jeszcze żaden sąsiad nie zapukał to chyba tylko dzięki temu, że zawsze po akcji donośnie oznajmiam: "Lula, wiesz, że musiałam, to dla Twojego zdrowia!" Nikt normalnie myślący nie posądzi, że takie słowa towarzyszą praniu tyłka dziecięcia. W tym moja nadzieja.

I tu długa przerwa, bo wydawałoby się, że całą resztę pakietu rodzicielstwo mniej lub bardziej zaakceptowałam, ale przychodzi kolejny taki dzień/noc (niepotrzebne skreślić), gdy składam głowę do snu (lub dziennej drzemki) i z chwilą, gdy zaczynam oddawać się procesowi odpływania do mózgu przebijają się mocno charakterystyczne skwierki/jęki/pochlipywania. Korzę się i głowę pochylam, bo najczęściej z mych ust cicha i mało kulturalna wersja "Och nie!" płynie. Więc trzecie miejsce należy się niedyskutowalnej-konieczności-wstania-choć-dopiero-przecież-głowę-złożyłam. 

I w takich momentach serdecznie podziwiam i czapką salutuję matkom samotnym. 

Teraz piłeczka do Was - czego nie znosicie, choć kochacie być matkami?


To be continued, definitely.....

16.2.14

Czasu mam mało, więc bez wstępów zbędnych szóstej odsłony prezentację czas zacząć:

Igrzyska w Soczi dały efekt budujący acz nieoczekiwany. Już nikt nam nie zarzuci, że nie wychowujemy dziecia w duchu patriotycznym. Hymn Polski odśpiewałam na żądanie co najmniej dziesięć razy.

13.2.14

Samoogarnianie przy powrocie do pracy łatwe nie jest. Same wiecie. Czasu brak, wieczorne rytualne padanie na twarz i tak dalej.

I dochodzi jeszcze jeden, wcale nie oczywisty aspekt. Czynnik, na który mam niewielki wpływ - możliwość ogranicza się li tylko do wciśnięcia pewnego chybniętego krzyżyka.

11.2.14

 

Sporo z Was pewnie kojarzy jeden z najświeższych fantastycznych postów u Klocka i Kredki pt. "Jak orzeł". O tym, jak Bolo znalazł nowego kolegę, kolegę ze skrzydłami. Szerokim echem w blogersko-parentingowym światku podążała ta historia.

7.2.14

Z rzadka włączam telepatrzydło. Po pierwsze nie marzę o życiu z telewizorem jako czwartym członkiem naszej małej familii. Po drugie uwielbiam słuchać radia. A po trzecie jestem maniaczką seriali dostępnych li i jedynie ze średnio legalnych źródeł.

Dzisiaj dopadł mnie fizyczny kryzys. Zmęczenie, nieprzespane noce zawdzięczane chyrlaniu dziecia, praca na zakładkę, czytaj: wieczorne zmiany. Dogorywam.

5.2.14


Wiecie, co powoduje, iż mam ochotę wysadzić się na księżyc?

Gdy dzień zaczyna się w miarę akceptowalnie, ale wraz z upływem minut zaczynasz się orientować, że dotrwanie do wieczora w miarę pozytywnym nastroju będzie wymagać sił nadludzkich. Niby to był krótki dzień, lecz mózg mój jakoś na opak to rejestruje.

Sen od dziewiętnastej do siódmej - czyli żyć nie umierać. Ubranie córy do żłoba (tyle kochany Mąż ode mnie wymagał z rana) i dospanie do 9.00.
Wyjazd na uczelnię, studenci do zaliczenia (bez podtekstów, please!) i nagle zawirował świat....
Nie, to nie przybył szczególnie przystojny czy też elokwentny egzemplarz. To błędnik odmówił posłuszeństwa z powodu niewiadomego. Kawa sytuacji nie poprawiła. Szybki telefon do Męża: "Zawieź mnie do domu, bo do autobusu nie dolezę".

Kolejne godziny jak za mgłą. Doturlała się piętnasta. Czas pomyśleć o obiedzie dla przyległości. Wkurzenie (łagodnie mówiąc), bo szpinak gotować się nie chciał. Za karę wylądował w odmętach muszli.
Przyszedł Mąż z dziecięciem. Mąż zaanonsował rzadkie kupska i kaszel żłobkowy. Dziecię zaś dzień syreny. I nie dlatego, że pała wielką miłością do wozów strażackich (choć pała!), ale znów! z powodów niewiadomych. Syrena wyła i wyła, wyłączyć się nie chciała.
Dziecię w końcu spacyfikowane książeczkami i nienormalną liczbą chrupków kukurydzianych serwowanych zamiast obiadu smęci, że ją nos boli. Mówi, że "bam".
"Uderzyłaś się?".
"Nie".
"Ktoś Cię uderzył?"
"Nie. Juja udeziła Matildie". (Ha! Super. Wczoraj było: "Matilidia udeziła Juje" czyli zemsta - poziom pierwszy)
"A kto zaczął?"
"Gaba!"

I wszystko jasne. Banda żłobkowa się tworzy.

To będzie dobra noc?

3.2.14


Wieczór. Co tam wieczór, noc! Dziecię winno spać. Uśpione, wybujane, kolędy zaśpiewane  bo tylko przy „Oj, maluśki, maluśki” odpływa ostatnio. 

I krzyk. Dziecia krzyk. Matka, co profilaktycznie spać wcześnie nie poszła (ach! ten instynkt macierzyński) pędem wpada do pokoju i na dobry wieczór bluzgiem w myślach rzuca. Dziwnym trafem kręgle z pudła wylazły i pod bose nogi Matki się podłożyły. Sama własnymi ręcami te pałki do pudła
wkładała, więc nie ma bata! Krasnale istnieją. Lecz nic to!

1.2.14

Ok, chwilowo ogłaszam koniec smętów, pierdów-śmierdów, marudzenia i emocjonalnej rozpierduchy. Czas podzielić się czymś przyjemnym. 

Ochrzciliśmy się dziś Rodziną Galeryjną korzystając z możliwości opuszczenia pieczar choróbska. A że lodówka zaczęła ziać pustką, dobro niezbędne (czytaj: kawa) sięgnęła już dna w słoiku to nie myśląc wiele hajda na wyprawę.