26.2.14

Niedoczas spowodował, że poczynię kombo. Dwudziesty drugi i dwudziesty trzeci miesiąc zabawowego życia dziecia potraktuję razem. Tyle mojego, że Lulencja preferencje ostatnio ma załóżmy, że stałe. Starzy też sprawy sobie nie komplikują, bo z nowych zabawek to tylko książeczki i kolorowanki. 

Początkowo niepodzielnie rządziły kręgle, kręgle i jeszcze raz kręgle - przewracać, nazywać kolorami, turlać do nich piłkę, rozpirzać kończynami, wrzucać do łóżeczka, w sumie cokolwiek byle obejmowało te niepozorne kawałki plastiku, które kosztowały śmieszne pieniądze. Takie jak tu (jak kupiłam nawet taniej):


Następnie atak na naklejki. Którego dziecia nie dopadła ta choroba? Naklejać, naklejać, naklejać. Na nocniku, uchwycie na papier, podłodze, mamy kolanie czy ścianie. Mania trwa dalej, choć z siłą mniejszą. Gdyby jeszcze sama potrafiła naklejkę z kartki odedrzeć.... 

Najmniej zaangażowania od rodziców wymagał przez pewien czas kolejny typ zabawy mocno preferowany przez dziabąga. Można go zawrzeć w czterech żołnierskich słowach: biegać-skakać-kopać-rzucać. Paradoksalnie wystarczy zasiąść z dzieciem w przedpokoju (w miejscu szczegółowo przezeń wyznaczonym), sporadycznie rzucić piłką lub balonem, ale przede wszystkim łapać przybiegającego dziecia, tuli-tuli i bić mu głośno brawo. I nie, że matka leniwa (choć leniwa!), tylko taki tryb zabawy narzuca samo dziecię. Nie podyskutujesz. 

Do trybu maksymalnego spalania energii przez dziecię dołączyła opcja taniec. Tu już rodzice wykazać się muszą poprzez śpiewanie, złapanie za łapki jednego bądź dwóch przygodnych misiów i tworzenie hasającego kółeczka. A repertuar mamy coraz bogatszy. "Baloniku mój malutki...", "Stary niedźwiedź" czy "Idzie zuch...". W porywach zadziała nawet "Konik na biegunach", którego znajomość jest dla mnie zagadką (cały refren!), albowiem fanką Urszuli nie jestem, oj nie. Wpływ żłobka? 

A co obecnie w największym stopniu angażuje dziecia? Kolejna, po odkręcaniu długopisów, typowo inżynierska aktywność czyli: psucie-naprawianie-psucie-naprawianie – najpierw spektakularne jebud o podłogę telefonem matki/ikeowskim autkiem tudzież nakręcanym kotem (bo mu tak fajnie ogon odpada!), zbieranie wszelkich możliwych części i żmudne dopasowywanie ich do siebie. Zwykłe puzzle się nie umywają. Nawet te Czu-Czu.

Jak widać, dziecko dwudziestokilkumiesięczne jest naprawdę ekonomiczne w rozrywce. Zwłaszcza, jeśli macie na stanie kilka zdezelowanych komórek

7 komentarzy:

  1. Ha, ja tak się właśnie zastanawiam, po co ja w ogóle te zabawki kupuję, skoro dzieciak się nie bawi nimi wcale i tylko, ot choćby dziś, "bawi się" w zmywanie naczyń na przykład.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmywanie naczyń, mycie podłogi, odkurzanie. U nas dokładnie to samo. To już wiemy na co wydamy kolejne pieniądze - nie na zabawkę, o nie. Kupimy sobie coś fajnego ;)

      Usuń
  2. Naklejkomania to ostry wirus. Nie mija nawet w przedszkolu. Czasem przybiera jeszcze na sile. Naklejamy więc dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kleju, kleju, kleju, kleju. Słychać tylko świst odklejania. Bo na szczęście chwilę ciszy da się dzięki nim kupić.

      Usuń
  3. I to trwa. U nas skończył się 25 miesiąc, a ja nadal siedzę na podłodze i rzucam "Pijećkiem"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, a ja myślałam, ze to szybko minie ;)

      Usuń