25.3.14

To mi Kinga Mak zagwozdkę dała. 

O gadżetach mam pisać. Ja - która jestem wybitnie niskogadżetowa.
Cztery dni myślenicy I wiecie, lipa, no lipa z gadżetami u mnie. Przetrząsnęłam szafy, worki, pawlacze. Poszukałam w torebce (teoretycznie w damskiej zawsze można coś znaleźć, ale i tu nic). 
Może lepiej sprawdziłabym się jako gadżetów projektant? - vide tu.


Ale wyzwanie to wyzwanie. Sześć gadżetów, które ułatwiają życie moje z Lulencją i czynią ze mnie matkę na szóstkę. Jako, że sama bym sobie dała najwyżej cztery i to mocno naciągane, więc posilona kawą i czipsami prezentuję Final Four:

1. szara wykładzina za grosze - dzięki niej nie krzyczę na dziecko, gdy wetrze weń truskawki, krupnik i poleje sosem pomidorowym. Nieuważny obserwator stwierdzi, że taki efekt kolorystyczny był zamierzony. A plan był najprostszy - gdy dziecię podrośnie i przestanie być brudogenne wymienimy na lepszy bardziej luksusowy model. Gorzej, gdy nas oświeci, że chcemy kolejne.... dziecko, nie wykładzinę.

2. wąż w kieszeni - dzięki niemu szybko przestawiłam się ze słoiczków na jedzenie domowe, a jak powszechnie wiadomo z mamcinych forów: słoiczki to ZUO!!!!!!; dodatkowo dzięki temu przydługiemu akcesorium łatwiej utrzymać szafę w jako takim porządku, a dziecko nie potyka się o tabun klocków i nie traci świeżo nabytych zębów. Ok, tak naprawdę to chodziło mi o siebie, ale każdy bardziej przejmie się losem bezzębnego dziecięcia niż matki...

3. sprawne urządzenia gospodarstwa domowego - dzięki nim nasze dziecko brudne chodzi tylko krótko, je z czystych naczyń (chyba, że wymyśli, że trzeba talerz najpierw do kosza wrzucić, a potem naładować tam bułkę) i nie tarza się w wielodniowej hodowli kotów.

4. internet - a to cacko już dla mnie, bym była w stanie zachować stoicki spokój, zimną krew i bezczelnie móc stwierdzić, że jednak nie jest najgorzej. Nie godzi się dowartościowywać kosztem innych, ale lektura wypocin, iż dziecku w pierwszym roku życia spokojnie można podawać golonkę podwyższa samoocenę jak fiks. A zadowolona matka to szczęśliwe dziecko, prawda?

I tym pozytywnym, nieco egocentrycznym akcentem pozwolicie, że zakończę.
Wybaczcie, że nie było o elektrycznych laktatorach, nianiach elektronicznych, podgrzewaczach innych ustrojstwach, ale wiecie... wąż w kieszeni.  

Kogo nominuję?
Nominuję Was wszystkich.
Bo za cholerę nie dam rady wybrać kilku.

Kto więc chętny zarzuca w komentarzach swoje gadżetomaniactwo, zgoda?

12 komentarzy:

  1. osz Ty kurdę;p
    najlepszy mój gadżet to Małż;) pozwala mi generalnie na ogarnięcie większej ilości spraw i tematów niż miałabym je sama ogarniać. i przy tym potrafi dziecięcia zająć skutecznie coby matka też relaksu zaznała i nie stała się wyrodniastą matką.

    kurde ten Małż jakiś taki...niezbędny trochę;p ale nie dużo;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiedziałam, ze o najważniejszym zapomniałam ;)

      Usuń
    2. taki gadżet pominąć, wstydź się;)

      Usuń
    3. O Małż !!! Koniecznie :)))
      Ja bym chyba zginęła w bałaganie, gdyby nie On - inspektor gadżet :P

      Usuń
    4. No i teraz nucę muzyczkę z IG ;) Dzięki Majka ;)

      Usuń
  2. Jestem chyba tak samo antyfadżetowa jak Ty. Miałam laktator i nocnik podróżny. Ale nie wiem czy coś jeszcze? Chusta się liczy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej ;) Choć to raczej niezbędnik niż gadżet ;)

      Usuń
  3. świetne hehehe, ja też będę wymieniać. Co prawda trochę inne niż Ty ale ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wąż w kieszeni - genialne, muszę takiego sobie wyhodować bo inaczej będzie cieżko:D U mnie z gadżetów na razie króluje podgrzewacz do butli ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hoduj, hoduj. Bo wiesz, im starsze tym bardziej pieniądzochłonne ;)

      Usuń