5.3.14


Obiecałam Wam onegdaj dzielić się refleksjami matki wracającej do pracy. Dzielić chcę, lecz pomyślałam, że nie chcę smęcić jak ciężko przestawić się na nowe tory. Łatwo nie jest, znana prawda. I z przekory jakiejś takiej nie w smak mi pisanie o godzeniu roli matki, żony i kochanki z młodszym wcieleniem Ireny Kwiatkowskiej. Wtem w impulsie szorowania plam niewiadomego pochodzenia z podłogi rozjaśniło mi się.

Nasze życie towarzyskie. Wiecie jakie jest?
Na wymarciu. Idąc dzieciowym klasykiem: "Jest gdzieś, lecz nie-wiadomo-gdzie".

Patrząc wstecz na czasy kawalersko-panieńsko-bezdzietne, nie stanowiliśmy może wzorców party people. Zwłaszcza Ojciec Debiutujący zatwardziale tkwił i tkwi w obrębie gatunku Homo sapiens domatorus. Ale ja? Przesiadywać w kawiarniach/knajpkach uwielbiałam, na babskie ploty chodziłam, coś tam się imprezowało, znajomych/rodzinę odwiedzało tam i nazad. 

I, gdy dziecię na świat przyszło w szaleństwie jakimś, amoku połogowym szybko wozić ją zaczęliśmy. Do rodziny głównie, ale i debiut samolotowy w trzecim miesiącu Lulka ma na koncie. Gdy nawet sama całymi dniami z dzieciem siedziałam, to do wóza hajda, w autobus i już u kumoszki byłyśmy. 

A teraz? Niby dziecię starsze, niby bardziej kumate, niby na nóżkach już sprytnie pomyka, lecz tkwimy zbyt często w tym naszym mieszkaniu zamiast korzystać z życia.


Życie towarzyskie? Dla dziecia żłobek zbyt rzadki, dla rodziców gęby z pracy, a w weekendy: przecież jest galeria, tłum, prawie jak impreza. 

I jedna przyczyna: wysokie stężenie wirusów na metrze kwadratowym.

Bo pal licho pracę. Gdyby się dało jechać rano, dziecko do przybytku na spokojnie oddać, zrobić swoje, popołudniu wrócić i weekendy mieć względnie wolne. Lecz nie, za każdym razem, gdy plany bogate (zawsze, zawsze!) to smark, kaszel i gorączka w bonusie. I ciągnie się kolejny tydzień, że wracasz przed ósmą. Buziaka na dobranoc dzieciu dajesz, samemu padasz, a w weekendy chuchasz i dmuchasz, by dziecię paskudy się pozbyło. Nie wyjedziesz gdzieś dalej, znajomych nie odwiedzisz, zwłaszcza że gros znajomych dzieciatych. Samemu jechać się nie da, bo kto z dzieciem zostanie? Wóz lub przewóz: dziecię zdrowe być musi.

I myślę nad rozwiązaniem. Opcja pierwsza: babcię którąś przeprowadzić bliżej, lecz nie nazbyt blisko, tłumaczyć nie trzeba ;) Lub ze żłoba zrezygnować, lecz pensja publiczna tej opcji nie rekomenduje, więc będzie jak jest.
I nie zdziw się tylko, jak dostaniesz telefon: jestem, żyjemy, wpadamy. To znak, że zahaczyliśmy o lukę w aktywności mikrobów i w kilka dni nadrabiać będziemy półroczne zaległości.

24 komentarze:

  1. Ah jak dobrze, że nasze babcie w tdj samej miejscowości choć od ur Lenki wyszlismy sami raz na impreze i raz do kina. Szalenstwo! Dwa razy na rok starczy:-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dwa razy na rok to i tak dobra średnia ;)

      Usuń
  2. Dobrze jest w takich sytuacjach mieć znajomych, którzy lubią improwizować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpierw przeczytałam: "imprezować". Chyba głodnemu chleb na myśli ;) Improwizacja to rzecz świetna, przyznaję bez bicia.

      Usuń
  3. My jeszcze nigdy sami nie wyszliśmy. Brak babci nam doskwiera a przeprowadzić się nie da...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem. Chyba czas poczekać, aż dziecię podrośnie, bo jak inaczej?

      Usuń
  4. my babcie mamy i chętnie z pomocy korzystamy;)
    czasem jakieś kino, czasem jakieś zakupy nie spożywcze. ot takie o;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozazdrościć. Korzystajcie ile wlezie. Koncerty, kina, spotkania blogerek :P

      Usuń
    2. spotkania lubię bez pompy;p
      i bez małża;p
      i w Krakowie;p
      i nie jestem blogerką;p

      Usuń
    3. Ty? Nie blogerką? A od kiedy niby że? ;)

      Usuń
  5. Oj nie wiem kiedy nam uda się gdzieś wyjść, nawet do kina. Bo zostawić dziadkom naszą trójkę to jest wyzwanie dla nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Ciebie to rzeczywiście wyższa szkoła jazdy ;)

      Usuń
  6. U nas babcie mieszkają blisko ale żadna jakoś nie wpadnie na to, żeby nam 'dać wolny wieczór'. Po tym,jak na nas patrzyły, jak taki jeden sobie wzięliśmy, podrzucając im Małego - czekamy z imprezowaniem do osiemnastki Młodego. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? Mnie się zawsze wydawało, ze babcie to by się pozabijały oto która teraz zajmuje się dzieciem...
      A wy skrupuły precz i wykorzystywać ;)

      Usuń
  7. My poszaleliśmy towarzysko w przerwie między chorobami. Teraz znowu kisimy się w domu. Szaaaał...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko. Jak znam i nienawidzę. Łączę się w bólu...

      Usuń
  8. I nam się nie uda w najbliższym czasie nigdzie wyjść, bo z dwójką nikt już nie chce zostać:((( Daejmy sobie jeszcze z dwa lata i potem będzie luzik:) Może choć się na jakiś urlop wybierzemy:) - ach życie pokaże. Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urlop to i z dzieciarnią można uskutecznić, tak myślę :)

      Usuń
    2. no a ja mam taką nadzieję że na urlopie może być wesoło:) Pozdrawiam:)

      Usuń
  9. My na razie jedno dziecię i okazuje się że dość zdrowe…wiec albo zamiennie albo razem z nią prowadzimy życie towarzyskie…moze warto jakąś znajomą opiekunkę na kilka godzin wieczorem ogarnac…bo jak tam ciagle w domu to idzie zwariowac...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opiekunka na wieczór to też jest myśl:)

      Usuń
  10. Zazdroszczę znajomych z dziećmi, czasami myślę, że gdybyśmy takich mieli może wychodzilibysmy częściej? Bez dziadków lipa straszna, odczulismy ostatnio za bardzo robienie 300 km w tę i wewte. Nie ma reguły. Trzeba polubić swój grajdolek:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajomi z dziećmi to taki plus i minus. Bo jak któreś chore to od razu wizyty odpadają, a że zawsze któremuś jakaś paskuda wpada więc częstotliwość wizyt mocno ograniczona.
      A polubienie swoich śmieci to rzeczywiście chyba konieczna konieczność :)

      Usuń