8.4.14


Wytłumaczyć się muszę od razu - nie, to nie przedłużające się świętowanie dwulecia Lulencji powoduje taką tu pustkę ostatnio.
Więcej winy zrzucę na sprawy zawodowe, przez które ostatnio dziecię widuję tylko rano, a gdy wracam wieczorami to mogę tylko ucałować czółko śpiące. Tyle dobrego, że odbijam sobie w weekendy.

Ostatni upłynął pod znakiem podkarpackiej spontanicznej wyprawy do jednej z Lulkowych babć.
Jeszcze niedawno Lucy.es rozpływała się nad urokami małych miasteczek-czy-to-już-wsi.
I ja dołączam do weekendowych piewców małomiasteczkowego slow-life.

Już sama droga pięknie nastroiła, bo przy obowiązkowej przerwie na wiadomo-co wylądowaliśmy w przytrasowej Biedronce, gdzie oprócz pieluch Matka nabyła przecenione układanki dla dziecia.
Ojciec oczami wywracał, że co? że znowu? że dopiero Lulka urodziny miała. Ale kto powiedział, że wszystko od razu oddam do jej dyspozycji. (Twarda byłam, nie oddałam, nie wszystko ;). Ale czemu w mojej wielkiej Biedronie nie ma stoiska z promocjami powyprzedażowymi, no czemu?

Przy okazji jednego z nabytków (puzzle Carotina. Wybaczcie brak zdjęcia, ale wujek Google mało pomocny w tym względzie) zaliczamy kolejny etap edukacji o życiu w rodzinie. Lulencja już wie, że dzidziuś najpierw mieszka w brzuchu mamy. Dlaczego etap kolejny? Bo pierwszy już dawno, dawno temu mamy za sobą za sprawą poczciwego Krecika

Sobotnie spacery, wypad do lasu, gdzie największą frajdę sprawiało uciekanie i powrót sprintem w łapska Matki oraz najzwyklejsze w świecie echo - moje dziecię jako urodzona Huciara lasów ma jak na lekarstwo.

Mimo nocnych pobudek i rodzice spokoju zaznali. Ba! nawet zdziwienie przyszło, gdy się okazało, że komputer włączony został raptem dwa razy - po to, by sprawdzić repertuar małomiasteczkowego kina oraz możliwość zamówienia pizzy na wynos - znów wielkomiejskie zachcianki. Nie mówiąc już o machnięciu ręką na wszelkie pracowe zobowiązania.

Dobry taki weekend. Bez myślenia. Z opcją odmóżdżenia włączoną na full - bo inaczej nie można nazwać nadrabiania kilkumiesięcznych zaległości "Życia na szczycie", "Dobrych porad" czy innych Oliwioklaudii. A gdy Babcia załączyła bardziej ambitny repertuar w postaci filmu z Robertem Redfordem to Matka bezczelnie zasnęła budząc się po napisach końcowych.

I jedna jeszcze rzecz - te przepyszne drożdżówki z serem z małej piekarni, do której za małego przy każdym wypadzie na Rynek zahaczyłyśmy obżerając się bezwstydnie za powrotem, obsypane od pasa w górę śmiertelną dawką cukru pudru. Iście Proustowskie doznanie, bo drożdżówki smaku nie zmieniły o jotę. Od dwudziestu lat. 

Takie rzeczy tylko w małych miasteczkach.

13 komentarzy:

  1. ja lubię urok swojej wsi....:)
    jeździmy na działkę po to żeby odpocząć i odetchnąć:)
    i właśnie to slow i slow...nie muszę, nie biegnę, nie gonię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Działka. To jest to! Czemu ja taka głupia byłam i za młodu działki,zrywaniamalin z krzaka nie cierpiałam?

      Usuń
    2. też tak miałam;p ale chyba doroslam;p
      tylko chyba;p

      Usuń
    3. Umówmy się, że do tego dorosłaś ;)

      Usuń
  2. Ja mieszkam na wsi, ale jakoś ciągle fast. Chyba za blisko miasta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to chyba działa tylko gdy na chwil parę się wpada.Niestety ;)

      Usuń
  3. Też uciekamy do babci czasami, na wieś. Już sie świąt nie mogę doczekać, dobry pretekst:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak mi brakuje takiego małomiasteczkowego życia. W liceum i na studiach zawsze na weekend uciekałam to do siebie, to do narzeczonego. A teraz wchłonęło nas miastowe życie. Mam nadzieję, że za trochę się to zmieni;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak naprawdę uwielbiam krakowskie życie. A Wy macie rodzinę w małych miasteczkach? Czy planujecie przeprowadzkę?;)

      Usuń
    2. Teraz w małym miasteczku został tylko mój tata, czasem do niego jeździmy i w małym miasteczku pracujemy, ale żeby zaznać takiego życia, to nie powiedziałabym. A my planujemy z miasta uciec pod miasto. Takie dwa w jednym, niby spokój i cisza, ale do miasta blisko;)

      Usuń
    3. To rzeczywiście jedno z fajniejszych rozwiązań. Pod warunkiem, ze ewentualne dojazdy Was nie dobiją. Czego oczywiście nie życzę :)

      Usuń
    4. Prawie 5 lat dojeżdżamy z mężem (ja chwilowo z racji macierzyńskiego nie dojeżdżam) 50 km do pracy więc dojazdy nam nie straszne;)

      Usuń