30.5.14



Bycie matką pracującą a do tego ciężarną powoduje, że wiele nowych spraw ujawnia się twoim myślom, jaśniejsze światło rzucane jest na dotychczasowe przystosowania i pod innym kątem widzisz realia obowiązujące w lokalnej i tej szerszej społeczności. Pierdu-śmierdu, matka bredzi. Ale przyznać trzeba, że wykiełkowały w głowie pewne idee mogące pogodzić interesy pracodawców oraz pracowniczek wspierających przyrost naturalny naszego cudnego kraju.

28.5.14

Podążając za radą Mamaronii w ramach sfokusowania na Lulce, post z nią w roli głównej. 
Sprawa pierwsza. Czeka nas w przyszłości pewnie spora przeprawa z pojawieniem się rodzeństwa, co może skutkować ambiwalentnym stosunkiem do tegoż rodzeństwa tudzież do matki. Sprawa wygląda na wiele poważniejszą niż pierwszy rzut myśli mógłby sugerować.
Czy dziecię coś przeczuwa czy szósty zmysł posiada? Cholera wie, albowiem w jednej minucie biegnie, przytula się, całuje mnie soczyście, by następnie zaserwować takie oto perełki.

Piękna okazja. Dzień Matki. Dziecię wybiega ze żłoba z szerokim uśmiechem dzierżąc laurkę. Pędzi do ojca. Ciocia żłobkowa: "Nie, Luleczko, to dla mamy". Konsternacja, zasępienie. Aaa, dla mamy.

Sytuacja druga. W samochodzie. 
"Lubię tatę. Lubię babcię. Lubię dziadzia. Lubię wiatrak i robot. Lubię w piaskownicy. Lubię ciocię. Wujka nie lubię. Lubię płatki z mlekiem. Lubię parówki". "A mamę lubisz?". "Nie." 

Sytuacja trzecia - notoryczna. 
"Luleczko, a z kim się idziesz dzisiaj kąpać?" "Z tatą idę". 
Po kąpieli: "Luleczko, chodź mama Cię dzisiaj położy, poczytamy coś przed snem.". "Nie, tata z Lulką. Mama idź! Do salonu!". Bek. 

Nasz związek nosi mocne znamiona: to skomplikowane. 

>>><<<

Dodatkowo Matka duma mocno nad Lulkowym zachowaniem, bo zbójowanie w żłobie końca nie ma. Nie wykazuje również dziewczę zamiłowań typowo standardowych rozpoznając pojazdy od koparki na cysternie kończąc a gardząc lalko-przytulankami. Tym akurat nie martwię się zbyt mocno, ale są momenty, gdy marzy mi się słodka, cudowna rozmarzona dziewczynka z kucykami, do których (znów!) Lulka pała nienawiścią organiczną. 

Popołudnie. Deszczyk wiosenno-letni siąpi. 
Mając okno na wschód Matka wyczekuje pojawienia się tęczy. 
"Lulka, chcesz zobaczyć tęczę?" 
"Tak!" 
"To chodź ze mną na balkon." 
"Na balkon, tak!" 
"Lulka widzisz tęczę? To tam nad słupem, taki kolorowy łuk, popatrz ile kolorów, zielony, żólty, czerwony, widzisz?" 
"Tak. Kopara!!" 
"Kotuś, tak, jest też kopara. Ale popatrz jaka cudna tęcza, jak wyraźnie ją widać. Tęcza zawsze pojawia się, gdy pada deszcz, a zaraz potem zaświeci słońce. Jest taka przypowieść...." 
"Mama! Gdzie jest auto Lulki? Tam widać koparę, widzisz mamo!" 
A idź Ty.... 

26.5.14

Dzisiejszy wpis sponsoruje nieoceniona, fantastyczna Mamaronia, której poczucie humoru i absurdu jest mi mocno bliskie. Nie znamy się osobiście, ino tylko z blogów, ale jej codzienne przepisy na śniadania powodują, że kanapki z serem płoną ze wstydu, a historie z przydatkami w tle całkowicie rozbrajają. A po moim coming oucie przyszłego podwójnego macierzyństwa ta kobita sporządziła dla mnie podręcznik, przewodni, złote rady dla recydywistki. Zobaczyłam, przeczytałam i wiem - to nie może się zmarnować w mojej skrzynce. Więc Panie i Panowie, przyszli, przeszli i obecni recydywiści - czytajcie!

25.5.14

Matka planuje kolejną metamorfozę. Z Matki Debiutującej w Matkę Znikającą.

Kolejny raz powinnam chyba napisać czemu mnie/nas nie ma  i co z tego wynika.
Wynika niestety niewiele, może oprócz tego, że czas się kurczy, choć może bardziej kurczy się chęć przebywania przed komputerem skoro:
a) w pracy 8 godzin coraz częściej stanowi granicę wytrzymałości dla mojej głowy i oczu;
b) pogoda popołudniami tak cudna, że trzeba przecież z dzieciem na plac zabaw mykać;
c) samopoczucie wieczorami mocno senne i większą wartością staje się przeczytanie trzech kolejnych stron dziennika Leopolda Tyrmanda niż frustracja, że znowu tysiąc pięćset sto dziewięćset Waszych cudnych postów.

Weekendujemy się u babci, co polega to na: o szóstej wstawaniu, rannym placozabawowaniu, truskawkowaniu, koktajlowaniu, z dzieciem drzemek przesypianiu, lasowaniu (czyli w lesie lansowaniu), durnych gazet przeglądaniu i o dwudziestej drugiej spokojnym zasypianiu.

I już wiem, co to "Zośka Podpadośka". Przyznam się, wołałam wujka Google'a o pomoc oraz ciocię Wikipedię. A odpowiedź jest najprostsza - wariacja Lulkowa na temat nazwiska dziewczynki.

Jest jeszcze jedyny czynnik ograniczający moją blogową aktywność. Skleroza ciążowa, która najwidoczniej postanowiła uwidocznić się już na tak wczesnym etapie. Obiecuję, ze zacznę nosić na szyi notatnik z pisakiem, coby od razu zapisywać cudowne pomysły. Bo wystarczy minuta, Lulki krzyk, czyjaś rozmowa i fruuuuu....... poleciało. Czas zaprzyjaźnić się z lecytyną.

Słowa te kończę dla wszystkich Matek życzeniami (tak, wiem, to jutro, ale czyż świętować nie można i dzisiaj?). Tak więc mateczki drogie:
zdrowych dzieci, przespanych nocy, pobudek o dogodnej porze, braku wojen piaskownicowych, świetnych promocji zakupowych i tatuśków mówiących " Śpij, kotku, ja wstanę do dziecka". Nie tylko od święta.

20.5.14


W każdym kącie widzisz kanty.
Każde potknięcie to kolejny zawał.
Piaskownicowa łopatka w w Twych oczach to narzędzie zła i szatana.
Pytasz "Czy boli?", sprawdzasz czy się nie rusza.

Klniesz na płytki, dywanów żądasz, wszelkie przedmioty z podłogi zbierasz i myśl o obiciu poduszkami wszelkich kątów prostych w domu obca ci nie jest. A wszystko z nadzieją przetrwania kolejnych lat czterech.

I nic to, że dziecko pierze się z innymi w żłobku. Nic to, że bawi się w Stocha bez telemarku. Nic to, że stół gryzie dodłubując widelcem. Matce tylko w głowie: "Zębie, zębie, masz wytrzymać w całości, bo jak inaczej, olaboga, co wtedy?" 

Dziś prawie powtórka z niedzielnej rozrywki, Matka w bek i na dziecko krzyczeć, by potem przytulić. I nie wmawiać mi tu hormonalnych przewrotów. Oficjalnie trzeba stwierdzić: Matka, nie jest z tobą dobrze.

18.5.14


Niedzielne przedpołudnie.
Ojciec z dzieciem w kościele. Matka zasiada do kompa. Myśli, że czas nowego posta naskrobać, bo posucha ostatnio. Siedzi, kmini, duma. No, kurczę, nic się nie dzieje. Nuda Panie!

15.5.14


Pamiętacie jak Was kiedyś kiedyś prosiłam o kciuki długodystansowe?
Więc w dalszym ciągu proszę, na dystans już znany. 
Koniec grudnia. Żeby wszystko było w porządku.

Wszystkie znaki na niebie (stąd tak leje ;) i od dochtóra wskazują bowiem, że Matka Debiutująca w grudniu, a biorąc pod uwagę wcześniejsze lenistwo Lulencji, to pewne i po Nowym Roku debiutować będzie ponownie.

A jakie były symptomy?

Żadne tam testy ino nerw, spanie, nerw, spanie i mega zasmarkanie. Typowe, prawda? ;)

Obiecuję:
brak relacji z bitew mdłościowych, przebiegu kolejnych wizyt lekarskich (chyba, że trafię na jakieś "cudeńka" ;) czy widoku mego brzucha;
- darowanie Wam "fasolek, dzidziolinek i motylków w brzusiu"
- walkę o zachowanie ścisłego umysłu do końca.

I jeśli naruszę któryś punkt to poproszę o przywołanie do pionu.

A tak na koniec, zupełnie z innej beczki, bo bądź nie bądź dawno nie było tu Lulencji. Oto przykład żelaznej logiki w jej wykonaniu.
"Ślimaka z parówki nie. Parówka ze ślimaka tak". Ktoś podyskutuje? ;)

1.5.14


Wysoki Sądzie, 

Absolutnie przyznaję się do zarzucanego czynu wykorzystywania pracy nieletniej.