22.7.14

Była sobie pewna noc. 
Dziecię budzi się nie wiedząc co chce, jeno z całą pewnością chce tatusia, teraz-natychmiast. Ląduje u starych w wyrze, bo tak łatwiej. Kręci się i wierci, ma to przecia po matce. Matka charczy, że duszna ta noc, ale nikt nie słucha. Ciało oddycha, ale częściej dyszy. Odrzuca koc, klnie na błogosławiony stan, co jej termoregulację popsuł. Nie śpi godzinę, nie śpi drugą, rozważa nocleg na pobliskim balkonie. I pewnie by poszła, gdyby nie organiczny lęk przed dzikim pajęczym lokatorem.

Potem nastał pewien dzień.
Dzień dniem jak każdy - szybki poranek, jeszcze szybsza praca, zakupy, obiad, a w międzyczasie każde inne sprawy. Upał popołudniowy życia nie daje. Okna otwarte, więc wieje,  lecz oddechu ciągle brak. W końcu sprzątnąć trzeba, uprać co należy, co wymaga częstych wizyt w łazience. Wchodzi matka raz, wchodzi drugi. I słyszy wciąż piecyk, choć nikt garów nie myje, zwłok swych też nie ablutuje. Nagle: ding, ding - brzęknie matce w mózgu. Dotknie kaloryfera. Zerknie na mały wyświetlacz.
"Kto podkręcił piecyk na 30 stopni?"
"Lula!"

21.7.14

Jak już bywszy oznajmiałam dziecię od niedawna ochoczo uczęszcza do starszaków. Zdarza się, że co jakiś czas zaskakuje nowe ciocie - a to tym, że samodzielnie je, chodzi spać, czy układa układanki. Dzisiaj na ten przykład rodzice pękając z dumy wysłuchiwali, jak to Lulencja sporo wiedziała i znała odpowiedź na zadawane w zabawie pytania, co podobno budziło miłe zdziwienie cioć. Matka jednak w duchu żywiła nadzieję, że ta cudna i pozytywna opinia nie zostanie szybko zakłócona przez jakże elokwentne i mocno logiczne rozmowy, jakie odbywają się z inicjatywy Lulencji w domowych pieleszach. 

***
M: "Julka, pamiętasz jak się śpiewa piosenkę o słoniach?"
L: "Ee, coś tam coś tam".
Wysoka odziedziczalność matczynej kreatywności tekstowej.

***
M: "Julka, kto wylał ten budyń na stół".
L: "Mama!"
Głupie pytanie adekwatna odpowiedź.

***
Lulka uwielbia odcinek Miśka Uszatka o zaczarowanych bucikach, gdzie w skrócie: lale się dąsały i miały zły humor. Siedzi sobie więc Lulencja, klocki układa, coś tam mruczy pod nosem; nagle wykrzykuje:
L: "Humor!"
M: "Kto ma zły humor?"
L: "Mamusia!"
.....To nie ja, to ciąża.....

***
A na koniec powód wstydu mego największego, czyli umiłowanie tematów konsumcpyjno-wydalniczych:
M: "Julka, co chcesz na kolację?"
L: "Pieluchę z marchewki!"
Pycha!

***
"Julka jadła kupę!"
"Co??? Jadłaś kupę?"
"Tak! Na talerzyku! W żłobku!"
"Jak to? W żłobku? To na pewno była kupa?"
"Tak. Taka malutka!"

I jak tu trzymać żłobkowy fason? ;)

17.7.14


"Luluś, wstawaj już, musimy iść do starszaków".
"Jula spać chce".
"Dobrze kochanie, jeszcze dwie minutki, a potem wstajemy".

14.7.14

Och! jak kocham się nad sobą użalać. Dbać o odpowiednie poduszki nawilżenie. Walnąć fochem i plecy pokazać do świata. Skrobać ziemniaki z szewcem na ustach. Praca za trudna, za długa i wszędzie jak w saunie. Chłopa za mało i pająka nie utłukł. Dziecię zbyt głośne, komar upierdliwy a ceny jak zwykle tylko idą w górę. Codzienne zmęczenie. Letni upał. Ciężarne rozterki. Archetyp narodu smutasów.

"Kocham Cię córciu!"
"Kocham Cię mamusiu! Kocham mamę smutną".

Stop. Kop w tył. Argument, by zmienić tę gębę. 
Uśmiechać się, śmiać częściej, najlepiej wraz z córką. O! i dzieciu na złość zrobię za te gryzy i drapy. Jak? Zrzucę smętną maskę, założę kapelusz, pozwolę zakopać swe nogi po raz setny w piasku. Nie będzie już smutnej matki do kochania. Będzie nowszy model - o szerszym wyszczerzu, liczniejszych zmarszczkach i głupszych pomysłach.

A jaki jest Twój powód, by wyrzucić smutasa?

8.7.14

Wspólne gotowanie ma być cudownym sposobem na spędzenie czasu, pobycie ze sobą, zbliżenie do siebie. Bo przecia nic tak nie łączy jak wspólne krojenie, mieszanie, doprawianie, a na końcu konsumowanie.
Ojcu i Matce zamarzyły się pierogi. Nigdy nie robili, ale na naukę nigdy nie jest za późno, więc po poczynieniu odpowiednich zakupów, odebraniu dziecięcia z przybytku i spożyciu lekkiego obiadu ochoczo zabrali się do roboty.

6.7.14

Przychodzi rano tuż po przebudzeniu. Uśmiechnięta, wdrapuje się na łóżko, podchodzi i z całej siły, ciągle z uśmiechem ciągnie za włosy.

Spacer, obiecane bańki mydlane, plac zabaw, niedzielne przedpołudnie. Zgodnie z umową wracamy do domu, bo zaraz drugie śniadanie i kościół z Tatą. Ucieka, ściąga buty, idzie na bosaka. Podchodzi z tymi butami w ręce, chce dać założyć, nim się schylę ucieka ponownie. Pokłada się na klatce, choć nie krzyczę tylko czekam i powtarzam do znudzenia, że tata, że drugie śniadanie, że kościół. Liczę do trzech mówiąc, że jak nie przyjdzie to wezmę na ręce i zaniosę sama. Doliczam, biorę na ręce, obrywam w twarz, stawiam na ziemi. Znowu ucieka. W koło Macieju, aż da się przenieść choćby te 100 metrów.

4.7.14

Najtrudniejszy moment dnia? Zdecydowanie poranki. Matce ze skowronkami mocno nie po linii, więc nadzieją wieczną jest spokojnie sobie pospać. Jak wiadomo przy dzieciórze i pracy zarobkowej jest to słabo wykonalne, gdyż albo trzeba samemu się zwlekać by na ósmą zdążyć, albo gdy już weekend nastanie Lulka skutecznie przejmuje rolę budzika.

3.7.14

Wiecie, bom się chwaliła nieraz, że w dziecięce wstąpiła paskuda typowa dla wieku dwuletniego, która objawia się zwiększonymi predyspozycjami odwalania maniany, szargania rodziców nadpsutych nerwów i rujnowania bardzo kruchego stanu zwanego domowym ładem i porządkiem.