6.7.14

Przychodzi rano tuż po przebudzeniu. Uśmiechnięta, wdrapuje się na łóżko, podchodzi i z całej siły, ciągle z uśmiechem ciągnie za włosy.

Spacer, obiecane bańki mydlane, plac zabaw, niedzielne przedpołudnie. Zgodnie z umową wracamy do domu, bo zaraz drugie śniadanie i kościół z Tatą. Ucieka, ściąga buty, idzie na bosaka. Podchodzi z tymi butami w ręce, chce dać założyć, nim się schylę ucieka ponownie. Pokłada się na klatce, choć nie krzyczę tylko czekam i powtarzam do znudzenia, że tata, że drugie śniadanie, że kościół. Liczę do trzech mówiąc, że jak nie przyjdzie to wezmę na ręce i zaniosę sama. Doliczam, biorę na ręce, obrywam w twarz, stawiam na ziemi. Znowu ucieka. W koło Macieju, aż da się przenieść choćby te 100 metrów.

Dochodzimy do domu, nie chce wysiąść z windy, winda z nami w górę, w dół. Wychodzimy na piętro. Podbiega do mnie i bez słowa ciągnie za włosy, drapie i śmieje się. Mówię, że boli. Proszę "Przestań!". Siłą odrywam palce. Ucieka. Uciekam ja - do łazienki. Beczę. Pouczona przez tatę przychodzi, przeprasza, przytula. A ja buzuję.

Jestem rodzicem. Nerwy winnam trzymać na postronku. To ja powinnam zachować spokój, uczyć ją jak ten spokój osiągnąć. Nie mogę nie dać jej za chwilę jabłka, bo nie mam ochoty. Nie mogę nie wziąć od niej tego śmietka z podłogi. Nie mogę odwrócić się na pięcie na dobre i powiedzieć: "Mam Cię dość, dzisiaj się już z Tobą nie bawię".  Nie mogę gniewać się, bo w imię czego? Własnego focha? Mówię, że jest mi smutno, że mnie głowa boli, że tak nie wolno - w myślach błagam, że w końcu zrozumie.

Budzi się sprzeciw. Bo jak to? Codziennie mówię, że kocham; nie biję, choć tak pewnie byłoby najłatwiej; akceptuję jej wybory, poświęcam czas, a w zamian dostaję to? Dorosłemu mogę rzec: "Jeszcze raz tak się zachowasz to nie chcę mieć z Tobą nic do czynienia" i konsekwentnie zerwać kontakty. A z dzieckiem? Czasem chciałabym nie musieć być tą mądrzejszą i bardziej opanowaną z nas dwojga.

Ogarniam się. Ocieram łzy, przyjmuję niezdarne przeprosiny, kroję jej to pieprzone jabłko i po raz tysięczny mówię, że ją kocham. Co mogę więcej?

10 komentarzy:

  1. Ech jak to czytałam to najpierw się uśmiechałam, a potem czułam jak sama się denerwuję. Bo kurcze jak to tak? Rodzicielstwo to czasami cholernie niewdzięczna robota, ale na pewno z czasem będzie lepiej:)
    Trzymaj się dzielnie kochana, a jak chcesz uciec to zapraszam na weekend do Warszawy:) Albo chociaż na sobotę:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem w 100% i myślę dokładnie to samo. Tez chcialabym byc czasem ta mniej opanowana. Albo chociaz mieć kącik w którym powiem, ze to czy tamto i siamto. Czasem samo tłumaczenie potrafi wyssać ze mnie cala energie jaka mam, a gdzie cos poza tłumaczeniem? Rodzicielstwo to kawal cholernie ciężkiej roboty, tyle ze przy tym cholernie satysfakcjonującej:) wpadaj do Wawy jak Fanaberia prawi, toć przygarniem i ukryjem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach kusicie tą Warszawą. A zostawię chłopa tak na pastwę paskudy? No nie zostawię ;)

      Usuń
    2. Jeden dzień czy nawet szaleńcze dwa na pewno przeżyje:)

      Usuń
  3. Ach wiem, rozumiem Cię doskonale. Myslę, że możesz spróbować tłumaczyć, zę bić nie wolno, ze będzie za to kara. I spróbować dać tą karę. U nas sprawdzał się karny jeżyk. Chłopcy też bili po twarzy. Myślę, zę to taki wiek też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłumaczymy cały czas, ale jak grochem. Mam nadzieję, ze tydzień dwa, pięć to jednak przejdzie jako właśnie element "tego wieku".

      Usuń
  4. jak ja Cię dobrze rozumiem..
    Staram się, dopytuję, sprawdzam czy wszystko dobrze, pozwalam na wiele, a w zamian dostaję awanturę o to, że jabłko było obrane, a ona chciała ze skórką.
    Mam takie chwile, że wysłałabym to dziecko moje najukochańsze w kosmos. Zamiast tego odwracam się, pakuję na twarz uśmiech nr milion pińcet i mówię, że w takim razie to jabłko zjem ja, a ona dostanie nowe nieobrane..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiech nr milion pińcet, czasem i na niego brak sił.

      Usuń
  5. Fifi ma dopiero 14 miesięcy, a ja już mam wrażenie, że przechodzimy coś na kształt wstępu do buntu dwulatka. On jest zwyczajnie złośliwy. A do tego w ogóle na mnie nie zwraca uwagi, jakbym wcale nie była mu potrzebna. Zawsze mnie wyminie i pędzi np. do taty. Ale niech mi się nie wydaje, że mogę się zająć czymś swoim. Jak tylko się położę, to zaraz dostanę z placka w twarz albo mnie uszczypie, a jak zamknę się w łazience mam murowane ryczane koncerty pod drzwiami. Ręce mi już opadają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to to to! Ja coś czuję, że mała jakoś podskórnie wyczuwa że niedługo sporo się zmieni. Jakimś siódmym zmysłem czy ki piernik?

      Usuń