30.9.14

Nie ma się co oszukiwać. Matka z założenia nie rozsiewa wokół siebie atmosfery różu jednorożców rzygających wielobarwną tęczą, ale ostatnie werbalne supozycje pierworodnej spędzają mi sen z powiek. (Ok, nie spędzają, sypiam jak niedźwiedź w zimie, ale dramaturgii nigdy za wiele).

Jak wiadomo ostatnimi czasy, znaczy wakacjami, sporo lataliśmy. Wszystko byłoby pięknie ładnie, gdyby nie pewien szczegół, o którym jeszcze nie wspominałam. Za każdym razem przy starcie i lądowaniu padały złowrogie dwa słowa: "Będzie bam!". Nie powiem, za pierwszym razem, groza, ciary i niepewny wzrok na dziecięcie skierowany. Jakeśmy przeżyli raz to przy kolejnych takich akcjach rozglądaliśmy się tylko wokół czy inni pasażerowie nie słyszą, bo średnio się uśmiechało tłumaczenie: "Ech, to tylko taki żart, wiecie jakie są dwulatki".

Myślało się, że to taki wyskok samolotowym nerwem spowodowany, gdyby nie profetyzm kolejny, tym razem lądowy. "Mamo, nie jedziemy za samochodem". "Kotuś, a dlaczego nie?". "Będzie kolizja". I masz matko i ojcze placek. Tłumaczymy najcierpliwiej jak się da, że kolizji nie będzie, że obecność innego pojazdu przed nami nie oznacza automatycznie stłuczki, ale stojąc pól godziny w korku ZA SAMOCHODEM mając autentycznie zatroskaną Lulkę obok trafia mnie niewielki szlag.

I jeszcze sytuacja na pograniczu masochizmu czyli "Mamo, jedźmy do szpitala" (mamy takowy po drodze ze żłoba, z którego usług, co istotne, nigdy nie korzystaliśmy. Ba! dzieć nasz nigdy w szpitalu nie przebywał, tfu, tfu!). "Nie kotuś, nie jedziemy do szpitala. Jesteśmy zdrowi, a do szpitala jeżdżą ludzie chorzy". "Mamo, boli mnie, jak chcę do szpitala" i aktorsko wdzięczny ryk. Ręce, cycki i brzuch opadają. I tak codziennie.

Ja rozumiem, że dwulatki mało kto rozumie, ale osobie, która potrafi mi jak krowie na rowie wyłuszczyć, co autorka ma w głowie tudzież na myśli z miejsca oddam roczną dostawę niezbędnego codziennego pączka. I nawet kawą podleję. A co!

24.9.14


Jest taki moment, gdy bez oporów staję na usługach najmniejszej siły w naszej trójcy i pół. Na swych sflaczałych barkach opierając o bęca będę tachać: koc, poduszkę, Gromita/RudąLalę/MisiaOdDziadzia (niepotrzebne skreślić tudzież wszystkie naraz) oraz trzy książeczki wybitnie nieprzypadkowe. Zapakuję do wyra własnego dopychając właścicielką. Zrobię kanapkę z dżemem, gdy najmniejsza siła oznajmi, że głodna jest i dżem, jedynie dżem jest w stanie ukoić jej smutki. I by nie denerwować zębów szczotkowanie pominę. Znów zrobię jej mleko, pozwolę  je wylać i z uśmiechem opowiem o wszystkim co chce: o Babasłoniu, CiociaGosiaJeżu i o dźwigu co dźwigał, o pralce co pierze, o bębenku co gra. Plus zapewnię, że Mikołaj już niedługo przybędzie. Będę wisieć na skraju, będę trzymać za rękę lub "mama, nie trzymaj, nie głaskaj!" Przykryję, odkryję, dam skarpetki lub ściągnę. Będę śpiewać, nucić, nie ochrypnę, tym razem się uda. Będę kląć cicho na świerszcze, pociągi, mrugającą latarnię. Zrobię wszystko, by skrócić jej płacze, usłyszeć kochane sapanie i jak najszybciej  z powrotem rzucić się pod kołdrę. Jestem niezależną niewolnicą nocnego spokoju.

18.9.14

Miałam ci ja piękny plan. 



Cieszyłam się niezmiernie, że przymusowy pobyt w domu z powodu choróbska zaowocuje chociażby jedną dobrą sprawą. Tak się bowiem złożyło, że nasz dzieć mimo pewnej sympatii do nocnika podobną darzył również pieluchy. Jednocześnie z powodu korzystnej pogody i stałej obecności przynajmniej jednego z dorosłych oraz zakupem hurtowej ilości różowiutkich majciorów naturalnie przyszło odstawienie sztucznych dupskootulaczy. Minął sobie tydzień z niewielkimi wpadkami i tysiąckrotnym pytaniem: Lulek, idziemy na nocnik? W szaleństwie matczynym decyzja podjęta – pobyt w żłobie na ryzykanta. Zapakowane trzy zmiany wdzianek, profilaktyczna skleroza co do zabrania pieluszkowni, jedziem. Wyobraźcie sobie mą radość, odebrawszy dziecię swe z informacją, że dała radę, wszystko suchusieńkie, serce roście, duma matki +1000. C

Dnia następnego w trakcie wędrówki po dziecia komponowałam już posta pod roboczym tytułem "Jak bez stresu odpieluchować potomka?" Co wy wszystkie tak marudzicie na odpieluchowanie. Wystarczy odpowiednie podejście, dobry moment, aż dziecko samo dojrzeje i uda się trzask-prask w kilka dni zaledwie. Przychodzę, wita mnie jakieś bose niebożę w zdecydowanie innym niż rano wdzianku. Słów specjalnych z ciocią nawet nie wymieniam, gdyż na do widzenia dostaję przesyłkę, w której palmę pierwszeństwa dzierży para zamoczonych kapciorów. Pierwsza moja myśl: Czy ja na jutro mam dla niej kapcie? Wracamy więc do domu, matka dyćkę zaskoczona, dziecię roześmiane, idziem do sklepu, potem do domu, czekamy na windę (bo pannica tylko windy uznaje, mimo pierwszego piętra) i nagle chlust! Z braku laku dwie paczki chusteczek na wytarcie poszły, matka szeptem formułuje okrągłe przekleństwa: na windę, na Lulkę, na własną głupotę. Któż to widział nie nosić w torebce ręczników? Ale spokój nas tylko może uratować. Jednorazowa sprawa, damy sobie radę.

Przychodzi dzień kolejny tzn. dzisiejszy. Z pewnym takim niepokojem wkraczamy po południu w pielesze żłobkowe. I przeczucie nie myliło - na drzwiczkach wiszą trzy pełne woreczki, a w jednym z nich - o zgrozo! - ponownie kapciury. Pełna załamka, lecz ciocia pociesza: "Tak łatwo pola nie oddamy!". Potem w domu - dwie wpadki, na wybiegu kolejna i powoli dociera, że zgodnie z postępem jutro zapewne tak dobrze nie będzie. Pakuję więc pięć zmian ubrań, piorę co się da i mocno zarzekam. Nigdy, nigdy więcej nie będę się cieszyć jednorazowym sukcesem, bo ta przekorna łajza rzeczywistość zleje mnie za to ciepłym żółtym moczem.

15.9.14

Znajomość języków obcych, a zwłaszcza języka angielskiego, jest niezbędna do sprawnego funkcjonowania we współczesnym świecie. Banał nad banały, powiecie, ale to stwierdzenie stało się kołem napędowym jak najwcześniejszego wprowadzania dzieci w ramy edukacji językowej. Jak w przypadku dzieciarni w wieku szkolnym jestem jak najbardziej za, tak w przypadku osobników mocno młodszych wątpliwości narastają. Nie ominęło i mnie dokonywanie wyboru czy umożliwić dziecku korzystanie z dwudziestominutowych zajęć w języku angielskim w żłobku. Starły się dwie opinie: moja i mężowa.

Powiem wprost: nie jestem entuzjastką tak wczesnego wprowadzania języka obcego. Oczywiście rozumiem, że mózg dziecka dwuletniego ma wielkie zdolności poznawcze, a nauka języka obcego może pozytywnie wpływać na jego rozwój – z tym argumentem trudno mi rzeczywiście dyskutować, ale wczesna nauka języka obcego nie jest chyba jedyną drogą. Co więcej wprowadzanie nowego języka w sytuacji, gdy dzieciak dopiero uczy się posługiwania językiem podstawowym wydaje mi się niepotrzebnym mieszaniem w tej jeszcze nie poukładanej głowie. Ktoś powie, że nie chodzi o nabycie konkretnych umiejętności językowych, a raczej na osłuchanie się z językiem, ale znów – czy takie osłuchanie rzeczywiście pomoże w bardziej efektywnej nauce w latach późniejszych? Tu odsyłam do artykułu specjalistki od logopedii, która powołując się na fachowe źródła twierdzi, że: "wczesne rozpoczęcie nauki języka obcego – samo w sobie – nie gwarantuje lepszych wyników, niż późniejsze nauczanie” (Fachman 1975:245-253; Snow 1978: 1114-1128), dlatego prawie wszystkie kraje w Europie wprowadzają obowiązkową naukę języka obcego dopiero w wieku około 6 – 7 lat, (...) nieuczący się w przedszkolu angielskiego uczeń w trzy miesiące dogoni tego, który się uczył „od niemowlaka”.

Zetknęłam się oczywiście z rodzicami zachwalającymi wczesną edukację językową przytaczając pozyskane przez progeniturę konkretne umiejętności: liczenie do dziesięciu czy nazywanie kolorów. Już pomijając sam aspekt chwalenia się dzieckiem obawiam się, że stopień rozumienia i utrwalenia tej wiedzy w wieku lat dwóch jest po prostu mizerny i nieadekwatny do ponoszonych kosztów finansowo-czasowych. Uzyskanie trwałych efektów w tak młodym wieku możliwe jest chyba wyłącznie przy stosowaniu rzeczywistej dwujęzyczności. I znów – nie potrafię uzasadnić racjonalności wprowadzania dwujęzyczności u dziecka, które wychowywane będzie w polskim społeczeństwie, w polskojęzycznym środowisku przez rodziców mówiących po polsku. W takiej sytuacji nigdy nie będzie mowy o dwujęzyczności in spe. Tym bardziej zrozumcie moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się o istnieniu programów promujących dwujęzyczność w Polsce, wspominając choćby dla przykładu Program Powszechnej Dwujęzyczności, do którego włączyła się chociażby TVP ABC: http://www.dwujezycznedzieci.pl/. Tu znów odsyłam do wyżej cytowanego artykułu Głoski.

A wracając do tych nieszczęsnych zajęć w żłobku. Ich wymiar - dwa razy po dwadzieścia minut w tygodniu - nie pozwoli na uzyskanie jakiegokolwiek wymiernego efektu. Gdzie więc sens, gdzie logika zwłaszcza, że dam sobie ręce obie uciąć, iż te same pojęcia: liczby, kolory i inne pierdółki będą ponownie wprowadzane w przedszkolu, a potem w szkole, w której tez przecież obowiązuje nauczanie języka obcego od podstaw. Płacić za to samo dwa razy? Widzę tu niestety idealny lep na  rodziców wystawiony przez wszelkiej maści szkoły językowe czy tego typu programy finansowane w dużej jednak mierze z naszych kieszeni. Chwała im za marketing, do którego mają pełne prawo, ale dlaczego będąc nieprzekonaną czuję nad sobą odium matki-aż-nie-tak-troskliwej?

Niestety przegrałam w tej sprawie z mężem, który widzi tą kwestię w samych superlatywach. Stwierdził, że to żadna szkoda dla dziecka, nie kosztuje aż tak dużo, a zajęcia odbywają się w znanym gronie. Zgodziłam się nie chcąc stawiać sytuacji na ostrzu noża, który i tak ostatnio zbyt ostro kraje. Lecz wewnętrzna niezgoda na wyrzucenie choćby tych paru groszy w błoto i poczucie nabicia w butelkę pozostaje.

12.9.14

Rozpoczął się sezon żłobkowo-chorobowy, więc i Lulencja załapawszy niegroźną w sumie lecz wymagającą izolowania paskudę przesiedziała w domu miniony tydzień. Przesiedziała z rodzicami, którzy gimnastykowali się jak ogarnąć się: po pierwsze pracowo, po drugie marudząco-niezdecydowane zasmarczone dziecię, które codziennie domagało się niemożliwego czyli placu zabaw. Matka chciała więc tydzień zakończyć miłooptymistycznym akcentem, więc temat Lulkoworodzicielskich faworytów okazuje się jak znalazł. Dlaczego nie tylko Lulkowych - wszystko się zaraz pięknie wyjaśni.

Jak powszechnie wiadomo Lulkowi rodzice należą do oszczędnych, by nie powiedzieć zdrowo skąpych, stąd przedstawiane propozycje nie należą do fanaberii (nomen omen Panią Fanaberię w tym miejscu serdecznie pozdrawiam!), a do zakupów przemyślanych i relatywnie portfelołaskawych. Wielu pewnie znane, wielokroć określane mianem klasyki, więc tym bardziej czuję, że hołd im złożyć muszę, choć nie pozbawiony paru kropli dziegciu. Jedziem więc!

1. Kolejka Lillabo prosto z Ikei - zestaw podstawowy, dwudziestoelementowy, zdecydowanie rozwojowy, bo dokumentnie wciągnął całą naszą trójkę. Każdy kolejny wypad do tego sklepu polega na umiejętnym omijaniu punktu wystawienniczego, ale obawiam się, że bronić się przed dalszymi zakupami długo nie będziemy. W końcu niedługo urodziny tatuśka. Zamiłowanie do tejże zabawki skończy się pewne zakupem większego mieszkaniu, bo 47 mk to na kolejkę zdecydowanie za mało.

2. Pisaki-stemple MÅLA również z Ikei - o ich istnieniu dowiedziałam się: a) przez codzienne pieczątki obecne na dłoni Lulencji po wyjściu ze żłobka; b) po dokładnym przeczytaniu listy wyprawkowej, w której panie z żłobka zażyczyły sobie właśnie owych stempelków. Koniec końców ciocie dostały inne, a te przypadły nam. Nie pytajcie mnie, bo nie jestem w stanie pojąć pochodzenia Lulkowego uwielbienia do tych przyborów - stemplowanie może trwać bez końca. Nie wierzcie tylko Ikeowskim zapewnieniom, że dają się zmyć z większości powierzchni - ze ściany łatwozmywalnej za cholerę zleźć nie chcą, więc okolice stołu ozdobione są gustownymi duszkami tudzież innymi łapkami. 

3. Lego Duplo Farm Tractor czyli zootechnik postępowy - Lego jak to Lego, chyba najsłabiej portfelołaskawy spośród niniejszym prezentowanych. Co gorsza tendencja podobnie rozwojowa jak przypadku kolejki. Ale wielbimy, kochamy wyrzucanie gnoju, jak to już pewnie wiadomo. 

4. Żeby nie było, że tylko czas marnotrawimy na zabawie to teraz książka, klasyk gatunku - Wiosna na ulicy Czereśniowej R.S. Berner czyli jak dostać oczopląsu i jeszcze się z tego cieszyć. Wciągnęła dokumentnie wszystkich. Siadamy z nią często-gęsto i śledzimy losy babci-włóczykijki, dziadka z wózkiem, trzech zakonnic folgujących sobie ciachem czy dwóch psotnych kotów. Nocnik, kanapa, samochód - każde miejsce dobre, by choć przez chwilę oddać się szukaniu nieznanego szczegółu. Polecana jako idealny toilet book, bo mocno sprzyja skupieniu. Bonus? Z racji swoich gabarytów w kryzysowych sytuacjach może służyć jako domowa zjeżdżalnia. Sprawdzone!

5. Lovi Kubek 360° Junior czyli na koniec rzecz praktyczna, którą doceni zarówno dzieć (bo się pije jak z dorosłego kubeczka) jak i matka (pierwszy niekapek, który rzeczywiście nie kapie). I czemu się tak długo przed nim broniłam? Myśli matczyne podążają niezbadanymi ścieżkami.

I to tyle na razie. Zakupów lepsiejszych chwilowo nie poczyniliśmy, ale biorąc pod uwagę, że nadciąga recydywa kolejnych poleceń wypatrujcie więc!

9.9.14

Matka i córka. Więź podobno nie do podrobienia. I rzeczywiście coś jest na rzeczy, skoro Lulka bezbłędnie odgaduje nawet to, czego nie śmiem powiedzieć. Gdy wymyśliłam wspólne pieczenie ciasta połączone z zabawą wystarczyło tylko bym pomyślała: "Lulko, tylko nie wywal tej ciapalapy na podłogę", by w następnej nanosekundzie wspomniana ciapalapa wylądowała precyzyjnie na dywaniku o powierzchni 0,03 metra kwadratowego, by łatwiej było sprzątać. Gdy przelotem biegnąc z salonu do łazienki myślisz "Dobrze by było, gdyby nie dojrzała markera pod stołem" wracając z przybytku ujrzysz tylko pomazane krzesło. Komunikacja niewerbalna skuteczna aż za bardzo.

Mimo tego, a może i przez to dogadać się czasem nijak nie możemy, jak dziś. Dzień latających sztućców i ściekających płynów spożywczych. Dzień rozbitej ceramiki, pieczątek na ścianie, rzucanych zabawek. Dzień wydartych włosów, szczypanej łydki i drapanej twarzy. Dzień niejedzenia, dzień nie zabawiania, dzień chcenia tego, czego w tym momencie mieć nie można. Dzień pod znakiem: "Lulka, powiedz o co ci w końcu chodzi?" "Mamo, nie marudź!". 
Wątpię więc w swoje prawdy wychowawcze. Czy już trzeba zacząć karać? Lecz jaka kara za zrzucenie doniczki, a jaka za wylanie kaszy? Czy posprzątanie bałaganu wystarczy, czy jeszcze dołożyć? Czy czas na karny jeżyk, stawianie w kącie, bo pokazywanie konsekwencji ewidentnie nie działa.
Wątpię więc w dobroć dziecięcia swojego wietrząc złośliwość, przekorę i upodobanie matki udręki. Bo przychodzi z uśmiechem dość krzywym i pyta "Mamo, płaczesz jeszcze? Aha!" i biegnie do siebie, by powtórkę urządzić za trzy minuty.

Dzień, który się wlecze, choć starasz się bardzo - bajeczki, farbeczki, książeczki. A przedwczesne przybycie męża i ojca traktujesz jak niespodziewaną szóstkę w totka, choć nawet nie grałaś. I nie pojmujesz jak w nocy tuliła się bardzo i spać chciała wyłącznie tylko z tobą.

A gdy jeszcze sprzedaje wirusową paskudę to cieszysz się, że dzień się jednak bez ofiar zakończył. Kocham Cię Lulko, lecz dzisiaj nie lubię.

7.9.14

Był sobie cudny czas, gdy dziecko idealnie w punkt odpływało w objęcia Morfeusza, cisza zapadała w domu i trwała bez przerw aż do rana. Do wczesnego rana, ale biorąc pod uwagę sumaryczną liczbę godzin ciurkiem przesypianych mało kto miał o to do Lulencji pretensję. Wieczorem wykąpać, nakarmić, położyć, posiedzieć, wyjść z pokoju - cała filozofia. Biorąc pod uwagę, że najczęściej czynił to małżonek tym przyjemniejszą była to czynność. W ciągu dnia też rzadko był problem drzemkowy, gdyż zazwyczaj danie koca i siedzenie przy łóżku zwyczajnie starczało, jeśli tylko wstrzeliło się w odpowiedni czas.

Ostatnimi czasy jednak, przyjmijmy szeroki zakres kilku miesięcy, bo jak wiadomo skleroza ciążowa uleczalna nie jest, usypianie dziecióra staje się udręką. Od czego się zaczęło? Za cholerę nie wiem. Wiem z pewnością, że maczało w tym palce lato (te długie dni!).

Usypianie wieczorne na podłodze, między nogami stało się regułą. O Spartance już zresztą było. Przed tym minimum cztery książeczki, słuchowisko, bajek opowiadanie. Czterdzieści minut, godzina wyjęte z wieczora. Jak zaśnie to nie, nie cieszcie się jeszcze narody. Przychodzi bowiem nocna nieprzewidywalna pora, gdy z pokoju dziecięcego dobiega ryk "Książeczka z małpką! Gromit!" i biegniesz w te pędy szukać po omacku tego i owego. Następnie zabierasz poduszkę, kocyk, wspomnianą książeczkę i Gromita (oraz dziecię oczywiście) i taszczysz do wyra swego, gdzie spanie w literę H odbywa się regularnie. Kij, że matka ma bęca, bęc z wyra zwisać może. Przychodzi ranek, świeży, wypoczęty, ale tylko dla dziecia. Reszta to zombiaki budzone o świcie przez trele Lulencji, której dzień wcześniej do złoba dobudzić za cholerę nie można.

Jeszcze gorzej w dzień. Weekendowo-urlopowy dzień dodam. Jak babcię kocham pójdę w poniedziałek do żłoba i zapytam co robią z mym dzieciem, że po obiadku zasypia w te pędy. O 12.30. W domu przed 16.00 nawet matka nie marz. Choć obiad też wcześnie, choć słania się mocno - ni po prośbie ni po groźbie spać nie chce i koniec. Więc popełniają rodzice błąd za błędem i w razie kryzysu - hop do wóza i spacer uskutecznić musimy.

Czyta matka wszelkie rady, bo niby dwulatek sam zasypiać powinien. I śmieje się, i płacze do siebie po cichu. Zostawianie na wypłakanie nie na moje nerwy. Wziąć na przeczekanie? We trójkę zapewne oszalejemy. A patrząc na zdjęcia dzieciaczków, które w ciągu dnia bez sił padają zwyczajnie złośliwą zazdrość we mnie budzą. Więc żadne tam angielskie, chińskie, rytmiki, karate. Snu-korepetytora nam trzeba na cito od zaraz!

4.9.14

Dzień jak co dzień. Słodka rutyna. Pobudka o szóstej. Śniadanie - nic wykwintnego, w końcu wieczny niedoczas. Wyjazd do żłobka i pracy. "Miłego dnia, kochanie. Baw się dobrze!". Tysiąc spraw, bieganina, a tobie i tak wydaje się, że stos spraw do zrobienia nie maleje. Powrót, odebranie dziecka. Spacer do samochodu.

I nagle zauważasz, że obok ciebie po krawężniku idzie dziewczynka, trzyma cię za rękę, mówi "Mamuś, chodź!", a ty się zastanawiasz, kiedy ona tak wyrosła. Jeszcze rano była małym dzieckiem, które nie potrafi założyć butków, domaga się obecności przy każdej czynności i nie chce sama zasypiać. A po ośmiu godzinach odbierasz dziewczynkę, która wzrostem sięga ci prawie do biodra, potrafi podać imiona starszakowych kolegów, zatrzymuje się przed ulicą i z zapałem rozgląda na lewo i prawo. Wracamy ze spaceru, sama ściąga buty, biegnie do swojego pokoju - "biura" - i znika tam na dobre 15 minut. Wchodzisz i widzisz, że spokojnie rysuje. Czy ktoś podmienił mi dziecko? Czemu nagle wygląda inaczej? I to nawet nie przez kucyki, które związała jej ulubiona ciocia.

Jedziesz więc w korku, ale tak naprawdę myślisz. W końcu zdajesz sobie sprawę, że przez te osiem godzin nic się nie zmieniło. To jest ciągle twoja córa, tak jak była jeszcze rano. Tylko dzisiaj było tym jednym z niewielu dni, gdy mimo woli, mimochodem, niewymuszenie w twej głowie dopełnił się cykl rejestracji zmian. Kolejny etap? Być może. Lecz do dorosłości mamy jeszcze czas - buntownik nieopanowany znów usypia na twych nogach, a dźwiękowa "Calineczka" bez rodzica nie brzmi tak ciekawie.

2.9.14

Półmetek ciąży z okładem zaliczony, co okazało się dobrym momentem na rozpoczęcie akcji: "Lulko, będziesz starszą siostrą". Nie powiem - obawiam się rozwoju sytuacji zwłaszcza biorąc pod uwagę napady agresji Lulkowej skierowane w moim kierunku (jej forma zwrócenia na siebie uwagi?), ale stały się one jednocześnie dodatkowym bodźcem do poinformowania dziecięcia, że w maminym brzuszku mieszka dzidziuś, o którego trzeba dbać, a w żadnym wypadku bić.

Jak zaczęliśmy? Jeszcze na wyjeździe zagramanicznym, gdy Lulencja zażyczyła sobie uwielbianej zabawy w "Jadą, jadą misie" na matczynym brzuchu. Sorry gregory, nie z matką już te numery i żeby nie argumentować "nie, bo nie", to kawa na ławę. Jaka była pierwsza reakcja? Zdziwienie i nader szybka zmiana tematu, bo akurat coś ciekawszego napatoczyło się w Lulkowej głowie.

Lecz od tamtej pory systematycznie oswajamy z tematem. Pytamy: Czy wolałabyś siostrzyczkę albo braciszka? A jakbyś dała na imię? (na razie króluje Baba Jaga dla dziewczynki lub nieokreślone Zibuś dla chłopca). Czy pomożesz nam wybrać wyprawkę dla dzidziusia? Mówimy, że jak będzie chciała to będzie uczyć dzidziusia różnych fajnych rzeczy, zabaw i piosenek. Reakcje są różne. Czasem mówi kategoryczne nie. Częściej jednak pyta, kiedy dzidziuś się pojawi (ostatnio twierdzi, że za cztery tygodnie, oby nie!). Bywają również zabawne sytuacje:

Jesteśmy z wizytą u dawno nie widzianej mamy chrzestnej Lulencji jeszcze nie uświadomionej w sytuacji, a której lada sekunda chciałam oznajmić radosną wieść. Gadka szmatka. Lulka pobiegła z ciocią na balkon. Skradam się podpatrzeć co tam we dwie kombinują i słyszę: "Ja będę miała braciszka albo siostrzyczkę!". Ciotka zdumiona zerka na mnie. Cóż skwitować - przy Lulce tajemnic nie uchowasz :)

Innego razu, całkiem niedawno dziecięcie paradowało po mieszkaniu wystawiając gołe brzuszyszko swe, wskazując nań paluszkiem i z pełnym przekonaniem objaśniając "Ja mam tu dzidziusia". I nie dało się przekonać, że to jednak matka ma.

A od wczoraj opowiadamy, że dzidziuś kopie, co można poczuć kładąc dłoń na brzuchu. Oczywiście jak na złość odmówiło współpracy na zawołanie, więc trzeba było werbalnie tłumaczyć. Na stwierdzenie Lulki: "Dzidziuś kopie w brzuchu łopatką. Tak!" i jej demonstrację tejże czynności wyobraźnia podsunęła mi niezapomniany obraz.

Na razie adaptacja z wieścią o rodzeństwie zachodzi więc pomyślnie, choć wiem, że to tylko początek drogi. Ot, ledwie rozgrzewka. Ale już widzę plus rosnącego brzucha w aspekcie Luleńkowym - tatuś dzielnie przejął stery w wieczornym usypianiu dziecięcia: "Bo mamie ciężko tak siedzieć na podłodze ;)". 

1.9.14

Tak naprawdę to tylko szybki poranny rzut oka na fejsbukową tablice  uświadomił mi wczoraj, że odbył się kolejny Dzień Blogera. Jako, że plany były już wcześniej szczęśliwie precyzyjnie zaaranżowane podpięłam się pod identyfikację jako bloger i dzień ten odpowiednio uświęciłam. W sposób wysoce tradycyjny jak na (matkę) Polkę przystało czyli na łonie wiejskiej natury przy aromacie grillowanej karkówki i ziemniaków oraz świergocie świergolotów. Do pełnej klasyki wypoczynku zabrakło czegoś mocniejszego, ale z oczywistych względów zadowolić się musiałam notorycznie wylewaną przez współgości kawą. Za zdrowie blogerów - niech Wam klawiatura lekką będzie!

Pobyt grillowy zaowocował nabyciem przez Lulencję nowej wiedzy użytecznej. Jak dotąd klockowy pan traktorzysta użytkował traktor swój w celach nie do końca uzasadnionych, sypiał z dobytkiem w jednej zagrodzie, a krowa usilnie domagała się mleka zamiast wody. Od wczoraj jednak jego losy zostały sprowadzone zostały na jedyną słuszną drogę. Dzięki fachowej wiedzy Lulkowej babci przeistoczył się on w kompetentnego pana inżyniera zootechnika sprawnie wywożącego gnój na pobliskie pole ziemniaków. Śmiechu miała matka co niemiara obserwując nad wyraz skupioną Lulencję z zapałem i wystawionym koniuszkiem języka rozrzucającą wyimaginowany nawóz organiczny mikroskopijnymi widłami. Tylko nie daj boziczku zaśmiać się przy dziecku! Z tego wszystkiego spać poszło w ubraniu i oczywiście dobudzić rano się nie dało.

Tak powoli kończymy nasze urlopowe podrygi. Już dzisiaj dziecię dzielnie (mam nadzieję!) zawędrowało do starszaków; ojca nosiło do roboty już od dobrych dni paru, tylko ja przezornie i przekornie zostawiłam sobie 1 września jako dzień jeszcze wolny, podczas którego z wielką pompą i ochotą wyszoruję wszystkie okna. Niech nam wieje, niech nam leje - zasłony ściągnięte, odwrotu nie ma.

A za wszystkie zestresowane, zasmucone, zachlipane, ale ciągle trzymające się w kupie matki i ojców kciukasy zaciśnięte. A dzieciaki? Na pewno sobie poradzą.