18.9.14

Miałam ci ja piękny plan. 



Cieszyłam się niezmiernie, że przymusowy pobyt w domu z powodu choróbska zaowocuje chociażby jedną dobrą sprawą. Tak się bowiem złożyło, że nasz dzieć mimo pewnej sympatii do nocnika podobną darzył również pieluchy. Jednocześnie z powodu korzystnej pogody i stałej obecności przynajmniej jednego z dorosłych oraz zakupem hurtowej ilości różowiutkich majciorów naturalnie przyszło odstawienie sztucznych dupskootulaczy. Minął sobie tydzień z niewielkimi wpadkami i tysiąckrotnym pytaniem: Lulek, idziemy na nocnik? W szaleństwie matczynym decyzja podjęta – pobyt w żłobie na ryzykanta. Zapakowane trzy zmiany wdzianek, profilaktyczna skleroza co do zabrania pieluszkowni, jedziem. Wyobraźcie sobie mą radość, odebrawszy dziecię swe z informacją, że dała radę, wszystko suchusieńkie, serce roście, duma matki +1000. C

Dnia następnego w trakcie wędrówki po dziecia komponowałam już posta pod roboczym tytułem "Jak bez stresu odpieluchować potomka?" Co wy wszystkie tak marudzicie na odpieluchowanie. Wystarczy odpowiednie podejście, dobry moment, aż dziecko samo dojrzeje i uda się trzask-prask w kilka dni zaledwie. Przychodzę, wita mnie jakieś bose niebożę w zdecydowanie innym niż rano wdzianku. Słów specjalnych z ciocią nawet nie wymieniam, gdyż na do widzenia dostaję przesyłkę, w której palmę pierwszeństwa dzierży para zamoczonych kapciorów. Pierwsza moja myśl: Czy ja na jutro mam dla niej kapcie? Wracamy więc do domu, matka dyćkę zaskoczona, dziecię roześmiane, idziem do sklepu, potem do domu, czekamy na windę (bo pannica tylko windy uznaje, mimo pierwszego piętra) i nagle chlust! Z braku laku dwie paczki chusteczek na wytarcie poszły, matka szeptem formułuje okrągłe przekleństwa: na windę, na Lulkę, na własną głupotę. Któż to widział nie nosić w torebce ręczników? Ale spokój nas tylko może uratować. Jednorazowa sprawa, damy sobie radę.

Przychodzi dzień kolejny tzn. dzisiejszy. Z pewnym takim niepokojem wkraczamy po południu w pielesze żłobkowe. I przeczucie nie myliło - na drzwiczkach wiszą trzy pełne woreczki, a w jednym z nich - o zgrozo! - ponownie kapciury. Pełna załamka, lecz ciocia pociesza: "Tak łatwo pola nie oddamy!". Potem w domu - dwie wpadki, na wybiegu kolejna i powoli dociera, że zgodnie z postępem jutro zapewne tak dobrze nie będzie. Pakuję więc pięć zmian ubrań, piorę co się da i mocno zarzekam. Nigdy, nigdy więcej nie będę się cieszyć jednorazowym sukcesem, bo ta przekorna łajza rzeczywistość zleje mnie za to ciepłym żółtym moczem.

12 komentarzy:

  1. U nas kiepsko, na nocnik w ogóle nie chce siąść....więc nawet nie mieliśmy okazji by posłuchać melodyjki. No cóż, trzeba czekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się przyznam, ze melodyjkę po pierwszym dniu zdemontowaliśmy tak nas wkurzała ;) A w jakim wieku masz dziecię?

      Usuń
  2. dupskootulacze brzmią tak fajnie, że żal je porzucać... ale porzućcie! trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale drogie są, śmieciogenne, nieekologiczne, samo zuo!!

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Nie dziękuję, bo dzisiejszy dzień ponownie nie nastraja ;)

      Usuń
  4. W końcu będzie dobrze, musi:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Będzie dobrze! Poza tym stwierdzam, że nie ma co się do tego odpieluchowania spieszyć!
    Przyjemniej jest wywalić pieluchę z zawartością niż myć nocnik :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha. To ja chyba wolę spuścić całą dobroć w toalecie, przynajmniej krócej śmierdzi ;)

      Usuń