7.9.14

Był sobie cudny czas, gdy dziecko idealnie w punkt odpływało w objęcia Morfeusza, cisza zapadała w domu i trwała bez przerw aż do rana. Do wczesnego rana, ale biorąc pod uwagę sumaryczną liczbę godzin ciurkiem przesypianych mało kto miał o to do Lulencji pretensję. Wieczorem wykąpać, nakarmić, położyć, posiedzieć, wyjść z pokoju - cała filozofia. Biorąc pod uwagę, że najczęściej czynił to małżonek tym przyjemniejszą była to czynność. W ciągu dnia też rzadko był problem drzemkowy, gdyż zazwyczaj danie koca i siedzenie przy łóżku zwyczajnie starczało, jeśli tylko wstrzeliło się w odpowiedni czas.

Ostatnimi czasy jednak, przyjmijmy szeroki zakres kilku miesięcy, bo jak wiadomo skleroza ciążowa uleczalna nie jest, usypianie dziecióra staje się udręką. Od czego się zaczęło? Za cholerę nie wiem. Wiem z pewnością, że maczało w tym palce lato (te długie dni!).

Usypianie wieczorne na podłodze, między nogami stało się regułą. O Spartance już zresztą było. Przed tym minimum cztery książeczki, słuchowisko, bajek opowiadanie. Czterdzieści minut, godzina wyjęte z wieczora. Jak zaśnie to nie, nie cieszcie się jeszcze narody. Przychodzi bowiem nocna nieprzewidywalna pora, gdy z pokoju dziecięcego dobiega ryk "Książeczka z małpką! Gromit!" i biegniesz w te pędy szukać po omacku tego i owego. Następnie zabierasz poduszkę, kocyk, wspomnianą książeczkę i Gromita (oraz dziecię oczywiście) i taszczysz do wyra swego, gdzie spanie w literę H odbywa się regularnie. Kij, że matka ma bęca, bęc z wyra zwisać może. Przychodzi ranek, świeży, wypoczęty, ale tylko dla dziecia. Reszta to zombiaki budzone o świcie przez trele Lulencji, której dzień wcześniej do złoba dobudzić za cholerę nie można.

Jeszcze gorzej w dzień. Weekendowo-urlopowy dzień dodam. Jak babcię kocham pójdę w poniedziałek do żłoba i zapytam co robią z mym dzieciem, że po obiadku zasypia w te pędy. O 12.30. W domu przed 16.00 nawet matka nie marz. Choć obiad też wcześnie, choć słania się mocno - ni po prośbie ni po groźbie spać nie chce i koniec. Więc popełniają rodzice błąd za błędem i w razie kryzysu - hop do wóza i spacer uskutecznić musimy.

Czyta matka wszelkie rady, bo niby dwulatek sam zasypiać powinien. I śmieje się, i płacze do siebie po cichu. Zostawianie na wypłakanie nie na moje nerwy. Wziąć na przeczekanie? We trójkę zapewne oszalejemy. A patrząc na zdjęcia dzieciaczków, które w ciągu dnia bez sił padają zwyczajnie złośliwą zazdrość we mnie budzą. Więc żadne tam angielskie, chińskie, rytmiki, karate. Snu-korepetytora nam trzeba na cito od zaraz!

8 komentarzy:

  1. Sen przyjdzie sam chyba. Ja nie znam tego problemu. U Nas tylko senny problem byl, jak dziecię na karmienie sie budziło. Poza tym zazwyczaj i w chorobie spi dobrze. Nie wiem, jak to sie dzieje ale sie dzieje. Może sama uśnij, w końcu dziecko bierze przykład z przykładu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas ostatnio właśnie choroba nie choroba budzi się koło drugiej i wędruje do nas. Pewnie mogłaby od razu z nami zasypiać, ale wtedy nici z czasu dla siebie. Ja zasypiać o 21? Nie ma opcji ;)

      Usuń
  2. Może dajesz nie te obiadki, może jakaś nadprogramowa ilość melisy w przedszkolu....

    Szczerze współczuje, my na etapie braku ciągłego snu w nocy...ech mam nadzieję, że jak wrócę do pracy do będzie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad tą melisą się mocno zastanawiam ;) I ja tobie współczuję,chociaż śmieję się, że Lulencja powoli mnie przygotowuje do recydywy i permanentnego nocnego wstawania ;)

      Usuń
  3. Cos mi sie wydaje, ze chyba dyscypliny brak. Sama wiem po sobie, ze jak synka prosze i blagam, to nic nie wskuram, a jak powiem cos dosadnie, to zaraz biegnie do lozeczka, kladzie glowe na podusie i lezy tak dlugo az usnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ok, tylko co rozumiesz przez dyscyplinę. U nas nie ma proszenia i błagania. Jak nie chce iść spać to koniec końców nie idzie. Sama iść nie chce tylko z mamą/tatą, bo przytulać się chce i bajek słuchać i poczytać. No rozwleka się nam sam proces zasypiania, przyznaję, choć czasem myślę, że to może sposób nadrabiania dziennej nieobecności, ale głównym problemem chyba jest zasypianie w dzień. Rzeczywiście jak powiesz, ze ma iść spać to sam się kładzie i spokojnie bez kwęków zasypia? Nawet w dzień?

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas wieczne kupię sen, to wiesz. 40 minut do godziny trwa usypianie, sukcesem kończy się najwcześniej o 22:30... głaskanie, leżenie obok, nucenie, baja. Mam dosyć. Ale mały idzie do żłoba, liczę, że bardziej go zmęczą bo niania chyba niedostatecznie zapełniała mu czas... czy się mylę?

    OdpowiedzUsuń