15.9.14

Znajomość języków obcych, a zwłaszcza języka angielskiego, jest niezbędna do sprawnego funkcjonowania we współczesnym świecie. Banał nad banały, powiecie, ale to stwierdzenie stało się kołem napędowym jak najwcześniejszego wprowadzania dzieci w ramy edukacji językowej. Jak w przypadku dzieciarni w wieku szkolnym jestem jak najbardziej za, tak w przypadku osobników mocno młodszych wątpliwości narastają. Nie ominęło i mnie dokonywanie wyboru czy umożliwić dziecku korzystanie z dwudziestominutowych zajęć w języku angielskim w żłobku. Starły się dwie opinie: moja i mężowa.

Powiem wprost: nie jestem entuzjastką tak wczesnego wprowadzania języka obcego. Oczywiście rozumiem, że mózg dziecka dwuletniego ma wielkie zdolności poznawcze, a nauka języka obcego może pozytywnie wpływać na jego rozwój – z tym argumentem trudno mi rzeczywiście dyskutować, ale wczesna nauka języka obcego nie jest chyba jedyną drogą. Co więcej wprowadzanie nowego języka w sytuacji, gdy dzieciak dopiero uczy się posługiwania językiem podstawowym wydaje mi się niepotrzebnym mieszaniem w tej jeszcze nie poukładanej głowie. Ktoś powie, że nie chodzi o nabycie konkretnych umiejętności językowych, a raczej na osłuchanie się z językiem, ale znów – czy takie osłuchanie rzeczywiście pomoże w bardziej efektywnej nauce w latach późniejszych? Tu odsyłam do artykułu specjalistki od logopedii, która powołując się na fachowe źródła twierdzi, że: "wczesne rozpoczęcie nauki języka obcego – samo w sobie – nie gwarantuje lepszych wyników, niż późniejsze nauczanie” (Fachman 1975:245-253; Snow 1978: 1114-1128), dlatego prawie wszystkie kraje w Europie wprowadzają obowiązkową naukę języka obcego dopiero w wieku około 6 – 7 lat, (...) nieuczący się w przedszkolu angielskiego uczeń w trzy miesiące dogoni tego, który się uczył „od niemowlaka”.

Zetknęłam się oczywiście z rodzicami zachwalającymi wczesną edukację językową przytaczając pozyskane przez progeniturę konkretne umiejętności: liczenie do dziesięciu czy nazywanie kolorów. Już pomijając sam aspekt chwalenia się dzieckiem obawiam się, że stopień rozumienia i utrwalenia tej wiedzy w wieku lat dwóch jest po prostu mizerny i nieadekwatny do ponoszonych kosztów finansowo-czasowych. Uzyskanie trwałych efektów w tak młodym wieku możliwe jest chyba wyłącznie przy stosowaniu rzeczywistej dwujęzyczności. I znów – nie potrafię uzasadnić racjonalności wprowadzania dwujęzyczności u dziecka, które wychowywane będzie w polskim społeczeństwie, w polskojęzycznym środowisku przez rodziców mówiących po polsku. W takiej sytuacji nigdy nie będzie mowy o dwujęzyczności in spe. Tym bardziej zrozumcie moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się o istnieniu programów promujących dwujęzyczność w Polsce, wspominając choćby dla przykładu Program Powszechnej Dwujęzyczności, do którego włączyła się chociażby TVP ABC: http://www.dwujezycznedzieci.pl/. Tu znów odsyłam do wyżej cytowanego artykułu Głoski.

A wracając do tych nieszczęsnych zajęć w żłobku. Ich wymiar - dwa razy po dwadzieścia minut w tygodniu - nie pozwoli na uzyskanie jakiegokolwiek wymiernego efektu. Gdzie więc sens, gdzie logika zwłaszcza, że dam sobie ręce obie uciąć, iż te same pojęcia: liczby, kolory i inne pierdółki będą ponownie wprowadzane w przedszkolu, a potem w szkole, w której tez przecież obowiązuje nauczanie języka obcego od podstaw. Płacić za to samo dwa razy? Widzę tu niestety idealny lep na  rodziców wystawiony przez wszelkiej maści szkoły językowe czy tego typu programy finansowane w dużej jednak mierze z naszych kieszeni. Chwała im za marketing, do którego mają pełne prawo, ale dlaczego będąc nieprzekonaną czuję nad sobą odium matki-aż-nie-tak-troskliwej?

Niestety przegrałam w tej sprawie z mężem, który widzi tą kwestię w samych superlatywach. Stwierdził, że to żadna szkoda dla dziecka, nie kosztuje aż tak dużo, a zajęcia odbywają się w znanym gronie. Zgodziłam się nie chcąc stawiać sytuacji na ostrzu noża, który i tak ostatnio zbyt ostro kraje. Lecz wewnętrzna niezgoda na wyrzucenie choćby tych paru groszy w błoto i poczucie nabicia w butelkę pozostaje.

11 komentarzy:

  1. Nas ostatnio zaczepił pan, który nas przekonywał, że już najwyższy czas zapisać Filipa na angielski. 16-miesięczne dziecko, które jeszcze nawet "mama" nie mówi w pełni świadomie. Ja tego jakoś nie widzę. Co innego na przykład moja bratanica, miała 3 miesiące, jak wyjechali do Szwecji. Teraz ma 10 lat i mówi trzema językami, ale to przyszło naturalnie, a u nas tak w sztucznych warunkach? Jeszcze w żłobku, między zabawą, to jakoś, ale żeby specjalnie dziecko wozić? Nie bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście,że jeśli nauka jest niejako koniecznością i oczywistością jak w przypadku dzieci mieszkających w obcym kraju, ale nawet jeśli w żłobku ma to być zabawa to i tak sensu dla mnie brak, i wyrzucone pieniądze.

      Usuń
  2. ja jeśli o język chodzi to też entuzjastką nie jestem. dzieci i tak nic nie pamiętają później i uczą się od nowa. Jednak...u nas Mała na angielski chodzi z jednego bardzo prostego powodu. sama zaczęła się nim interesować i dopytywac jak coś tam coś tam nazywa się po angielsku. uznałam, że skoro chce i się dopytuje to czemu jej tego nie umożliwić? mimo, że mam świadomość tego, że za chwilę zapomni. i tak oto byłam "za" językiem w przedszkolu i się pojawił. fascynacja nadal trwa i podróż autobusem to niekończąca się nauka. "Mamo, a jak to jest po angielsku? Mamo a to?". I tak ile wlezie:) no czasem bawimy się w kolory i zgadywanki też;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jak dziecko samo wykazuje inicjatywę i się dopytuje to wiadoma sprawa. I rzeczywiście pamięta na dłużej czy tylko na chwilę?

      Usuń
    2. jestem zaskoczona, bo pamięta dużo. Ciągle powtarza "chef, police officer, cook" a to z zeszłego roku. Ostatnio ja do niej mówię "Hello" a ona do mnie "Everyone"...;p
      Także coś zostaje ale nie jest to nie wiadomo co...choć jak na 4-ro latka sporo:)

      Usuń
    3. A tak naprawdę po co jej więcej, skoro na razie i tak to zabawa :)

      Usuń
  3. Matko, masz rację. Jeśli ktoś się uprze, można nauczyć malucha języka obcego, ale ...prywatnie. Przez całe przedszkole dzieci uczą się trzech infantylnych piosenek na krzyż, oraz kilku słówek, których z powodzeniem nauczyłaby mama w domu. Najgorsze jest to, że na rodzicach wymusza się zapisanie dziecka na te "kursy": bo nie będzie chodziło jako jedyne itd. Oczywiście, rodzice nadal będą płacić za naukę "heloł maj feloł", bo wmawia im się, że tym sposobem fundują lepszą przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet nie jestem przekonana do prywatnych zajęć w tak młodym wieku. I w sumie po co? By w szkole już się na lekcjach nudziły? Aleja to chyba ogólnie do kwestii zajęć pozalekcyjnych/dodatkowych jestem mocno sceptyczna i na pewno nie bedę dziecka zmuszać do chodzenia na chiński/karate/szachy dopychane tańcem ;)

      Usuń
  4. I ja jestem zdania, że żłobek to za wcześnie na uczenie języka i zapisywanie na extra kursy. Sama często mówiłam do synka po niemiecku i jakoś nie miał z tym problemów, ale trochę poczytałam i odkładam w czasie edukację języka obcego. Niech dziecko najpierw pozna nasz język i zacznie w nim mówić. Potem zajmiemy się reszta. Współczuję z powodu tych dyskusji z mężem. Chyba każda z nas to przechodzi. Gorąco pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi dyskusjami to nie było tak źle, ot po prostu wymiana opinii, ale że oboje jesteśmy uparciuchami ;)

      Usuń
  5. Czy dwulatek jest w stanie skupić uwagę na nauce czegoś, czego nie rozumie, ale i nie potrafi wymówić? Również uważam, że w tym wieku nie powinno mu się mieszać mowy, wyjątkiem są dzieci z rodziny dwujęzycznej.

    OdpowiedzUsuń