15.10.14

Dosyć łatwo w Internetach można napotkać opisy momentów magicznych, spełniających wszelkie kryteria szeroko pojętej idealności. Wieczory, dni, święta, poranki. Dzisiaj jednak osią opowieści będzie przetrwanie poranka dalekiego od perfekcji. Tematem przewodnim niech będzie roboczo: Jak spóźnić się do lekarza budząc się o 5 rano? Jak więc: wszystko jest możliwe gdy masz do dyspozycji dwuipółletnie dziewczę oraz kobietę ciężarną.

Pobudka o takiej porze nie była oczywiście podyktowana chęcią jak najwcześniejszego rozpoczęcia dnia, przywitania się ze słońcem tudzież innym równie absurdalnym powodem a była efektem wymuszenia dokonanego przez młodszą uczestniczkę akcji.  Przytargawszy poduszkę, koc oraz Gromita nie dała sobie wytłumaczyć, że jeszcze nie jest dzień i za wcześnie na pląsy w pościeli. Po 45-minutowych pertraktacjach zakończonych raczej troską o wspomnianą pościel (odpieluchowanie almost finished, but stillll…..) matka wraz z córką wytarabaniły się z wyra: młodsza z wielką werwą, starsza z wielkim ziewem. 

Należy podkreślić, że poranek ten był nietypowym, gdyż nie obejmował standardowego pakowania się do auta z ojcem pierworodnej. Dzisiaj matka miała córę odwieźć do żłobkowego przybytku środkiem komunikacji miejskiej, po czym odpowiednio szybko wrócić na wizytę sprawdzającą czy mieszkaniec/mieszkanka brzucha ma się relatywnie dobrze. Mając na uwadze wczesną porę oraz szacowany czas dojazdu matka nie miała wątpliwości, że poradzi sobie z tym zadaniem z przysłowiowym palcem w przysłowiowym nosie.

Jak zwykle rzeczywistość okazała się perfidną małpą.

Już przy śniadaniu ukazały się jaskółki nadciągającego konfliktu. Pomiędzy czwartą a piątą łyżeczką owsianki zabrzmiało nieśmiało lecz jakże złowrogo: „Ja nie chcę do żłobka”. Ok, zrozumiałe, cztery dni bez żłoba - mogła się odzwyczaić. Zachęcanie rozpoczęte: ciocia Iza (bo dzisiaj rytmika!), wybieranie zabawki z przywilejem drzemania w Lulkowej szafce, lecz kończy się ni mniej ni więcej jak rozlaniem reszty owsiany. Ku zdziwieniu matczynemu rozpętuje się histeria. Krzyki, ucieczki, zębów niemycie, zabawek rozrzucanie. Bierze więc matka dziecię na przeczekanie, niech pobawi się pięć minut, potem pogadamy. Poszła mać ubrania przyszykować, torbę spakować, pięć minut minęło, nazad pertraktacje kontynuować. Powtórka z rozrywki z gratisem na osłodę - kopanie, wierzganie, klockami rzucanie. Oho! myśli matka - ktoś mi dziecko podpuszcza ewidentnie. 

W trakcie kolejnych minut czterdziestu mieszkanie i sąsiedzi świadkami i uszami byli zdarzeń następujących: latające szczoteczki do zębów w liczbie dwóch; walka o spódnicę bo każda nie ta; bieganie, czołganie, turlanie, padanie, rzucanie przedmiotami średniociężkimi typu kubek. I ryk, ciągły ryk na słowo "Idziemy". Ni prośby ("mama musi do lekarza") ni groźby ("sama i tak nie zostaniesz w domu") ni zachęty ("jak wrócimy to pobawimy się plastociastem") - nic nie działało. W jednym się tylko matka z córką zgodziły - jedno ryczało ("nie chcę do żłoba!"), drugie ryczało ("ja pierniczę, nie mam siły!"). Każde w swoim pokoju. 

Po minutach tych czterdziestu zmęczone jak fiks, wytulone na siłę, ze łzami w oczach, z wciśniętym Gromitem i zasmarkanym kocem wyszły matka z córką, a raczej dwa gnomy. Serce się matce krajało, gdy do przybytku odstawiało takie opuchnięte smutne zachmurzone dziecię. Zresztą matka w nielepszym nastroju z powrotem pędziła.

Post scriptum jednak będzie prawie optymistyczne
Spóźniona do lekarza dwadzieścia minut wpadła. "Widzę, że zmęczona Pani dzisiaj". "Ech, poranek sponsorowany przez wściekiem zbuntowaną dwulatkę". I słowa "Pocieszę panią - to mija, to wszystko mija, aż pani sprawdzę, czy tam się skurcze nie dzieją przez buntowniczkę siostrę". Nikt cię tak nie wesprze jak Twój własny grzebolog.

2 komentarze:

  1. Hehe, no cóż, bywa różnie a jutro na pewno będzie lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jutro będzie lepiej, albo pojutrze :D

    OdpowiedzUsuń