8.10.14


Budzi się dzieć, więc budzi się dzień. Idziesz do jej pokoju, razem drepczecie do łazienkowego przybytku. Wyciągasz „Czereśniową” zza pralki. Sadzasz dziecia na niebieskim tronie. W tym czasie robisz swoje, myjesz włosy, a pomiędzy jednym a drugim chlupotem wody rzucasz spod mokrej głowy dziecinie co ma znaleźć na tej właśnie czereśniowej stronie: „Gdzie jest wiewiórka, gdzie jest zegarek? A drugi? Znajdź proszę kangura, a teraz cysternę. A teraz najtrudniejsze: policz nietoperze”. Ręcznik na głowę, dziecia pilnujesz przy paluszkowym myciu oczu, nosa, brody. Czeszesz, całujesz, wysyłasz do tatki. Samo się uszysz, po omacku soczewek szukasz, nakładasz szczątkowy makijaż. Śniadanie, spokojnie tylko lub aż 20 minut. Zębów mycie, ubieranie, pieluchy pojedynczej podpisywanie na spanie, a na koniec pluszaka wybieranie, co nocować będzie w Lulencjowym żłobku. W szaleństwie kontrolowanym jak zwykle zapomnisz złota rodowego, wsuwki w kieszeń chowasz (uczeszę się w aucie), ale nic to - wszystko by uskutecznić o 7.30 rutynowe domu opuszczanie. Wyjazd. Sprawdzasz czy traktory pod sklepem już stoją; czy „doniczka – nie-to-lejeknabeton” przez dźwig już podnoszona. Jest wiatrak, jest robot, jest spacer z parkingu, „Gdzie gołąbki mają chlebek?”, szukanie kasztanów i srok. Pluszak do szafki, buziak na miły dzień. Dojazd do pracy, kawa, codzienny pączek – dzień się może na dobre rozpocząć.

Lubię tę rutynę. Przewidywalność poranną. Gdy mimo trybu zombie prę do przodu pchana rozpędem poranków poprzednich. I właśnie dzisiaj, gdy ten post tak przesłodzony nabierał cukrowo-pudrowego kształtu wpadł Armagedon, wszelkie szyki psując. Więc wniosek niezmiennie od trzydziestu miesięcy ten sam. Rzeczywistość macierzyńska to perfidna przekora. 

A na koniec pochylmy głowy nad smutnym losem rozczłonkowanej trąbki rowerowej rzewnie opłakiwanej przez dziesięć minut przez jej właścicielkę. Tato, jak mogłeś nie zauważyć jej po kocem i roztrzaskać nieczułymi stopy swymi. Musisz więc teraz szukać kolejnego straganu, by tak samo pomarańczowa, tak samo rozdartą trąbkę dziecięciu odkupić. Tylko, gdzie ty teraz znajdziesz odpust, no gdzie?

4 komentarze:

  1. Z masy z papieru ukleic trzeba i na pomarańczowo pomalować;)
    U Nas poranki to Armagedon i szal. Niby jak co dzień Ale. Zawsze inaczej;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się chyba do jakiej ciotki uśmiechniemy, bo matka ma dwie lewe ręce ;)

      Usuń
  2. Gdzie te odpusty, no gdzie?
    Tam to dopiero można było złoto rodowe dla dziecia nabyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I te wiatraczki, i wata cukrowa, jadalne bransoletki, ech...

      Usuń