10.10.14

Jest parę rzeczy, których nie znoszę. Flaki, czosnek przepełnione autobusy i domorośli znachorzy. Przyszła już ta parszywa jesień (ok, w tym roku jeszcze jakoś daje radę, ale: I’m watching you!) i ich populacja (znachorów, nie flaków) rośnie w tempie geometrycznym.

Jest sobie pan lub pani, człowiek. Wykształcony, z trzema literkami przed nazwiskiem. Co z tego, że stopień mu dali z inżynierii, socjologii czy innej architektury, skoro jako fakultet wybrał sobie samozwańczo wiedzę medyczną. I posiadł ją w stopniu przynajmniej wystarczającym do podejmowania samodecyzji samoleczenia. 
Przychodzi więc ta wspomniana jesień parszywa tudzież inna wiosna. Pora zdradliwa, pora wylęgania paskudy wszelakiej. Gdy zamiast świergotu ptaków, świerczenia świerszczy i ginących żab kumkania słychać tylko cherlanie i kaszel i smark. Wylegają na drogi, na pola, na skwery ludzie okutani, emiterzy tych dźwięków niesmacznych. I biegną do pracy, do szkoły, gdziekolwiek. A jeden na pięciu to znachor domorosły. Płuca będzie wypluwać, do lekarza nie pójdzie. Gorączka pod niebiosa, ból głowy, migrena – nie powód. Pójść na wizytę z niemą krtanią? Z gruźliczym kaszelkiem? Z grypskiem przedłużonym? Po co – mam w domu jeszcze antybiotyk, cóż że sprzed trzech miesięcy. Wtedy cudnie zadziałał, zadziała i teraz. Wsuwa więc znachor domorosły antybol, lecz do pracy przyjdzie, bo jak że inaczej. Co z tego, że dalej smarczy, kicha, chyrla, siąka. Głowa przepocona, nogami ledwie powłóczy. „Skoro ten nie działa, spróbuję kolejny. Bo wiecie, koleżankę ostatnio tak szybko na nogi postawił”. I turla się tak kolejne dwa tygodnie, sieje swą zarazę. Na nic tłumaczenia, że lekarz dostępny w przychodni, niech idzie, się zbada. Lub przynajmniej w domu posiedzi – w domyśle - na innych nie smarka. Domorosły znachor wie lepiej. Do pracy przyjść musi, choć nikt go tak szybko z roboty nie zwolni. 

Niby taki wykształcony, rozumny się zdawał, ale nie tym razem, nie w takim temacie. Tłumaczę więc, zarzucam mądrymi faktami. Że maleje skuteczność antyboli na świecie. Ze zbyt lekko podawane, nieodpowiedzialnie stosowane: bez konsultacji, zbyt krótko i na własną rękę: http://www.antybiotyki.edu.pl/edwoa_stosowanie01.php. I co dostaję? Machnięcie ręką. „Ech, przesadzasz, dam sobie radę”. 

Tylko wiesz domorosły znachorze, nie o ciebie tu chodzi. W tej chwili myślę już tylko o sobie. Egoistycznie najzwyczajniej w świecie. Bo ja bym chciała zdrowa pozostać, nie smarkać z tobą wespół, nie mieć ciężkotępej głowy. I tak już ciężko dyszę jak wchodzę na pierwsze. Ja sobie gripeksem i kielonkiem wódki teraz nie pomogę. Tylko będę zdychać posiłkując się jeno apapem, cytrynką i herbatką z miodem. A jak będę zdychać ja to i dzieć się zarazi, i tatusiek i zaraz będę miała na głowie domowy oddział pulmonologiczny. Więc zrozum, że jestem skłonna odmówić sobie takich atrakcji. I wybacz mi mój foch. Ciężarna jestem, ciężarnej przystoi.

7 komentarzy:

  1. Ech te antybiotyki to zmora... tzn. ja rozumiem, że czasem bez nich nie idzie wyzdrowieć, ale nie wierzę, że dotyczy to większości przypadków. Do tego mam wrażenie, że ludzie po prostu głupieją i łykają antybole jak leci - katar - antybiotyk, ból gardła - takoż, złamany palec - a jakże antybiotyk. Biegunka, nerwica, łokieć tenisisty, kaszel, ból zęba/oka/głowy. A potem dziwią się że nie mają odporności. Pal sześć jak dotyczy to dorosłych, którzy sami sobie szkodzą, gorzej jak mówimy o dzieciach. Jako dziecko dostałam całą masę antybiotyków głównie na zapalenia płuc i oskrzeli - nikt nie sprawdzał czy dopadł mnie wirus czy bakreryja, a nieświadomi rodzice dawali co lekarz nakazał. I tak oto odporności własnej prawie nie mam (już jako ludź dorosły) albo mam ale znikomą, bo tylko wiaterek zawieje a ja już mam gluta do pasa.
    Jak czytam wypowiedzi niektórych dziewczyn które dają dziecku antybiotyk bo ma katar to mnie cholera bierze, ale tłumaczenie, żeby może najpierw spróbować innych środków trafia jak grochem o ścianę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak lubię rozpisania :) Mnie najbardziej trafia jak słyszę, że lekarz tak od czapy przepisuje antybiotyk, bo ktoś się uparł/musi do pracy i jeszcze dostaje receptę na zapas. Bo czemu nie, toż to zwykłe pastylki. I tak samo nie rozumiem historii, ze znajoma aptekarka to mi da bez recepty, a tak się niestety dzieje często gęsto na wsiach - opowieści teściów.

      Usuń
  2. Ehh - właśnie. Każdy wie lepiej. Nie wiem dlaczego ludzie boją się chorować w łózku. Za łażenie do pracy z gorączką powinny być jakieś kary, ot co!
    A antybiotyki to druga sprawa - z tym braniem ich na własną rękę to jakaś zmora. Z braniem zbyt często też... Ehhh Ludzie, ludzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często wydawałoby się kulturalni, wykształceni, obyci, a w takich sprawach to bardzo naiwnie.
      Chorowanie w łóżku - pewnie sporo pracodawców patrzy na to krzywym okiem, ale raz na ruski rok jak się przez trzy dni do pracy nie pójdzie to od razu będzie po premii/po robocie? Chyba, że nie znam realiów obecnego rynku pracy.

      Usuń
  3. Tak to już jest. Ja mam w rodzinę takiego lekarza weterynarza. A że weterynarz recepty wypisywać może, to leczy po swojemu antybiotykami pół rodziny. Coś się dzieje, gorączka, katarek, po co lekarz? E. spokojnie receptę wypisze i na pewno pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, tak - albo wszechmocne panie aptekarki na wsiach tudzież konsultacje przez telefon.

      Usuń