29.11.14


Muszę się, no muszę się  pochwalić, że z dniem wczorajszym osiągnęłyśmy z Lulką wyższy poziom wtajemniczenia komunikacyjnego. Z powodu zachyrlania i stanu lekkogorączkowego dzieć rezydował w pieleszach domowych w towarzystwie tatuśka swojego. Matka wyrodna celebrowała prawdopodobnie ostatni dzień w pracy czyli w tempie mocno podkręconym nadrabiała zaległości, organizowała zastępstwa, sprzątała, takie tam. Z racji zawodowych z ojczulkiem Lulkowym skontaktować się musiała, więc hyc za telefon. Będąc radarem telefonicznym i widząc owo urządzenie Lulencja za każdym razem jak najupierdliwiej domaga się rozmowy. Po załatwieniu niezbędności z tatuśkiem matka dostaje więc w słuchawce dziecię swe, a ojczulek oddala się w kierunku pyrkającej fasolki po bretońsku. 

Szybkie pytania na zapewne dziesięciosekundowe połączenie bez wiary w uzyskanie reakcji, bo zapewne dzieć zaraz nie ten klawisz co trzeba wciśnie: "Co robisz kotuś?", "Bawiłaś się?". Ku swemu niezmiernemu zdziwieniu matka dostaje adekwatne odpowiedzi. 
"Mamusiu, puściłam pranie z tatusiem". "Mamusiu zrobiłam bałagan w swoim pokoju". "Kotuś, to proszę posprzątaj ten bałagan przed obiadem, dobrze?". "Dobrze, posprzątam z tatusiem". "Mamusiu, a kiedy przyjedziesz?". "Za trzy godziny, kotuś, bo muszę jeszcze popracować". "A co robisz w pracy?". "Piszę na komputerze". "A jest wujek Michał?". "Jest". "A co robi?"."Też pracuje". "Mamusiu, a jedziesz już do nas?". I matce się łezka w oku kręci i mniej może z powodu dzieciowej tęsknoty, a raczej z faktu, że kolejny raz mimochodem zauważa, że barbocel staje się coraz starszym barboclem, rośnie, mądrzeje, dorośleje. Już niedługo będziem mogły sobie urządzać długie pogawędki, plotki-ciotki, a wystarczy nam ino zasięg. 

Oczywiście Lulka w dalszym ciągu jest psotną Lulką. Ostatnie minuty konwersacji spędziłam powtarzając trzydzieści razy: "Kotuś, daj mi do telefonu tatusia. Kotuś, muszę tatusiowi powiedzieć coś ważnego. Kotuś, proszę!". Dziecię ciągle "Nie! Nie!". Nagle milczenie, złowrogie milczenie, trzy sekundy, pięć sekund, dziesięć, by na końcu rzec: "Żartowałam mamusiu!" i oddać telefon tatuśkowi. Komentarz owego: "A ja myślałem, że ona tak sama do siebie gada" ;)

26.11.14

Nikt mnie nie przekona, że można być za starym na spełnianie dziecięcych marzeń i nieważne czy będzie to konik na biegunach, kolekcja resoraków czy lot jako domorosły kosmonauta. Mając dzieci sprawa o tyle się uprzyjemnia, że robiąc prezenty im możesz dogodzić i sobie. Sama się przyznaję, że za dzieciaka cierpiałam na niedobór puzzli, więc najchętniej obsypałabym Lulencję pudłami z układankami. I tylko finansowe marszczenie brwi męża powstrzymują mnie przed owymi zapędami. A żeby nie było, że tylko ja, to dzisiaj będzie o marzeniach ojcowych. A raczej o marzeniu jednym. Z góry uprzedzę – marzeniu spełnionym.

Nie spodziewałabym się po moim średnio muzykalnym partnerze życiowym, że po głowie chodzić mu będzie pewna zabawka. Rozmiarów w miarę pokaźnych, dosyć hałaśliwa, lubiana przez dzieci wieku wszelakiego. Już rok temu przebąkiwał podczas jednej z wizyt w dzieciowym sklepie wszystkomającym, że chce, że kupi, że koniecznie. Biorąc pod uwagę mikry wiek dziecięcia, dla którego prezent ten miał być przeznaczony (buehehehe!) udało mi się odeprzeć napór próśb, obietnic i gróźb wysyłanych przez chłopa. A fakt, że próbował podburzać również barbocla naszego dodatkowo zwiększało mą niechęć, choć się nie zarzekałam, „że nigdy, przenigdy!”.

Przyszedł jednak ten dzień, gdy okazało się, że nawet wcześniejszy zakup mniejszego gabarytowo odpowiednika przedmiotu wyśnionego nie wyczerpał marzeń dziecięcych maskowanych dorosłością, pracoholizmem i powagą (ok, z tym ostatnim może przesadziłam, ale ładnie podkręca atmosferę). Dzień, w którym nastąpiło wiekopomne zdarzenie nie wyróżniał się od innych, ot zwykła sobota. Z pewnymi zakusami, również na odpoczynek. Ale najpierw wycieczka do tego samego sklepu wszystkomającego (co de facto winno wzbudzić pierwsze podejrzenia moje!). Matka z listą wyprawkową i głową oszołomioną już rusza z bloków startowych do działu noworodkowego, ojciec uspokaja: „Idź, wybieraj, ja połażę z Lulką”. Ha! to powinien być drugi sygnał alarmowy, ale matka w amoku, myślenie wyłączyła i tyle ją widziano przez najbliższe ze trzydzieści minut. Nagle oka kątem widzi znajome dziecięcie biegnące z czupryną rozwianą klimatycznym wiatrem i okrzykiem na roześmianych ustach: „Tata kupił mi pianinko!”. Matka wryta, dziecię wpada w ramiona jej obłe bezwładne, a ojciec? Ojciec dzierży uśmiech od ucha do ucha.

Jesteśmy więc od soboty posiadaczem chińskiego pianinka opcji full serwis edition deluxe. Na wyposażeniu dziesiątki przycisków, melodyjek, mikrofon, ba! nawet misiek gibający w górę – w dół, w górę-w dół, co dodaje pianinku powiewu luksusu. I od soboty matkę szlag trafia, uszy zatyka, znieść rejwachu nie może. Pianinko przy śniadaniu, pianinko zamiast kąpieli, pianinko najlepsze na świecie. Do dziecia pretensji nie mam, cieszy się, tańczyć uwielbia na szczęście. Chłopu śmiercią grożę, przy czym najpierw wytłumić ma pokój Lulkowy, bym w spokoju wymyślać mogła kary okrutne i niecne. Dla chłopa, bo płazem mu tego nie puszczę. Jakieś propozycje – chętnie przyjmę i zastosuję w praktyce. Zaraz po tym jak po raz setny wysłucham „Panie Janie” w wersji pianinkowej. 
 

24.11.14

Zawsze myślałam, że najtrudniejsze są pierwsze razy, pierwsze spotkania, pierwsze emocje. Że łatwo jest po początkowym szoku zdrowo obojętnieć, powszednieć, do dziennego porządku przejść. Chciałam, by mit „się przyzwyczaisz” nie był tylko mrzonką, a raczej samospełniającym się przekazem uparcie wtłaczanym nam wszystkim do głowy. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że macierzyństwo jest stanem umysłu, gdy wszelkie zalecenia i normy często-gęsto nijak się trzymają rodzicielskiej głowy, bo kiepsko mi idzie z „się-przyzwyczajaniem”. I nie, nie będę dziś pisać w wielkich słowach o trudnych tragediach, smutach egzystencjalnych, pojęciach wzniosłych przebijających niskie sufity mojej świadomości. Co więcej, nie wiem, czy w tych małych drobnych sytuacjach codziennych prawda ta nie byłaby mi bardziej przydatna.

Kiedy mnie olśniło? Ano dziś, w samochodzie, podczas kolejnego roboczego. Przyczynkiem: ach ten żłobek. W dziesiątkach, jeśli nie setkach dni można liczyć staż Lulkowy w tejże instytucji obejmujący momenty lepsze i czasem te gorsze. Dziś trafiło na gorszy. Z powodów nieznanych dorosłym umysłom Lulencja słodka do żłobka oddawana być nie chce. Cudny humor poranny psuty jest natychmiast po przekroczeniu pierwszych przybytkowych drzwi. Choć nie ma Rejtana, buntu i wczepiania, raczej zrezygnowanie i poddanie się nieuniknionemu to matce serce się kraje na widok szczerych łez Lulkowych, mimo, że wie, że fason trzymać powinna do końca. Prawie dwuletnie doświadczenie żłobkowe powinno choć matkę nań uodpornić, ale jak widać tak pięknie nie jest, pewnie nigdy nie będzie. Wiem, że zobaczę ją za godzin osiem uśmiechniętą, radosną, z przejęciem trajkoczącą o ciociach, śpiącej Matyldzie i obiecanej bułce. Wiem, że wykona trzy kolejne rysunki, zbroi przy posiłku, zaśnie na drzemkę półtoragodzinną, a potem dostanie dwie pieczątki-żaby. Wiem o tym, a jednak poranny widok tak szybko z powiek mi nie schodzi.

Chciałabym usłyszeć „przejdzie ci, to hormony”, a „Lulce na pewno się krzywda nie dzieje”. Lecz usłyszeć, a pojąć zbyt daleko mieszkają od siebie.

21.11.14


Padła wczoraj matka padlizna na sen pełny, długi, zimę zapowiadający. I stwierdza, że co jak co, ale bezsenność, tak powszechna w stanie błogosławionym, z pewnością jej nie grozi. Jeśli tylko nie działają przeszkadzacze w stylu: Lulencja tudzież przebywanie w pracy pozbawionej najprostszej chociaż wersji wersalki to zaśnie o każdej porze, w każdej pozycji. Takoż i wczoraj odebrawszy Lulkę z przybytku, oporządziwszy, nakarmiwszy i umywszy niezwłocznie korzystając z wieczornego przybycia męża swego osobistego matka padła na chwilę, która trwała godzin jedenaście. A skoro mówimy o spaniu to matka się wszem i wobec przyznaje, że ostatnio najbardziej zaskoczyły ją jej własne sny. Sam fakt, że się śnią nie jest faktem zastanawiającym bo podobno zawsze się śni, ale sporo czasu minęło odkąd matka cokolwiek ze snów pamiętała. A jeśli już to były powtarzające się sny o pożarach, ucieczkach tudzież ludziach o twarzach mocno niewyraźnych. Obecnie natomiast dzięki nieocenionej pomocy Lulkowej, która często gęsto gramoli się do wyra lub życzy sobie pobudki o porach dziwno-strasznych wybudzam się z głową jeszcze pełną snów. Co tam się działo ostatnio?

Sen pierwszy czyli okradną nawet ciężarną z mężem u boku.
Akcja godna thrillera klasy D - włamywacze obklejający drzwi wejściowe taśmą, szamocący się z ciężarną kobietą (tak to ja!), mąż zgrywający twardziela i złowrogie: "Sprawdźmy, co mają Państwo w domu cennego!". Sen najwidoczniej z głęboko ukrytym przesłaniem, bo rano się okazało, że wygrałam konkurs u cudnej Potwory jako jedna z lepszych w nieprzeszkadzaniu, więc prezent dla Lulencji pod poduszkę zaliczony.

Sen drugi czyli animal factory w wersji uczelnianej.
Matka pracuje na uczelni (tak w realu). Ma zajęcia z zaoczniakami (tak w realu). Więc i śni o zajęciach ze studenciakami. Tylko, że zamiast pipet, zlewek i chemikaliów w roli głównej wystąpili studenci gmerający przy klatkach ze zwierzyną. Koniec końców na około trzydziestu metrach kwadratowych biochemicznego laboratorium rozpiździel robiło groźnie wyglądając i szyby rozbijając: goryl, krokodyl, żółw, niedźwiedź polarny, boa dusiciel, kilka lemurów, z dziesięć wrzeszczących papug oraz dwadzieścia osobników homo sapiens sapiens w wersji mocno nierozumnej. Jak się matka się obudziła to z podziwu wyjść nie mogła nad kreatywnością mózgu własnego (szkoda, że się paskuda tak w pracy rozleniwia). Przesłania snu powyższego do dzisiaj nie dostrzegam, chyba, że jako zapowiedź armageddonu, który nadejdzie wraz z końcem roku tego. 

I jeszcze wyznanie - mężu, przepraszam, o wiele lepiej śpi mi się teraz samej. Primo: więcej miejsca; secundo: chrapanie twe słyszę tylko z oddali; tertio: jako, że ja śpię w salonie to do przebudzającej się Lulki statystycznie bliżej masz jednak ty. Lowe!

16.11.14

Weekend w pełni. Jak zwykle rozpoczynany przed szóstą rano rajdem z dzieciem do łazienki, by zdokonać porannych ablucji, potem śniadanie i dwadzieścia minut do pół godziny medialnego uświadamiania czyli seans bajkowy będący jedyną poranną szansą na dospanie. A potem? Potem zaczynają się dzienne szaleństwa czyli rodzice próbują jak najmniejszym nakładem energetycznym kreatywnie mniej lub bardziej zająć Lulkę, a ta odwdzięcza się szeroką paletą zachowań od serce-rozczulających po szeroko akceptowalne sięgając niestety zbyt często nizin społecznych opierających się na manipulacji, wymuszaniu oraz działaniach destrukcyjnych. Niezależnie od aktualnego nastroju matka musi jednak docenić, iż w ciągu weekendu większa intensywność obcowania z własnym dziecięciem owocuje coraz wyższą jego znajomością okraszoną mocnymi porcjami zdziwienia. Matki zdziwienia. Usiadłam dzisiaj na chwilę jeszcze przed południem i szybko na papierze zrekapitulowałam dotychczasowe dzisiejsze jej perełki, by nie zapomnieć.

Całkiem rano urabiam tatuśka, by do roboty nie szedł. "Tatek, nie idź do pracy. Zostań z nami. Lulek, pomóż mi."
"Tata! Idź do pracy! Już!" żmija mała, nic więcej powiedzieć nie można.

"Mamo, patrz!. Jestem krokodylem. Robię <<kłap, kłap>>. Przestraszyłaś się?"

Bierze małą latareczkę, podchodzi do wielkiego lustra i z poważną miną tako oto rzecze: "Muszę sprawdzić czy mam zdrowe gardełko, tak!".

Porywa szmatkę kuchenną, biegnie do łazienki, moczy (nie wykręca!), wraca do kuchniosalonu i zamaszystymi ruchami rozchlapując dokoła gigantyczne kałuże myje drzwi balkonowe. Wystarczyło, że matka odwróciła się do garów jedynie do zamieszania.

Jest i czas na poważne rozmowy. 
MD: "Kochanie, wiesz, że nie mogę Cię nosić, bo mam dzidziusia w brzusiu. Ale jak dzidziuś już się urodzi to będę cię mogła nosić ile wlezie".
L staje przede mną: "To ja otwieram takie drzwi."
MD: "Jakie drzwi?"
L: "Drzwi od twojego brzusia to wyjdzie dzidziuś i będziesz mogła mnie nosić."

Połowa dnia kończy się typowym rodzinnym obiadem w wydaniu Debiutujących: ojciec w pracy, dziecko gardzi krupnikiem, przyswaja słownie dwie kluchy makaronowe, stwierdza, że chce spać i przed odlotem do wyra macha do mnie paluszkiem: "Tylko nie zjedz z mojego talerza, mamo!"
Co więc matka może zrobić, by dopełnić domowej atmosfery? Bierze talerz do sypialni, sadowi się przed komputerem i mocno niezdrowo konsumuje delektując się ciszą i Finnem Polmarem z "The Good Wife".

A dlaczego tylko połowa dnia jest tematem? Bo druga część nadzwyczaj nudno sponsorowana jest przez młodsze w brzuchu, które w najbardziej wyraźny możliwy sposób daje znać, że niewygodnie w brzuchu jest i próbuje kopniakami wywalczyć zwiększenie powierzchni mieszkalnej. O czym tu pisać?

12.11.14

Przyznałam się Wam ostatnio, że w swej sklerozie ciążowej zapominam nie tylko o ugotowaniu obiadu, wyciągnięciu prania czy telefonie do przychodni, ale również o istotniejszych sprawach typu urodziny męża i ojca. Taka wpadka nastała również i ostatnio. Ale może i opatrzność nade mną czuwała, albowiem już od kilku dni zapowiadałam, iż jeśli tylko matka matki zgodę wyrazi na zostanie z dzieciórem to zabieram męża swego osobistego po raz pierwszy od roku do kina. Na cokolwiek co będzie w repertuarze kina w miasteczku rodzinnym, do którego zawitaliśmy na krótki weekend. Desperacja była na tyle wysoka, że profilaktycznie nie sprawdzałam nawet opisu filmu (sztuk raz) dostępnego w czasie nam odpowiadającym. Padło na polski "Jeziorak". 

Matka-matki chęć pieczy sprawowania nad dzieciórem wyraziła, więc pierwszy płotek zaliczony. Matka oko podkreśliła, na co spotkała się z komentarzem "A dla kogo tak się malujesz?". "Dla ciebie cholero". Do kina odległość monstrualna czyli dwadzieścia kroków, więc tuż przed rozpoczęciem seansu para nastolatków lekko podstarzałych trzymając się za ręce do kulturalnego przybytku zawitała. Zdziwiła nas z początku niska, bo zerowa, frekwencja ludzi oczekujących na film. Ok, małe miasteczko, lecz dzień prawie świąteczny, nic to, z uśmiechem w głowie i na twarzy oczekujemy. Gadka-szmatka z obsługą i tu niespodzianka: realia małomiasteczkowe nie przewidują emisji filmu dla mniej niż czterech widzów. O wy lenie, myśli matka, lecz jeszcze pełna nadziei czeka z ojcem uskuteczniając głośne podśmiechujki. W końcu mija szesnasta czyli seansu pora. Już się matka powoli do wyjścia zbiera zniesmaczona tym, że jak zawsze plany poszły sobie precz. Na to ojciec, zazwyczaj skąpiec notoryczny, rzecze: "Kupmy cztery bilety, może film nam puszczą". Matka buńczuczna dumą się unosi: "Ej no co ty, w Krakowie to byś tyle za kino w życiu nie zapłacił". "Pewnie, że nie, ale pomyśl - całe kino dla nas!". Więc po krótkich negocjacjach z kasjerami dwoma, przy wyraźnej niechęci ich i operatora za całe 52 złote (bilety ulgowe sztuk cztery) wynajęliśmy kino caluśkie dla siebie. Wyobrażacie sobie - całe kino, bez popcornu chrupania, cukierków szeleszczenia, innych osób gadania. Można komentować do woli, mieć włączoną komórkę, a wybór miejsc - ach, to kinomana raj. 

Więc przepis na prezent niebanalny, niedrogi i zawsze zaskakujący macie już drodzy moi jak na talerzu. Warunek jeden - małomiasteczkowe kino, dziesiąty listopada, godzina 16.00. Polecam!

PS. Co do filmu samego - rzetelnie zrobiony polski kryminał. Jeśli komuś nie przeszkadza, że jest to bezczelna wręcz zrzynka ("znajdź 10 różnic") z chociażby "The Killing" to będzie zachwycony. Mężulo "The Killing" nie zna, więc jest zachwycony. 


10.11.14

Jeśli ktoś widział niedawno na placu zabaw na północnych krańcach Krakowa dziewczę dziarsko rajdolące do pilota od telewizora to była to szanowna Lulencja, a wspomniany pilot służył za telefon. Czy mam to traktować jako przesłankę, że zbyt często z tatuśkiem korzystamy z tego ustrojstwa (telefonu nie pilota), nadmienię - przy wydatnym udziale pannicy? Czy może rośnie nam obywatel wieku XXI, dla którego komórka przy uchu atrybutem najzwyczajniejszym ze zwykłych? Dzień Lulencji zaczyna się bowiem od wyimaginowanej rozmowy: "Dzień dobry, Babu Lolu. Jak się dzisiaj czujesz? Aha, tak, rozumiem, to do zobaczenia!" I tak w kółko na repeacie w domu, w wannie, tuż przed snem.

Więc weźcie obraz taki - każda ze swym ustrojstwem (bo matka pocztę pracową w końcu sprawdzić gdzieś musiała), okupujące osobne ławki na jednym placu zabaw - idealna pożywka do rozważań o byciu razem lecz jednak osobno. Gdy domalować jeszcze dodający smętności entourage o charakterze jesiennego zmierzchu to teza o kompletnej degeneracji interakcji matka-dziecko byłaby jak najbardziej uzasadniona. Prawda jest taka, że obie byłyśmy wyjątkowo zdechłe mimo braku ekstremalnych symptomów somatycznych, a zawsze lepiej smęcić się na świeżym niż kisić w czterech ścianach, nawet z pilototelefonem w ręku. Ech pozory, pozory, pamiętaj nie ufaj! Bo kto był świadkiem jak wcześniej kręciłyśmy kopytka, konstruowałyśmy stodołę dla traktora rolnika, bawiłyśmy we wszystkie możliwe odmiany zgadywanek usypiając pięć misiów naraz, a burdello jakie zostawiłyśmy za sobą - ech, lepiej nie mówić.

I myśl ostatnia: w trakcie naszych ostatnich pobytów placowo-zabawowych byłyśmy tam jedynymi żywymi duszami, poza oczywiście niestrudzonymi komarzyskami. Ciepło było, cudnie było, bez mgły, bez deszczu, suchutko. Pogoda idealna na zjeżdżanie, huśtanie, karuzelokręcenie, ba! nawet piasku sypanie. Dzieciarnio, gdzie jesteś? Bo nie wierzę, żeś cała chora lub w żłobkach i przedszkolach. Widziałam cię przecież jak szłaś z rodzicami do Biedry. A my tu po drodze czekałyśmy na ciebie. Zabawa "w piachownicy" fajniejsza we trójkę niż w dwójkę. To co, widzimy się jutro, przy niebieskich drabinkach, zaklepię już miejsce dla ciebie, dobrze?

PS. Na odpowiedź już wpadli? Prościzna: ciążowy chaos myślowy.

7.11.14

Dzień nieprzewidziany. Dzień planowany inaczej. Dzień będący inkarnacją praw Murphy'ego w najczystszej postaci. Jeszcze rano pociesznie cieszyłam się pracą kminiąc nad fenomenem rannych śpiochów dwóch, których zgarniać musiałam mocno później niż zwykle. Jeszcze szybki telefon do żłoba, że będziem spóźnieni, bo się wyrobić za Chiny dziś nie potrafimy. Jeszcze w skowronkach i po śniadaniu pędziłam na krwi branie, gdy wielki porządek zburzył telefon pod hasłem: bez glejtu lekarskiego dziś Luli w żłobie nie przyjmiemy. 

Fuck yeah! nie ma to jak rychło w czas poinformować rodzica, że się ma go w tyłku! Gwoli prawdy, dzień sztuk raz szkraba nie było, profilaktycznie zostawione po haftanej nocy, a tu nagle żądania jak gdyby dziecięcie tygodniami przybytek łukiem omijało. Na nic tłumaczenie stanu dziecia przez ostatnie dwadzieścia parę godzin: cisza, spokój, zdrowe dziecię - rodzic w stanie nie jest ocenić dziecka zdrowotnej kondycji, tylko pieczątka lekarza ma tę magiczną moc. W między czasie informacja na temat panującej w żłobku od dobrych dni kilku jelitowej paskudy, odsyłanych dzieci, pozmienianej diety, czyli wszystkiego o czym nas wcześniej powiadomić nie raczono. Plus szantaż emocjonalny pani dyrektorki straszącej liczbą zarażonych dzieci. I ten wyczuwalny brak zrozumienia dla matek pracujących, ergo mających zazwyczaj nad sobą siły mocno wyższe nie pałające miłością do nagłych absencji. Tyle dobrego, że mnie szef mój rozlicza z wyników nie z liczby godzin, ale postawcie się w sytuacji typowej podwładnej. Idzie sobie premia daleko w las, hen tam! I rozumiem stronę żłobka, że troszczą się o dzieciarnię, ale do diaska! czy wczoraj nie mogli dać znać, gdy uprzedzaliśmy, że Lulki nie będzie?

I tylko jedna z wielu smętnych myśli zalęgła się rychło: gdybyśmy byli rano nie dzwonili tylko od razu jechali, to byśmy byli na siłę dziecia w żłobie zostawili, bo nie sądzę, że ot tak by nam drzwi przed nosem zatrzasnęli. Każdy znajdzie i plusy, bo lepiej trzymać dziecinę z dala od zarazy niż męczyć się w weekend z ekstra atrakcjami. Zaufanie na linii rodzic-dyrektorka padło i długo nie wstanie, choć było tak dobrze. A smród pozostanie chyba niewywietrzony. Powiedzcie mi tylko, czy mam trochę racji, czy tylko ciążowa huśtawka mi znów w głowie miesza? Bo sama się gubię w żłobkowych standardach.

6.11.14

Lubię w sobie to, że potrafię się wyłączyć. Że potrafiłam się kiedyś tam wyuczyć podejścia godnego Scarlett o'Hary czyli "pomyślę o tym jutro". Pamiętam egzaminy, obrony i inne stresujące cuda i cieszę się, że umiem już pozbyć się stresu permanentnego na rzecz stresu krótkoterminowego. Jak to wygląda w praktyce? Zamiast robić w gacie tygodnie przed ważnym wydarzeniem stawiam sobie termin: "stresować zacznę się jeden dzień". Wtedy pozwalam sobie na istny dzień Nazgula, eksplozję zakumulowanych emocji i zakręcenie godne Diabła Tasmańskiego (notabene ulubionej postaci z ulubionej gry, ktoś pamięta Pegasusa: https://www.youtube.com/watch?v=pswhbmxSqnI?)

Poprawna wydaje się być również hipoteza, iż wraz ze zwiększeniem liczebności wydarzeń ważnych ich cząstkowy wpływ na stan stresowy osobnika maleje czyli inaczej mówiąc osobnik/czka zaczyna podchodzić zgoła na zimno: "się zdąży, się da radę, nie ja pierwsza nie ostatnia, luz blues, w zamian chodźmy się raczej zdrzemnąć". Dotyczy się to zapewne też matek recydywistek. Z pewnością Matki Debiutującej po raz kolejny. Ma to oczywiście tysiące plusów - mniejsza emocjonalność kobity, większa przewidywalność, zdrowe podejście do własnego ciała i zachodzących w nim zmian, ale w wiecznym ciążowym "się zdąży" kluje się jeden zasadniczy problem, uświadomiony dzisiaj.

Dzisiaj jest dniem na wysokim C: poprzedni wieczór i noc z atrakcjami, wczesna pobudka, bieg do pracy, piąte piętro, na które dotrzeć muszę na własnych kończynach, pęd za uciekającym autobusem (po którym, aż wstyd byłoby prosić o zwolnienie miejsca ;), szybki spacer z przystanku pod górę na włości, by zmienić tatuśka na posterunku. I krótki przedwyjściowy żart rzucony do męża: "Z tego wszystkiego to ja dzisiaj chyba urodzę". Haha, hihi, ale sprawa jest poważna. Kij z tym, że rzeczywiście z wysiłku mogłoby mnie coś złapać, ale co gorsza - w ciemnym zadzie jestem z wyprawką. Bo ze skurczami to ja mogę jechać, ale bez dwóch toreb, ubranek, koszulek, nakładek, podkładów i pieluch, becika, kocyka i pieluch tetrowych to jak to się godzi? Wstyd matka! Wstyd!

Misja wyprawka - odsłona druga rozpoczęta. Strzeżcie się allegry, internety wszelkie, drżyjcie apteki, smyki, pinokie i inne. Matka Debiutująca z wielkim brzuchem i wątłym portfelem nadciąga!

4.11.14


Są tematy niewyczerpane, gdy piszesz o tym samym, lecz na tysiąc sposób. Ta sama pora, te same okoliczności, te same emocje, lecz za każdym razem element zaskoczenia zadziwia najbardziej mnie samą. Mogłabym cały ten blog nazwać blogiem nocnym, bo tyle zawiera się w tych kilku godzinach.

Godzina 4.00 nad ranem. Pora jesienna. Idealny moment, by wykrzyknąć światu (a głównie matce): „Wstawaj, jest dzień”. Sygnał do kolejnej batalii z własnym dzieckiem o przedłużenie ciepłego snu o każdą cenną minutę. Pierwszej akcji zapobiec nie warto. Okrzyk „Chcę siku!” nie znosi sprzeciwu. W trosce o czystość i higienę tudzież dobre nawyki pierworodnej matka biegnie pomóc w palącej potrzebie. Pozytywnym zaskoczeniem fakt nie proszenia o „Ulicę Czereśniową” – dyżurną toilet book, co daje szansę na szybki powrót w pielesze.
„Jest dzień” niestety powtarzane znów, choć oznak ni widu ni słychu. 
„Jest dzień, podnieś żaluzje”. Matka się łudzi, że ta potyczka może być wygrana. „Patrz kochanie, jest ciemno, jest jeszcze noc”. Po dłuższym namyśle rejterada do wyra (wspólnego, a jakże!). lecz radość zbyt krótko trwać będzie niestety. 
„Jak dzidziusia!” – to znak jest dwuznaczny (masło dwumaślane). Może zadziałać i uśpić klocka lub też rozbudzić na dobre. Zdesperowana matka bierze misję na klatę i jak dzidziusia barbocla trzyma i głaszcze. 
Na nic to wszystko. „Jest dzień!”.
Matka sięga po broń ostateczną: ścisłą logikę właściwą umysłom najtę(p)ższym. Tuli uciekającą paskudę. „Jest dzień jak rzeczesz? Porozmawiajmy więc. Czy widzisz słońce?”
”Nie”
”Czy słyszysz samochody?”
”Nie”.
”Czy słyszysz szczekanie psów? Stukanie butów? Czy słyszysz bawiące się dzieci? Świergocące ptaszki? Nie ma, to znaczy, że jest jeszcze noc”.
Każda odpowiedź coraz cichsza. W końcu: „Mamo, nie mów nic”.
Słodka, upragniona cisza. Godzina nieznana. Dzieć wtulony, matka w poduszkę wgnieciona. Oddech spowalnia, odpływa i matka i dziecko..... gdyby tylko nie budzik, ten potwór perfidny. Uśpić dziecko, by zaraz już wstać.

Wynalazła też matka miarę niewyspania – gdy soczewki wejść nie chcą na spuchnięte oczy to wiedz, żeś snu nie zaznał wystarczającego. Dobra snu-noc!

2.11.14


Przełom październikowo-listopadowy kojarzy się jednoznacznie. My tym razem zadziałaliśmy na przekór własnym planom i tradycjom. Zamiast pielgrzymek grobowych, które w tym roku musiałam odpuścić z racji Lulkowego zasmarkania, poszliśmy w tematy okołohalloweenowe, reprezentowane nad wyraz skromnie ale jednak. Matka antydyniowa skuszona została w robocie tysiącami odmian tegoż warzywa. Pierwyj raz przyrządziła więc placki dyniowe, które ku ogromnemu zdziwieniu spotkały się z aprobatą własną i Lulkową. Przepis znajdziecie na każdym internetowym rogu - najprościejsza z prościzn. Oczywiście matka matki namawiała również na zrobienie stracha drążonego, ale stanowiłoby to już zdecydowane naruszenie wszelkich norm.

Bywa i tak, że nieświadomie (chociaż czort ją wie?) także Lulencja wpasowuje się tematycznie w panujące okoliczności. Przykład prosto z piątku, kiedy matka słomiano-wdowa przesiadywała z dzieciem oczekując na tatuśka.

"Kochanie, co zrobimy dzisiaj na drugie danie?" 
"Tatę." 
"Jak to tatę? Pytam na serio: co zjemy na drugie danie." 
"Tatę."
"To wiesz co, musimy się go zapytać o zgodę jak wróci."
Wraca tatek. Biegnie Lulek: "Tato, możemy zjeść cię na drugie danie?"

Kilka godzin później.
"Lulka, chcesz coś pić?"
"Tak, tatę!".

Cóż rzec więcej, mała Wednesday wkroczyła w nowy etap.