6.11.14

Lubię w sobie to, że potrafię się wyłączyć. Że potrafiłam się kiedyś tam wyuczyć podejścia godnego Scarlett o'Hary czyli "pomyślę o tym jutro". Pamiętam egzaminy, obrony i inne stresujące cuda i cieszę się, że umiem już pozbyć się stresu permanentnego na rzecz stresu krótkoterminowego. Jak to wygląda w praktyce? Zamiast robić w gacie tygodnie przed ważnym wydarzeniem stawiam sobie termin: "stresować zacznę się jeden dzień". Wtedy pozwalam sobie na istny dzień Nazgula, eksplozję zakumulowanych emocji i zakręcenie godne Diabła Tasmańskiego (notabene ulubionej postaci z ulubionej gry, ktoś pamięta Pegasusa: https://www.youtube.com/watch?v=pswhbmxSqnI?)

Poprawna wydaje się być również hipoteza, iż wraz ze zwiększeniem liczebności wydarzeń ważnych ich cząstkowy wpływ na stan stresowy osobnika maleje czyli inaczej mówiąc osobnik/czka zaczyna podchodzić zgoła na zimno: "się zdąży, się da radę, nie ja pierwsza nie ostatnia, luz blues, w zamian chodźmy się raczej zdrzemnąć". Dotyczy się to zapewne też matek recydywistek. Z pewnością Matki Debiutującej po raz kolejny. Ma to oczywiście tysiące plusów - mniejsza emocjonalność kobity, większa przewidywalność, zdrowe podejście do własnego ciała i zachodzących w nim zmian, ale w wiecznym ciążowym "się zdąży" kluje się jeden zasadniczy problem, uświadomiony dzisiaj.

Dzisiaj jest dniem na wysokim C: poprzedni wieczór i noc z atrakcjami, wczesna pobudka, bieg do pracy, piąte piętro, na które dotrzeć muszę na własnych kończynach, pęd za uciekającym autobusem (po którym, aż wstyd byłoby prosić o zwolnienie miejsca ;), szybki spacer z przystanku pod górę na włości, by zmienić tatuśka na posterunku. I krótki przedwyjściowy żart rzucony do męża: "Z tego wszystkiego to ja dzisiaj chyba urodzę". Haha, hihi, ale sprawa jest poważna. Kij z tym, że rzeczywiście z wysiłku mogłoby mnie coś złapać, ale co gorsza - w ciemnym zadzie jestem z wyprawką. Bo ze skurczami to ja mogę jechać, ale bez dwóch toreb, ubranek, koszulek, nakładek, podkładów i pieluch, becika, kocyka i pieluch tetrowych to jak to się godzi? Wstyd matka! Wstyd!

Misja wyprawka - odsłona druga rozpoczęta. Strzeżcie się allegry, internety wszelkie, drżyjcie apteki, smyki, pinokie i inne. Matka Debiutująca z wielkim brzuchem i wątłym portfelem nadciąga!

7 komentarzy:

  1. Ciut zazdroszczę, bo wiem, ze to oczekiwanie już za mną... Acz świadomie, wiem, że nie chcę więcej. Tylko sentymentalizm mnie zabija. ;)

    W każdym razie - udanych łowów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wiesz - możemy się podzielić się robotą. Z chęcią oddam w dobre ręce dokonywanie zakupów ;)

      Usuń
  2. to ja, ja przejmę zakupy:) kocham zakupy:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Adres już znasz, więc zamawiać możesz. Jeszcze ci tylko numer karty udostępnię i będę w domu ;)

      Usuń
  3. Ja oprócz problemu z chceniem, mam jeszcze problem z tym, że ja nie wiem czego mi jeszcze trzeba;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na takie dylematy tylko lista ;) ja właśnie odkopuję moją sprzed 3 lat ;)

      Usuń