2.11.14


Przełom październikowo-listopadowy kojarzy się jednoznacznie. My tym razem zadziałaliśmy na przekór własnym planom i tradycjom. Zamiast pielgrzymek grobowych, które w tym roku musiałam odpuścić z racji Lulkowego zasmarkania, poszliśmy w tematy okołohalloweenowe, reprezentowane nad wyraz skromnie ale jednak. Matka antydyniowa skuszona została w robocie tysiącami odmian tegoż warzywa. Pierwyj raz przyrządziła więc placki dyniowe, które ku ogromnemu zdziwieniu spotkały się z aprobatą własną i Lulkową. Przepis znajdziecie na każdym internetowym rogu - najprościejsza z prościzn. Oczywiście matka matki namawiała również na zrobienie stracha drążonego, ale stanowiłoby to już zdecydowane naruszenie wszelkich norm.

Bywa i tak, że nieświadomie (chociaż czort ją wie?) także Lulencja wpasowuje się tematycznie w panujące okoliczności. Przykład prosto z piątku, kiedy matka słomiano-wdowa przesiadywała z dzieciem oczekując na tatuśka.

"Kochanie, co zrobimy dzisiaj na drugie danie?" 
"Tatę." 
"Jak to tatę? Pytam na serio: co zjemy na drugie danie." 
"Tatę."
"To wiesz co, musimy się go zapytać o zgodę jak wróci."
Wraca tatek. Biegnie Lulek: "Tato, możemy zjeść cię na drugie danie?"

Kilka godzin później.
"Lulka, chcesz coś pić?"
"Tak, tatę!".

Cóż rzec więcej, mała Wednesday wkroczyła w nowy etap.

6 komentarzy:

  1. Ciekawe, o co na prawdę jej chodziło ;> Skąd wzięło się to zjedzenie taty?:)
    Przy okazji zapraszam do mnie na Asport-Junior.pl ;)

    OdpowiedzUsuń