26.11.14

Nikt mnie nie przekona, że można być za starym na spełnianie dziecięcych marzeń i nieważne czy będzie to konik na biegunach, kolekcja resoraków czy lot jako domorosły kosmonauta. Mając dzieci sprawa o tyle się uprzyjemnia, że robiąc prezenty im możesz dogodzić i sobie. Sama się przyznaję, że za dzieciaka cierpiałam na niedobór puzzli, więc najchętniej obsypałabym Lulencję pudłami z układankami. I tylko finansowe marszczenie brwi męża powstrzymują mnie przed owymi zapędami. A żeby nie było, że tylko ja, to dzisiaj będzie o marzeniach ojcowych. A raczej o marzeniu jednym. Z góry uprzedzę – marzeniu spełnionym.

Nie spodziewałabym się po moim średnio muzykalnym partnerze życiowym, że po głowie chodzić mu będzie pewna zabawka. Rozmiarów w miarę pokaźnych, dosyć hałaśliwa, lubiana przez dzieci wieku wszelakiego. Już rok temu przebąkiwał podczas jednej z wizyt w dzieciowym sklepie wszystkomającym, że chce, że kupi, że koniecznie. Biorąc pod uwagę mikry wiek dziecięcia, dla którego prezent ten miał być przeznaczony (buehehehe!) udało mi się odeprzeć napór próśb, obietnic i gróźb wysyłanych przez chłopa. A fakt, że próbował podburzać również barbocla naszego dodatkowo zwiększało mą niechęć, choć się nie zarzekałam, „że nigdy, przenigdy!”.

Przyszedł jednak ten dzień, gdy okazało się, że nawet wcześniejszy zakup mniejszego gabarytowo odpowiednika przedmiotu wyśnionego nie wyczerpał marzeń dziecięcych maskowanych dorosłością, pracoholizmem i powagą (ok, z tym ostatnim może przesadziłam, ale ładnie podkręca atmosferę). Dzień, w którym nastąpiło wiekopomne zdarzenie nie wyróżniał się od innych, ot zwykła sobota. Z pewnymi zakusami, również na odpoczynek. Ale najpierw wycieczka do tego samego sklepu wszystkomającego (co de facto winno wzbudzić pierwsze podejrzenia moje!). Matka z listą wyprawkową i głową oszołomioną już rusza z bloków startowych do działu noworodkowego, ojciec uspokaja: „Idź, wybieraj, ja połażę z Lulką”. Ha! to powinien być drugi sygnał alarmowy, ale matka w amoku, myślenie wyłączyła i tyle ją widziano przez najbliższe ze trzydzieści minut. Nagle oka kątem widzi znajome dziecięcie biegnące z czupryną rozwianą klimatycznym wiatrem i okrzykiem na roześmianych ustach: „Tata kupił mi pianinko!”. Matka wryta, dziecię wpada w ramiona jej obłe bezwładne, a ojciec? Ojciec dzierży uśmiech od ucha do ucha.

Jesteśmy więc od soboty posiadaczem chińskiego pianinka opcji full serwis edition deluxe. Na wyposażeniu dziesiątki przycisków, melodyjek, mikrofon, ba! nawet misiek gibający w górę – w dół, w górę-w dół, co dodaje pianinku powiewu luksusu. I od soboty matkę szlag trafia, uszy zatyka, znieść rejwachu nie może. Pianinko przy śniadaniu, pianinko zamiast kąpieli, pianinko najlepsze na świecie. Do dziecia pretensji nie mam, cieszy się, tańczyć uwielbia na szczęście. Chłopu śmiercią grożę, przy czym najpierw wytłumić ma pokój Lulkowy, bym w spokoju wymyślać mogła kary okrutne i niecne. Dla chłopa, bo płazem mu tego nie puszczę. Jakieś propozycje – chętnie przyjmę i zastosuję w praktyce. Zaraz po tym jak po raz setny wysłucham „Panie Janie” w wersji pianinkowej. 
 

13 komentarzy:

  1. Hahaha:)
    Dobrze, z moja sobie dogadza bez wciągania w to dziecko:p
    Ja bym chyba na balkonie zamieszkała:p
    A kara? Najdotkliwsza, brak seksu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, jakby to powiedzieć - kombinuj matka dalej, bo w tym zakresie i tak ostatnio szału nie ma ;)

      Usuń
    2. Kochana teraz szału ni ma...ale będzie i wtedy zaatakujesz;p

      Usuń
  2. Haha ! ;) I tak masz szczęście, bo mój to by najchętniej od razu kupił jakieś casio... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się obawiam, że z racji tego, że chińszczyzna pewnie niedługo padnie, dziec podrośnie to na jakieś czwarte urodziny tudzież inną komunię takie ustrojstwo się w końcu pojawi ;)

      Usuń
  3. O, zjadło mój komentarz, a tak się naprodukowałam:p
    No to słuchaj, zostaw samego z Lulencją i pianinkiem, bez zatyczek do uszu:) nam się znów zacznie etap grających zabawek, na moje nieszczęście. Nawet jeśli bym teraz wymieniła wszystkie grające np na ukochane drewniane to i tak znajdzie się ktos , kto przytaszczy cos irytującego :\
    Spokoju!!! I prędkiego wyczerpania baterii:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to pójdę na zakupy z jego kredytową ;)
      Tak, przewidujący najbliżsi nie dadza nam się pobawić w ciszy i spokoju, znam to. Mam teraz misję znaleźć najmniej wkurzającą karuzelkę dla dzidziuśka, bo przy poprzedniej sama się nie dziwię, że Lulka spać nie chciała ;)

      Usuń
  4. My mamy zestawy zabawek grających, które grają sobie wesoło od rana do wieczora... Tak więc - łącze siew bólu ;))). Pozdrawiam (i zapraszam "do siebie")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czego to ja nie próbowałam by ograniczyć ich ilość. Nawet rodzinie oświadczyłam, że za "grajki" to jednak serdecznie podziękuję. A tu własny osobisty chłop ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Hahahaha! A ja się na gitarę elektryczną skarżyłam;p Matko, ciesz się, że nie kupił Lulce perkusji;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby to powiedzieć - przypomniałaś mi, że za młodej dziewoi marzyłam o perkusji. Niech mi ktoś ręce zwiąże ;)

      Usuń
  6. Lol... mi małż chce dla Zofi kupić zestaw perkusyjny... już się boję, chociaż w tym roku to jeszcze nie nastąpi. W tym roku za to sama osobiście zamówiłam jej małe pianinko dla niemowlaków, bo ma Zo ewidentne ciągoty do tychże:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiesz co czynisz ;) Lulencja niestety (stety) też wykazuje mocne powiązania z muzyką, więc wszelkie grajki śpiewajki to coś dla niej.

      Usuń