24.11.14

Zawsze myślałam, że najtrudniejsze są pierwsze razy, pierwsze spotkania, pierwsze emocje. Że łatwo jest po początkowym szoku zdrowo obojętnieć, powszednieć, do dziennego porządku przejść. Chciałam, by mit „się przyzwyczaisz” nie był tylko mrzonką, a raczej samospełniającym się przekazem uparcie wtłaczanym nam wszystkim do głowy. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że macierzyństwo jest stanem umysłu, gdy wszelkie zalecenia i normy często-gęsto nijak się trzymają rodzicielskiej głowy, bo kiepsko mi idzie z „się-przyzwyczajaniem”. I nie, nie będę dziś pisać w wielkich słowach o trudnych tragediach, smutach egzystencjalnych, pojęciach wzniosłych przebijających niskie sufity mojej świadomości. Co więcej, nie wiem, czy w tych małych drobnych sytuacjach codziennych prawda ta nie byłaby mi bardziej przydatna.

Kiedy mnie olśniło? Ano dziś, w samochodzie, podczas kolejnego roboczego. Przyczynkiem: ach ten żłobek. W dziesiątkach, jeśli nie setkach dni można liczyć staż Lulkowy w tejże instytucji obejmujący momenty lepsze i czasem te gorsze. Dziś trafiło na gorszy. Z powodów nieznanych dorosłym umysłom Lulencja słodka do żłobka oddawana być nie chce. Cudny humor poranny psuty jest natychmiast po przekroczeniu pierwszych przybytkowych drzwi. Choć nie ma Rejtana, buntu i wczepiania, raczej zrezygnowanie i poddanie się nieuniknionemu to matce serce się kraje na widok szczerych łez Lulkowych, mimo, że wie, że fason trzymać powinna do końca. Prawie dwuletnie doświadczenie żłobkowe powinno choć matkę nań uodpornić, ale jak widać tak pięknie nie jest, pewnie nigdy nie będzie. Wiem, że zobaczę ją za godzin osiem uśmiechniętą, radosną, z przejęciem trajkoczącą o ciociach, śpiącej Matyldzie i obiecanej bułce. Wiem, że wykona trzy kolejne rysunki, zbroi przy posiłku, zaśnie na drzemkę półtoragodzinną, a potem dostanie dwie pieczątki-żaby. Wiem o tym, a jednak poranny widok tak szybko z powiek mi nie schodzi.

Chciałabym usłyszeć „przejdzie ci, to hormony”, a „Lulce na pewno się krzywda nie dzieje”. Lecz usłyszeć, a pojąć zbyt daleko mieszkają od siebie.

5 komentarzy:

  1. Mieszkają daleko ale odwiedzają sie na herbatce:)
    Matce kazde dziecięce lży, nawet wśród tony ciastek i cukierków, ciężkie są i inaczej juz nie będzie.
    Choc na tulenie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idę Mamaronio moja. A masz ty wżdy te sajgonki jeszcze?

      Usuń
    2. Juz nie ale mogę zrobić, bo składniki są;)

      Usuń
  2. Bo tak czasem jest. Ja wspominam początki przedszkola i było różnie, ale im dziecko starsze, tym jest łatwiej? No przynajmniej inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Boże... ja sie boję co to będzie jak Zo pójdzie do żłoba... a przyzwyczaić się do łez dziecka mimo wszystko chyba nie sposób.

    OdpowiedzUsuń