16.11.14

Weekend w pełni. Jak zwykle rozpoczynany przed szóstą rano rajdem z dzieciem do łazienki, by zdokonać porannych ablucji, potem śniadanie i dwadzieścia minut do pół godziny medialnego uświadamiania czyli seans bajkowy będący jedyną poranną szansą na dospanie. A potem? Potem zaczynają się dzienne szaleństwa czyli rodzice próbują jak najmniejszym nakładem energetycznym kreatywnie mniej lub bardziej zająć Lulkę, a ta odwdzięcza się szeroką paletą zachowań od serce-rozczulających po szeroko akceptowalne sięgając niestety zbyt często nizin społecznych opierających się na manipulacji, wymuszaniu oraz działaniach destrukcyjnych. Niezależnie od aktualnego nastroju matka musi jednak docenić, iż w ciągu weekendu większa intensywność obcowania z własnym dziecięciem owocuje coraz wyższą jego znajomością okraszoną mocnymi porcjami zdziwienia. Matki zdziwienia. Usiadłam dzisiaj na chwilę jeszcze przed południem i szybko na papierze zrekapitulowałam dotychczasowe dzisiejsze jej perełki, by nie zapomnieć.

Całkiem rano urabiam tatuśka, by do roboty nie szedł. "Tatek, nie idź do pracy. Zostań z nami. Lulek, pomóż mi."
"Tata! Idź do pracy! Już!" żmija mała, nic więcej powiedzieć nie można.

"Mamo, patrz!. Jestem krokodylem. Robię <<kłap, kłap>>. Przestraszyłaś się?"

Bierze małą latareczkę, podchodzi do wielkiego lustra i z poważną miną tako oto rzecze: "Muszę sprawdzić czy mam zdrowe gardełko, tak!".

Porywa szmatkę kuchenną, biegnie do łazienki, moczy (nie wykręca!), wraca do kuchniosalonu i zamaszystymi ruchami rozchlapując dokoła gigantyczne kałuże myje drzwi balkonowe. Wystarczyło, że matka odwróciła się do garów jedynie do zamieszania.

Jest i czas na poważne rozmowy. 
MD: "Kochanie, wiesz, że nie mogę Cię nosić, bo mam dzidziusia w brzusiu. Ale jak dzidziuś już się urodzi to będę cię mogła nosić ile wlezie".
L staje przede mną: "To ja otwieram takie drzwi."
MD: "Jakie drzwi?"
L: "Drzwi od twojego brzusia to wyjdzie dzidziuś i będziesz mogła mnie nosić."

Połowa dnia kończy się typowym rodzinnym obiadem w wydaniu Debiutujących: ojciec w pracy, dziecko gardzi krupnikiem, przyswaja słownie dwie kluchy makaronowe, stwierdza, że chce spać i przed odlotem do wyra macha do mnie paluszkiem: "Tylko nie zjedz z mojego talerza, mamo!"
Co więc matka może zrobić, by dopełnić domowej atmosfery? Bierze talerz do sypialni, sadowi się przed komputerem i mocno niezdrowo konsumuje delektując się ciszą i Finnem Polmarem z "The Good Wife".

A dlaczego tylko połowa dnia jest tematem? Bo druga część nadzwyczaj nudno sponsorowana jest przez młodsze w brzuchu, które w najbardziej wyraźny możliwy sposób daje znać, że niewygodnie w brzuchu jest i próbuje kopniakami wywalczyć zwiększenie powierzchni mieszkalnej. O czym tu pisać?

5 komentarzy:

  1. No o czym tu pisac, no:p
    Moja mnie od rana zaprasza na fryzjerskosc. Czyli ni mniej ni wiecej tylko przed lustro, a do tego domaga sie ubrań w kolorze różowy. Tylko różowym. I teraz musze jej to skutecznie z Glowy wybić:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ty masz przeciwko różowemu? ;P

      Usuń
    2. nic...jeśli nie ma go w nadmiarze;p

      Usuń