7.11.14

Dzień nieprzewidziany. Dzień planowany inaczej. Dzień będący inkarnacją praw Murphy'ego w najczystszej postaci. Jeszcze rano pociesznie cieszyłam się pracą kminiąc nad fenomenem rannych śpiochów dwóch, których zgarniać musiałam mocno później niż zwykle. Jeszcze szybki telefon do żłoba, że będziem spóźnieni, bo się wyrobić za Chiny dziś nie potrafimy. Jeszcze w skowronkach i po śniadaniu pędziłam na krwi branie, gdy wielki porządek zburzył telefon pod hasłem: bez glejtu lekarskiego dziś Luli w żłobie nie przyjmiemy. 

Fuck yeah! nie ma to jak rychło w czas poinformować rodzica, że się ma go w tyłku! Gwoli prawdy, dzień sztuk raz szkraba nie było, profilaktycznie zostawione po haftanej nocy, a tu nagle żądania jak gdyby dziecięcie tygodniami przybytek łukiem omijało. Na nic tłumaczenie stanu dziecia przez ostatnie dwadzieścia parę godzin: cisza, spokój, zdrowe dziecię - rodzic w stanie nie jest ocenić dziecka zdrowotnej kondycji, tylko pieczątka lekarza ma tę magiczną moc. W między czasie informacja na temat panującej w żłobku od dobrych dni kilku jelitowej paskudy, odsyłanych dzieci, pozmienianej diety, czyli wszystkiego o czym nas wcześniej powiadomić nie raczono. Plus szantaż emocjonalny pani dyrektorki straszącej liczbą zarażonych dzieci. I ten wyczuwalny brak zrozumienia dla matek pracujących, ergo mających zazwyczaj nad sobą siły mocno wyższe nie pałające miłością do nagłych absencji. Tyle dobrego, że mnie szef mój rozlicza z wyników nie z liczby godzin, ale postawcie się w sytuacji typowej podwładnej. Idzie sobie premia daleko w las, hen tam! I rozumiem stronę żłobka, że troszczą się o dzieciarnię, ale do diaska! czy wczoraj nie mogli dać znać, gdy uprzedzaliśmy, że Lulki nie będzie?

I tylko jedna z wielu smętnych myśli zalęgła się rychło: gdybyśmy byli rano nie dzwonili tylko od razu jechali, to byśmy byli na siłę dziecia w żłobie zostawili, bo nie sądzę, że ot tak by nam drzwi przed nosem zatrzasnęli. Każdy znajdzie i plusy, bo lepiej trzymać dziecinę z dala od zarazy niż męczyć się w weekend z ekstra atrakcjami. Zaufanie na linii rodzic-dyrektorka padło i długo nie wstanie, choć było tak dobrze. A smród pozostanie chyba niewywietrzony. Powiedzcie mi tylko, czy mam trochę racji, czy tylko ciążowa huśtawka mi znów w głowie miesza? Bo sama się gubię w żłobkowych standardach.

6 komentarzy:

  1. Mysle, ze racji dużo masz i nie robi sie tak jak dyrektorka. Dziecko zdrowe do żłobka mogloby iść. Ibtak jak mówisz. Kiedy normalna podwladna by tak wyskoczyla jak filip z konopii, ze w domu zostaje to jazda by byla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc teraz na Lulkę to żadnych objawów dalszych na razie brak, mam nadzieję, Chyba muszę być wdzięczna szefowi.

      Usuń
    2. no nie przesadzaj w swych działaniach;p wystarczy "dziękuję szefie";p

      Usuń
    3. Och, o niczym więcej nie pomyślałam ;)

      Usuń
  2. Masz całkowitą rację. Rozmawiałyście dzień wcześniej, rozmawiałyście w dzień wcześniej, można było uprzedzić, że takie praktyki w żłobku mają miejsce. Ja bym się pewnie zdrowo wkurzyła, a teraz w ciąży, możliwe, że nie pozostawiłabym tego bez odpowiedniego komentarza;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kobita była wyjątkowo oporna na logiczne argumenty. Częściowo jej się nie dziwię, ale poprosiłam, by informować nas o wszelkich takich atrakcjach żłobkowych. Zobaczymy.

      Usuń