31.12.14

Nie jestem dobra w podsumowaniach, pisałam tak już rok temu i niewiele się w tej kwestii zmieniło. Jaki był ten rok? Chciałabym zapamiętać z niego tylko pozytywne rzeczy. Nie brakowało ich, choć takich zwyczajnych to wcale nie gorszych, nauczyłam się doceniać rzeczy najzwyklejsze: praca zawodowa, pierwsze od dawna wojaże wakacyjne, drugi barbocel w rodzinie. O bardziej kiepskich momentach wspominać nie chcę, tyle tylko, by móc wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Jaki będzie rok następny? Nie mam zielonego pojęcia. Na pewno początkowo mocno śpiący ;), skupiony na dwóch szkrabach bez pominięcia i męża. Nie nastawiam się na realizację wielu celów pozamacierzyńskich, chociażby po to, by uniknąć stresów i rozczarowań. Mam nadzieję mieć czas na kontynuowanie tej skromnej przygody z blogowaniem, bo zwyczajnie motywuje mnie do pamiętania większej porcji naszej codzienności.

Nie zdążyłam złożyć Wam życzeń świątecznych, więc pozwólcie, że teraz poślę Wam to, co wydaje mi się najważniejsze. Chciałabym, żeby ten nowy rok i dla mnie i dla Was był czasem osiągnięcia równowagi - tylko nie tej wystandaryzowanej, wszystkiego po równo, wszystkim według wzorca. Niech Wasze życie biegnie sobie raczej torem ustanowionym przez Was z w pełni przez Was akceptowanym podziałem ról nawet niekoniecznie akceptowanym przez innych. Nie będę pisać o szczęściu, choć tego wypada życzyć wszem i wobec - szczęście nie jest i nigdy nie będzie stanem permanentnym. Chciałabym za to życzyć Wam jak najwięcej chwil radosnych, ale przede wszystkim spełnienia: czy to zawodowego czy rodzinnego, niech to będzie nawet spełnienie w globalnym lenistwie - co tylko Wam pasuje (a mnie pasowałoby bardzo!). I bądźcie dla siebie dobrzy w tym roku. Dla siebie, nie tylko dla wszystkich innych.
Do zobaczenia!

26.12.14

2+2

Dnia 22.12.2014 wskoczyliśmy na wyższy poziom rodzicielstwa formując komórkę społeczną typu 2+2 z mocną przewagą płci żeńskiej. Uczymy się przede wszystkim pogodzenia obecności prawie trzyletniego tornada oraz kilkudniowego robaczka o mocno ograniczonych potrzebach i równie ograniczonych sposobach ich wyrażania. Idzie nam różnie, łagodnie mówiąc, ale toż to początek dopiero. Realia karmienia co pół godziny, pieluch i wrzasków - oj, nie brakowało mi tego, ale co zrobić? ;) Plus poświęcenie maksymalnej dostępnej ilości czasu sprytnemu starszakowi, który ostatnio za cel postawił sobie uzyskanie 100% skuteczności w ściąganiu czapeczki z głowy drugorodnej. 

Na dzień dzisiejszy podziękowania biegną do:
- Lulkowych babć, które wspierają nas od momentu odtransportowania matki do szpitala;
- długiego urlopu tatuśkowego, dzięki któremu będziemy mogli się wspólnie uczyć aż do szóstego stycznia;
- losu, że wydanie dziecięcia odbyło się wg matkowego planu czyli boleśnie acz szybko :)
- dla Was za wspieranie i kciuki :)

Panie i Panowie - przedstawiam pannę Anulencję, 53 cm i 2940g żywego cudeńka :)

20.12.14

Nadejszła wżdy chwila wiekopomna. Sobota. Dzień grudnia dwudziesty. Dzień, gdy matka stwierdziła, że nie ma co dalej odraczać, tylko myśli realizować w sposób materialny czyli odpalić misję "Święta 2014". Nie oszukujmy się - głównym celem tych świąt jest "jeszcze nie rodzić!" czyli móc bez skrupułów nawpierniczać się makowca, bigosu i innych specjałów, niekoniecznie służących matce już karmiącej. By zapobiec wywołania wilka z lasu tudzież dziecia z bęca matka posuwa się nawet do przemyślnego profilaktycznego nieprzygotowania tradycyjnego ekstra nakrycia stołu. Tfu, tfu! Jeśli zdziwicie się, że brak u mnie przeżyć duchowych - z góry uprzedzam - taka karma, a całą religijność i chrześcijański przekaz zostawiam w gestii małżonkowej. A jako, że wszędzie wkoło wszyscy się dzielą progresem przedświątecznym, matka jak ta owca ślepo podążająca za stadem kroczyć również tą drogą zamierzyć wymyśliła.

Dzień dzisiejszy można nazwać dniem decyzyjno-rozdzielnikowo-zaopatrzeniowym. Od poranka, a tak naprawdę od wczorajszego wieczora trwały bowiem burzliwe dyskusje dotyczące: a) menu świątecznego; b) harmonogramu porządkowego; c) planowania ogólnego. 

Menu wigilijno-świąteczne ustalone. Dwanaście dań się pojawi, a jakże, w wersji okrojonej, bo kto powiedział, że uszka do barszczu nie mogą być liczone jako osobna potrawa? Od razu dzielę się emocją, że ach cudownie jest mieć babcię, która komercyjnie takie cuda manufakturuje i jeszcze poprzez kierowcę z dostawą do domu wysyła. Tyle dobrego, resztę trzeba już samemu. Ojcu zostało zapowiedziane, by nie robił bigosu typowo jak dla pułku wojska tylko w ilości trzy razy skromniejszej. I w związku z tym, że ten bigos, a także zakwas na barszcz należy robić już jutro wybrali się Debiutujący na zakupy już dzisiaj. Wielka lista zabrana, dzieciu atrakcja w postaci grającego wózka na zakupy zapewniona i ze słowami: "Zróbmy to szybko!" zaopatrzenie wstępne poczynione. Jedyny zgrzyt - pierniczków w tym roku nie będzie. Rychło w czas się matka ogarnęła, że mogłaby dziecia zająć na chwil parę wykrawaniem ciastek korzennych, ale w największym sklepie w okolicy foremek nie mieli, więc sorry Lulka, zostanie ci tylko twe ukochane okien wielkie mycie. 

A propos sprzątania. Jako, że bęc wielki a chłop narzeka, że zgnuśnieje przez święta zaproponowałam dla niego atrakcję nie lada. Żeby się rozruszał chętnie mu oddam prace porządkowe, a niech się wykaże. I nawet litościwe zgodzę się na okien mycie nie dzisiaj, a w któryś dzień świąteczny. Chwilowo więc czekam na jego aktywność, choć słyszę raczej działanie chrapiąco-klikające.

A co z planowaniem ogólnym? Punkty ogólne spisane, wyobrażenie jest, ale znów typowo zapewne pójdziemy na żywioł. Tyle dobrego, że nie wie matka jakim cudem czy innym sposobem prezentowo się ogarnęli w miarę szybko, w miarę sprawnie, w miarę pewnie. Najmniejszym problemem okazał się skład osobowy uczestników, który z racji ogromnego bęca piszącej te słowa będzie wąski i ograniczony do trójcy Debiutujących oraz Matki matki, a wizyty zewnętrzne ograniczone do minimalnego zera. 

Dzień pierwszy zakończy się pewnie typowym sprzątaniem, garów myciem, praniem i pseudoodpoczywaniem, które ze świętami nic wiele do czynienia nie mają. Za to jutro etap kolejny. Dzień zakwasu i bigosu. Dzień odbioru paczek. A jak mnie nerwica tłuc będzie to może jednak poszukam tych felernych foremek lub zwyczajnie koślawce z noża powycinamy. 

18.12.14

Od pewnego czasu chodził mi po głowie temat przywilejów kobiet ciężarnych w różnych sytuacjach społecznych abstrahując od tych definiowanych chociażby przez prawo pracy. Zbiegło się to z doświadczeniami własnymi oraz powtarzanymi akcjami nawołującymi do większej życzliwości dla kobiet ciężarnych. Co jakiś czas na forach/blogach/tablicach pojawiają się narzekania kobiet, że z racji posiadania fasolinki tudzież pasożyta nie są specjalnie traktowane. Dumając nad tym doszłam do wniosku, że problem ten można dosyć mocno uprościć wyłaniając dwie, no może trzy główne kwestie.

Pierwsza - gdy uprzywilejowanie ciężarnych nie jest respektowane mimo wyraźnego zaznaczenia takowego. Mówimy o sklepach, aptekach, przychodniach, punktach poboru materiału biologicznego, w których jak krowie na rowie wiszą kartki, że "kobiety w ciąży obsługiwane są poza kolejnością". To jest sprawa najprostsza - jeżeli czujesz, że potrzebujesz z tego uprzywilejowania jako przyszła matka skorzystać to korzystasz wyrzucając za siebie wszelkie skrupuły. A na wszelkie uwagi, dąsy, fochy wskazujesz palcem na odpowiednie ogłoszenie. I nie, nie musisz się przesadnie tłumaczyć. Oczywiście w sytuacji, gdy ktoś ewidentnie olewa twoje przywileje to wiadomo, z koniem kopać się nie będziesz, w przemoc nie wskoczysz, ale to już świadczyć będzie o twoim adwersarzu a nie o tobie.

Druga sprawa to nazwijmy to "milczące przyzwolenie". Obawiam się, że w większości przypadków mimo, że kobieta czuje, że to miejsce w autobusie się jej należy, że ma prawo skorzystać pierwsza z usług analitycznych czy zakupu leków to nie będzie tego prawa się wyraźnie domagać flufcąc tylko w duchu, a potem wylewając żale na forach na niewychowane społeczeństwo. W takich sytuacjach jestem zdecydowaną zwolenniczką komunikacji werbalnej niż stosowania przekazów niewerbalnych (głębokich westchnień, dyszenia, wiszenia nad - mocno w stylu dziarskich staruszek). Bo z zyskaniem osobnika w bęcu nie traćmy empatii - ktoś się zagapi, ktoś nie zauważy, ktoś nie pomyśli - nie zakładając od razu złośliwości i chamstwa. Uśmiech i prośba naprawdę nie boli. Trochę odwagi drogie przyszłe matki.

I jeszcze jedno. Wszem i wobec trąbi się o tym, że typowa ciąża jest stanem fizjologicznym, a nie chorobą. Jednocześnie wraz z dwiema kreskami zaczynamy wymagać specjalnego traktowania. Czysta schizofrenia. Sama byłam świadkiem, gdy w autobusie wesoło rajdoląca w telefon kobieta na etapie powiedzmy ciąży średniej nie chciała ustąpić miejsca staruszce o lasce, bo "hello, jestem w ciąży!". To, proszę Państwa, jest zwykłe buractwo. I uprzedzając argumenty w stylu: "może miała ciążę zagrożoną, źle się czuła" odpowiem: "nie sądzę". Złe samopoczucie po człowieku widać, a rajdolenie o dopiero co dokonanych szmatowych łowach na pewno do takowego się nie zalicza.

Całkiem prawdopodobne, że moje rozważania w takiej a nie innej postaci wynikają z tego, że w ciąży czuję się rzeczywiście dobrze, a w przypadku dolegliwości po prostu siadam na tyłku i ograniczam swą mobilność do minimum. Tak, odczuwam pewną roszczeniowość kobiet ciężarnych rodzącą się jedynie z faktu, że są w ciąży, a nie z rzeczywistej potrzeby. Jeżeli przywilej jest to koniecznie muszę z niego skorzystać nie bacząc na to, że akurat obok mnie znajduje się osoba, która w danym momencie bardziej go potrzebuje. Sam fakt bycia w ciąży nie stawia nas na piedestale, nie sprawia, że jesteśmy człowiekiem równiejszym.

Czyli czego nam/wam życzyć drogie przyszłe matki? Umiejętności domagania się swojego w sytuacjach rzeczywistej potrzeby - żeby nie było, mi na początku też nie było łatwo. I życzę tej odwagi połączonej z empatią i uprzejmością do innych. Trzeba czegoś więcej? 

PS. Bardzo fajnie napisała o tym rok temu Pani Fanaberia - o tu! ale Matka jak to matka i tak musiała swoje trzy grosze wtrącić ;)

15.12.14

Poniedziałek. Pobudka po siódmej, pobudka dziecia, które po wesołej i bezdrzemkowej niedzieli pospać sobie zamarzyło. Wspólne śniadanie we trójkę, jak rzadko. Pomoc w dziecia ogarnięciu, by z tatuśkiem do żłobka trafiło o czasie. Zamykam drzwi za tą moją dwójką i oddycham. Z ulgą, bo jedyne co mnie teraz czeka to kilka godzin spokojnych. Biorę kawę do łóżka, włączam komputer, sprawdzam co w blogach i internetach piszczy. Przeglądam potencjalne prezenty mniej lub bardziej flufcąc na ceny. Jeszcze nie sprzątam, jeszcze w piżamie, niech kurier nawet się nie pojawia. Czas odliczany do szesnastej. Dojrzałam do egoizmu. Grudzień miał być takim czasem, gdy w końcu skupię się na sobie, na dzieciu w "mymłonie", odpocznę. Paskuda chorobowa zmieniła plany, ale teraz w te kilka ostatnich dni już się nie dam. Cicho przemykam po mieszkaniu, by nie obudzić śpiącej ciotki i bunkruję się w samoczasie.

Plan na dziś: brak planu. 
Niekreatywnie, bezproduktywnie i bezwstydnie leniwie przepieprzyć każdą godzinę. Obowiązki ograniczyć do minimum: umyć się, przygotować obiad dla wychodnej dwójki, zetrzeć tylko to, co się wyleje, suche pranie może powisieć jeszcze dwanaście godzin. Przyjemności zwiększyć: posłuchać, poczytać, pooglądać, pogadać. A przede wszystkim - ponudzić się - dobro jedyne w swoim rodzaju. Dobro ostatnimi czasy rzadkie. Zignorować święta, zignorować listę rzeczy do zrobienia, zignorować powinności matki polki i żony idealnej. Czas dla mnie. Nadzorowany wyłącznie przeze mnie. I uprzejmie proszę nie przeszkadzać. Do szesnastej. Po szesnastej wyłączę egoizm.


11.12.14

Dwanaście miesięcy temu dzieliłam się z Wami moimi delikatnymi obawami, że przyszłość Lulencji rysuje się mocno niestandardowo. Przeciwności losu mogące czyhać na zakonnicę parającą się szeroko pojętą sztuką awangardową mogą być absolutnie nieprzewidywalne. I powiem szczerze: rok później oddycham z ulgą. Dziecko mi normalnieje i patrząc na jej obecne zainteresowanie nawet z prozaicznego, bo finansowego punktu widzenia powinno już pójść łatwiej. Wybór drogi życiowej Lulencji na dzień dzisiejszy szczęśliwie się rozszerzył, albowiem obejmuje trzy nurty.

1. Fryzjerstwo damskie
Ogromne postępy czyni moja pierworodna w zakresie czesania, układania fryzur, ogólnie włosami zainteresowania. Wyposażona w grzebień, szczotkę i cierpliwą modelkę (np. podsypiającą matkę) potrafi spędzić w zapamiętaniu kilkanaście dobrych minut powodując relatywnie niewiele szkód. Biorąc pod uwagę jej młody wiek i niskie doświadczenie zawodowe te kilkanaście wyrwanych włosów za każdym posiedzeniem możemy wliczyć w koszty. Jedyne co wymaga większej uwagi to umiejętności interpersonalne. Zwracanie się do usługobiorczyń per "Jakie masz straszne kudły!" nie przysporzy jej oszałamiającej liczby klientek. 

2. Medycyna alternatywna w zakresie profesjonalnego stawiania baniek
W tym przypadku pokrętnie zadziałała jedna z technik negocjacyjnych, o których pisałam poprzednio. Zabieg stawiania baniek na pierworodnej w celu wypędzenia paskudy chorobowej mimo wysokiej skuteczności jest zabiegiem wysoce traumatogennnym. Stąd matka widząc jak pierworodna wzięła bańkę do ręki bez efektu obrzydzenia tudzież innej histerii postanowiła pójść za ciosem i zaproponowała zastosowanie tejże bańki na sobie. I tak rozpoczęła się kariera Lulkowej praktyki stawiania baniek bezogniowych ordynowanych: poduszkom, kocom, tygrysowi, który ciągle kaszle oraz świergolącemu sztucznemu ptaszkowi. Biorąc pod uwagę rosnącą popularność medycyny niekonwencjonalnej przyszłość tu widzę świetlaną. Co więcej, zabieg ten coraz częściej łączony jest z wykonywaniem zastrzyków strzykawką laboratoryjną o objętości 100 ml (skitraną z matczynej uczelni), co pozwala żywić nadzieję, że odrzwia medycyny klasycznej również stoją przed dzieciem otworem.

3. Ekwilibrystyka
Tak, wiem, nie ma się co spodziewać, że zawód ten przyniesie jej zatrważających profitów finansowych, ale jak wiadomo, nie o pieniądze zawsze chodzi. Grunt, to się w pracy spełniać. Podług moich obserwacji Lulka spełnia najważniejsze kryteria predestynujące do wykonywania tego zawodu: lekkość, zwinność, mocno rozwinięty zmysł równowagi. Ba! codzienne ćwiczenia dodatkowo ułatwiają jej start zawodowy. Spośród naszej trójki tylko ona perfekcyjnie wynajduje najmniejsze wolne przestrzenie w codziennym pierdolniku podłogowym tworzonym przez wysypane wszelkie zabawki, jakie dostępne są w zasięgu wzroku i ręki. Podczas gdy matka z ojcem klną i flufczą na każdy nadepnięty klocek, kulkę, puzzel - dziecko biega między nimi ignorując wszelkie prawa rządzące obiektami znajdującymi się w ruchu jednostajnie przyspieszonym. Nieomal fruwa nad całą powierzchnią płaską nie poruszając ni jednego elementu, a zachowując niezmącony balans ciała. Kariera artystki cyrkowej tudzież linoskoczkini światowej sławy już przesądzona.

Jak widać głowa matki spokojnieje. Lulka nie da sobie zginąć w życiu. Ufam tylko, że  dokona wyboru, bo nie wyobrażam sobie jednoczesnego stawiania baniek i podkręcania loków na linie zawieszonej między dwoma wieżowcami. To by było stanowczo za wiele na słabe serce matki.

*Obraz to "Ekwilibrystka" autorstwa Jacka Laudy.

9.12.14

Wielokrotnie pisano już o nowych poziomach, które osiąga się stając się rodzicem: niższe zapotrzebowanie na sen, zwielokrotniona cierpliwość, wyższa kreatywność, większa pojemność serca (źródło: WAN*). Zgodnie z prawie trzyletnimi obserwacjami Autorki wraz z dorastaniem i rozwojem dziecięcia wzrasta rodzicielski kunszt negocjacyjny opierający się na trzech prostych zasadach, dzięki którym znacznie obniża się stresogenność dnia codziennego.

1. Zasada przekory
Punktem wyjścia do jej stosowania jest dokonanie założenia, że osobnik, z którym podejmujesz negocjacje na wszelkie werbalizowane prośby reaguje w sposób przeczący. Jeżeli mimo wspomagania się szeroko znaną i akceptowaną techniką "zdartej płyty" nie osiąga się satysfakcjonującego efektu, należy uskutecznić zasadę przekory. Według niej pożądany efekt uzyskuje się jedynie poprzez odwrotne ukierunkowanie prośby, zgodnie z przykładem:

Jeżeli celem jest, by osobnik nie zapalał światła, niezależnie od powodu (troska o środowisko, paskudna migrena, konieczność położenia osobnika spać) to zamiast tracić nerwy na "Zgaś to światło, proszę" za którym niezmiennie podąża "Nie!" lepiej zaproponować "Proszę zapal to światło. Ale w tym momencie". Po krótkiej około 10-sekundowej konsternacji osobnika trświatło zostanie zgaszone, ergo: cel osiągnięty. Istotne jest by nie opatrywać zaistniałej sytuacji żadnym komentarzem, gdyż grozi to rozpoczęciem negocjacji od nowa. 

2. Zasada nieracjonalności
Czasem staje się twarzą w twarz z osobnikiem, po którym standardowe argumenty spływają jak przysłowiowa woda po przysłowiowej kaczce. Prowadzenie negocjacji staje się mocno utrudnione i wymaga zaangażowania zwłaszcza prawej półkuli mózgu z naciskiem na płat ciemieniowy odpowiedzialnego za myślenie abstrakcyjne. Należy podkreślić, iż dla prawidłowego i efektywnego wdrażania tej zasady konieczne jest spełnienie kilku czynników uwzględniających m.in. wcześniejsze podkręcenie aktywności intelektualnej mózgu (szczególnie polecane jest wspomaganie się ogólnie dostępnymi suplementami kofeinowymi), zaniechanie odruchu śmiechu oraz zachowanie tzw. "kamiennej twarzy". Jeżeli osobnik, z którym podejmuje się negocjacje wyczuje fałsz, tudzież stwierdzi, że kolokwialnie mówiąc "jest robiony w bambuko" wszelkie wysiłki spełzną na niczym. 

Przykład: 
Jeżeli zależy ci na tym, by osobnik do lat trzech położył się spać na rozłożonym łóżku zamiast pozostać w pozycji skośno-embrionalnej w kącie należy przygotować się, że wraz z poziomem zmęczenia osobnika stosowanie argumentów racjonalnych będzie spadać. Żadne "rozłóżmy, żebyś nie spadła", "zmieścimy się obie, położymy się razem" nie dadzą rezultatów satysfakcjonujących obie strony. Dopiero podkreślenie, iż jedynie po rozłożeniu łóżka uzyskamy idealny kąt do wciśnięcia weń krowy, psa i Gromita stanowiących nierozerwalny trójkąt pozwoli złapać uwagę osobnika na naszej osobie. Gdy jeszcze podkreślimy fakt, że kolejka potrafi zasnąć tylko na miękkiej powierzchni płaskiej z dala od nóg właściciela, to efekt horyzontalnego ułożenia osobnika pozostaje w zasięgu ręki. 

3. Zasada samodojrzewania 
Zgodnie z trzecią zasadą należy pozwolić osobnikowi na samodzielne dojście do słusznego rozwiązania poprzez stosowanie bodźców wyłącznie niewerbalnych. Należy się wyposażyć w szerokie pokłady cierpliwości, nie rejestrować nerwowo upływającego czasu, a najlepiej zaordynować melisę przed (sobie i/lub osobnikowi). Wielkość pokładów oraz wymagany czas do uzyskania efektu pozytywnego rośnie wprost proporcjonalnie do wieku dziecka, dzieciom starszym można natomiast aplikować wyższe dawki naparu ziołowego. 

Przykład: 
Jeżeli rodzicowi brak sił/ochoty/nastroju na tzw. użeranie się z osobnikiem wykazującym cechy zmęczenia przekraczającego poziom akceptowalny należy wdrożyć następującą procedurę. Dziecku zaleca się kontynuowanie zabawy aż do ekstremum, samemu jednocześnie układając się w łóżku i zamykając oczy pamiętając by być na widoku dziecia. Mając do czynienia z osobnikiem do lat trzech należy co jakiś czas otwierać naprzemiennie jedno z oczu, by zapobiec klęskom żywiołowym w postaci sudocremu w dywanie lub kałuży siuśków na świeżo wymytej podłodze. Po upływie określonego czasu (mocno zależnego od genotypu osobnika, ogólnie mówiąc: prędzej lub później) osobnik w wyniku działania bodźców niewerbalnych (leżący rodzic ewentualnie dyskretnie pochrapujący) sam przypełznie, przykluszczy się i powoli zaśnie. Czasami konieczne będzie wykonanie dodatkowej pracy w formie przytaszczenia koca, poduszki i Gromita, ale w sposób istotnie statystyczny podwyższa to poziom efektu. 

Pilni z Państwa na pewno wychwycili, iż ostatnia scenka stanowi zgrabne połączenie zastosowania wszystkich trzech zasad, co jak wykazały wstępne badania WAN, znacząco zwiększa efektywność omawianych technik negocjacyjnych. I jeszcze jedna uwaga końcowa: świadomie wprowadzono szczególnie wysoką selektywność w doborze przykładów obrazujących stosowanie omawianych zasad, ale z ręką na sercu - czy znają Państwo trudniejszy problem do rozwiązania we współczesnym świecie niż dzienne usypianie wyczerpanego dziecka do lat trzech?

*- Wszystkobadający Amerykańscy Naukowcy

8.12.14

Ostatnie dni mijają zdecydowanie pod znakiem męża mego osobistego. Najpierw piątek zakończony karczemną awanturą (ok, przyznaję się - spory procent udziału w niej mój). Potem sobotni dzień, gdy nagłe zmęczenie mijającym tygodniem (tudzież matkową awanturą) ogarnęły ślubnego. Machnęłam ręką zapowiadając, że w niedzielę to ja śpię do oporu.... Taaaa. Nie było mi to dane, bo wraz z niedzielą, kilkadziesiąt minut po jej nastaniu, rozpoczęła się noc pełna wrażeń mocno negatywnych, dokładny opis pozwólcie ominę. Sen krótki, dwugodzinny, troska o tatuśka, od 6.20 trzeba było wrócić na posterunek z samym dzieciem, które na szczęście nocne przypadki przespało. Dzień ten chcemy kolektywnie jak najszybciej z pamięci usunąć.

Przyszedł poniedziałek. Tatek ledwo silny, ale obecność w pracy konieczna, choć na kilka godzin. Dzień zaczął się pięknie, po raz pierwszy od iks miesięcy spokojnie wypiłam kawę i spożyłam śniadanie przed wstaniem dziecięcia - ba! olałam wizytę u pediatry, by nie musieć budzić bestii (w sumie to przesunęłam na popołudnie, wygodna matka ja). Oczywiście jak tylko się pochwaliłam trzy minuty później bestia się zbudziła, ale i tak doceniam. Wyprawienie tatuśka do pracy słowami: "Nie siedź za długo, przyjedź jak najszybciej, bo słabizna jesteś". "Tak, nie zamierzam długo siedzieć". Dobrze więc. 

Dzień jak dzień, zabawy, inhalacje, obiadu gotowanie, więc kontrolny telefon do tatuśka koło południa z zapytaniem kiedy będzie. Telefon nieuskuteczniony, albowiem "abonent czasowo niedostępny". Ok, bywa, może się rozładował, chociaż to nietypowe dla tatuśka. Pół godziny później telefon ponowny. Znów "abonent....". Dzwonię więc do pracy, nikt nie odbiera. Mieli mieć zebranie, może nie skończyli, ale sytuacja powtarza się po dwudziestu minutach, trzydziestu, i kilku kolejnych dziesięciu. Nerwowe obgryzanie paznokci, sprawdzanie telefonu, projekcje recydywy zdarzeń nocnych. I narastający wkurz, bo zapewne wytłumaczenie jest banalne - choćby ta padnięta bateria. Kładę dziecia na drzemkę, skarżę się na chłopa żądna mordu, ale głównie informacji. 

Dzwoni po 15, z zapytaniem "O której mamy tę wizytę z Lulką?" słysząc na dzień dobry "Zabiję cię, ukatrupię, jak tylko wrócisz do domu". Wielce zdziwiony nerwem mym tłumaczy się słowami "Zapomniałem włączyć telefon". "Tak? Pogadamy w domu". Dojechał cały, więc od progu bez skrupułów ani szansy zdjęcia kurtki i butów słyszy ode mnie tysiące wyrzutów, których repertuar zna zapewne każda wkurzona do potęgi żona. Niestety i chłop nie jest w ciemię bity, więc dłużny mi nie pozostaje. I poniższe dwie konwersacje z pewnością uprawomocnią dokonanie mordu, ekshumacji, a następnie czynu kwalifikowanego jako zwłok bezczeszczenie.

W trakcie wyrzutów najcięższy kaliber zostawiłam na koniec. 
"A gdybym zaczęła wtedy rodzić i dzwoniłabym po ciebie, to co?"
"Och, na pewno zadzwoniłabyś po teściową" ze słodkim uśmiechem oznajmuje mąż.

Kilkadziesiąt minut później. Smęcę, że trzy tygodnie przed porodem (cholera, to już?!) powinnam zamiast nerwów, z dzieciem przesiadywania i biegania gdzie się da, tylko leżeć i pachnieć. Na co chłop: "To czemu nie pachniesz?". 

Dobić to mało. Choć jak pisała jedna z Was - z chłopami źle, bez nich jeszcze gorzej - to powiadam: tej drugiej części chłop mój długo nie usłyszy. Choćby codziennie przynosił mi pączki.

6.12.14

Szkrabol podrzucony tatuśkowi (po spaniu do 9.00, a potem jeszcze przedobiedniej dwugodzinnej drzemce - tatuśka, nie mojej), można zasiąść do krótkiej relacji z tegorocznych Mikołajek. Uprzedzam - normalnie być nie mogło (vide przypadek zeszłoroczny: 1, 2, 3). Przy czym świadomość Mikołaja jako czerwonoodzianego brodacza, co to odwiedza wszystkie dzieci (skąd ta paskudna dyskryminacja niegrzecznych bachorów?) u pierworodnej już wystąpiła.

Podejście pierwsze:
"Kotuś, co chcesz od Mikołaja na prezent?"
"Klocki Lego z panem farmerem i skarpetki z reniferem". Okeeeej. Obie rzeczy już posiada. 
Podejście drugie: 
"Kotuś, ale tak naprawdę, co byś chciała dostać od Mikołaja?"
"Nic!". Podkówka. Wtf?!
Podejście trzecie (oddalone w czasie):
"Kotuś, wiesz, że do żłobka przyjedzie Święty Mikołaj. Będziecie robić sobie z nim zdjęcia".
"Ja nie chcę Mikołaja!" Ryk. Wtf, wtf?!
No to nie wpisujemy na żłobkową ekstra listę do zdjęć mikołajowych, nic na siłę.
Podejście czwarte:
Lulek sama z siebie w trakcie wspólnego rysowania
"Mama, namaluj tu Mikołaja, ale z prezentami". W matkę wiara wstąpiła, że może coś zmieniło.
"Dobrze, kotuś. Już rysuję. A co byś chciała od niego dostać?"
"Nic, ja nie chcę prezentu od Mikołaja. Tylko go tu narysuj". Facepalm - nie wiem, czy większy w wykonaniu moim (wątpię we wszystko co możliwe) czy Lulki (matka, gdzie twoja logika?).

Koniec końców luzujemy. Idziemy na żywioł. A tak naprawdę odpuszczamy - co będzie to będzie. I nie wiem, czy w ogóle wypada przyznać się jakimi to wyrodnymi rodzicami jesteśmy, bo dzieć rzeczywiście dostał dzisiaj z rańca prezenty, ale żadnego sami nie kupiliśmy. Za jeden odpowiedzialna jest Potwora Wózkowa. Za drugi żłobek, bo mimo, że zabunkrowane jesteśmy zapaleniowo w domu od tygodnia, to przy okazji ojcowej wizyty w przybytku w celach administracyjnych przekazano nam paczuchę dla Lulencji. I będąc mocno praktycznymi (tak się teraz subtelnie określa skąpstwo ;) rozważaliśmy nawet podział, by część nie przeszła na Wigilię, ale matka by w nocy nie spała, gdyby prezentów pożałowała.

Przyszedł ranek. 6.20. Dziecię po ciemku sprintem do mnie. "Mama!" No tak, prezenty zobaczyła, chce otwierać. Ale nie. Woła "Mama, gdzie jesteś?". To biorę barbocla do swojego wyra z płonną nadzieją na dospanie. Leżymy 10 minut. Potem zwyczajny początek dnia i przez dwie godziny pannica się nie orientuje, że koło jej łóżka leżą paczki. Już po śniadaniu, po inhalacji, po koncercie pianinkowym i nic. Czekam, może tatusiek wstanie w końcu szanownie z wyra i zasugeruje sprawdzenie ewentualnej prezentowni, ale ten wciąż chrapie w najlepsze. To biorę dziecię za rękę niby żeby wybrać wdzianko na dzisiaj (tak, ganiałyśmy dwie godziny w piżamach) i ... panna zaskakuje. Oczka rozświetlone, oddech przyspiesza. Radość widzę, radość. 
"Mikołaj zostawił mi prezenty!"
"Tak kotuś, tak jak mówiłyśmy: Mikołaj przynosi dzieciom prezenty i zostawia w nocy. Tobie też zostawił".
"Ale tak na niby".
"Co tak na niby?"
"Mikołaj na niby"
"A dlaczego Mikołaj na niby?"
"Bo ma taką brodę."

Oficjalnie wymiękam. Potrzebuję tłumacza, który zrozumie moją własną osobistą córę. I nie mam już wyrzutów sumienia, że wyjadłam czekoladową część jej żłobkowej paczki.

4.12.14


Pobudka o 7.00 (dzieć wykazuje się dziś łaskawością), "Poranny cukier-lukier" tylko bez wyjazdu. Śniadanie. Z racji wysokiej selektywności  dziecięcia opcji do wyboru jest tylko kilka. Gorzej, gdy na początku wrzaśnie "Owsiankę!", ty robisz, a w trakcie panna wymyśli ednak płatki z mlekiem. Owsiankę zjesz ty, lecz na widok płatków znów buźka w podkówkę i "Przecież chciałam parówki". Płatki out z miski, mleko do kubka (smętną resztkę zostawiasz do kawy). I dziękujesz opatrzności, że nie zapomniałaś wczoraj kupić tych parszywych parówek. Kiepsko, bo zostałyście bez mleka. Inhalacja - 15 minut względnego spokoju, trzymasz bajkę, "Mama, katar!", wertujesz gazetę sącząc kawę. Prawdziwa chwila dla Ciebie! 

Kolejne godziny: mycie garów, odkurzanie, nosa wieczne odsmarczanie. Dyskusja, że inhalacja (a więc kolejna bajka - spryciula jedna!) będzie dopiero za godziny cztery, puszczanie prania (uff, tu można zaangażować dziecia), w wolnej chwili "Kopciuszek" czytany po raz setny. W między czasie jakaś powódź, porwanie kremu w celu szyb wysmarowania. Coś zimno, okna pozamykane, piec nie grzeje, znów mała paskuda przestawiła termostat na 7,5 stopnia. Fruuuk! zawartość Lulkowego pudła ląduje na podłodze wyrzygując z siebie: klocki, karty, piłki, bębenki, pałeczki, młoteczki - czego tam nie ma. Lulka dzierży wielki uśmiech, a ty bluzgi międlisz w ustach. Torujesz przejście i pilnujesz, by znów nie zasypało. Nieśmiertelne pianinko i dziecię, które niby uczy się ściszać, jednak volume podkręca na maksa. Mamy glejt na krótkie spacery, mimo choróbska, więc decyzja "Idziemy po mleko", bo oszaleję. "I soczek mamo!". I soczek.

Siku, rajtki, spodnie, sweter, kurtka, siku, rajtki, spodnie, sweter, kurtka. Wychodzimy, fuck! bez rękawiczek. Dobra, nie wracamy, bo już nie wyjdziemy. Szybki trucht, sklep, od progu "Mamo, soczek z rurką". "Dobra kotuś, tylko najpierw inne rzeczy z listy". Kupione, zapłacone, wracamy. Przed klatką "Mamo, nie chcę do domu, chcę na spacer, na plac zabaw!". Tłumacz dziecku, że pan doktor nie pozwolił (i jak tu utrzymać dobry PR dla swojego pediatry?). Przekupstwo w postaci żelków, co to w domu leżą jeszcze działa. 

Rozbierz dziecko, rozbierz siebie, "Cholera, śmieci". Nim zdążysz się przebrać w wygodniejsze ciuchy krzyczy dziecię: "Mamo, patrz, rozlałam soczek. Mamo, tygrys zrobił siku". Z jedną nogą w dresie kicasz, by sprawdzić, czy tym tygrysem nie jest jednak Lulka. Tym razem nie. Ale to chyba tygrys porozwalał wszystkie układanki tak, że podłogi w pokoju lulkowym nie widać. "Kotuś, ja nie będę tego sprzątać" (choć i tak za godzinę będziecie robić to razem w rytmie 10 na 1). Patrzysz na zegarek, fuck! to już 12, a ty obiadu nawet nie zaczęłaś. Nastawiasz obiad (żurek został z wczoraj), nakłaniasz na siku, wieszasz pranie, śpiewasz "Jagódki", obierasz jajka ("Mamo, ja nie zjem żurku!"), czujesz swąd. Fuck! żurek. Próbujesz - nie damy rady. Jesteśmy bez zupy. Super fucking great. W międzyczasie dzieć dobrał się do jajecznych obierek i podlał zimną kawą, która niedopita z rana stała sobie obok. Tyle dobrego, że dzisiaj nie myłaś podłogi. Bronisz ryż przed losem żurku, zgarniasz surówkę z lodówki, smażysz paluszki rybne, bo szybko trzeba dzieciowi brzucho napełnić. Siebie ganisz i obiecujesz żywieniową poprawę. 

Cholera! inhalacja. Wóz albo przewóz, obiad albo wziewy. Dwie rzeczy nie przejdą bez histerii dziecia. Zła, zła matka wybiera opcję pierwszą, bo głód zaspokoić to potrzeba pierwotna. Przychodzi dzieć "Surówki nie chcę. Zjem ryż!". Ok, jedz co chcesz, ale zjedz. Przypominasz sobie o soczku i tych pięciu żelkach, więc pewnie obiadem wzgardzi jak nic. Mylisz się niewiele - trzeba było inhalację wybrać. Dziecię wstaje od stołu, rzecze "Jestem zmęczona, idę odpocząć!" najpiękniejsze zdanie. Nasłuchujesz czy śpi rzeczywiście . 

Boisz się oddychać, czajnik nastawić na tę drugą kawę. Zupinę nową zrobić, posprzątać, drugi raz w ciągu dnia na zadzie choć na pięć minut przysiąść. Z tą kawą. Zupa już pyrka, gary myjesz, tu jest ten dozownik, coś go pół ranka szukała, a teraz jak może tak drwić? Zabawki z salonu w końcu sama składasz. Ablucje w łazience, telefon, biegniesz w negliżu, wołasz do słuchawki "Za chwilę, nie teraz!", bo pęcherz nie sługa. Mieszasz zupę, dwa słowa do postu, dmuchasz na makaron, kolejne trzy zdania. Jeszcze tylko myśl, że pięć minut mi trzeba, by tę kawę wypić, lecz dzieć się budzi, mąż wraca. Lejesz zupę i dumasz - jak to możliwe, że wystarczył rok w pracy, a ty znów jak we mgle. 

3.12.14

Miałam ci ja w planach poważniaka o strachach i lękach matki debiutującej powtórnie. I pojawi się on, ale nie dzisiaj. Potrzebuję do tego więcej czasu i spokoju, a tego mi brakuje. 

Okazało się bowiem, że pierwszy tydzień matki przedporodowego odpoczynku z relaksem wiele wspólnego mieć nie będzie. Kiełkujące zapalenie oskrzeli pierworodnej skutecznie zapobiega nudzie, zgnuśnieniu i rozleniwieniu. I jak pisałam już na fb: Co tam kosmos, co tam Himalaje. Szczytem ludzkich możliwości jest nakłonić chyrlającą prawie-trzylatkę, by nie biegała. I nie, nie udało mi się tego dokonać. Dodatkowym utrudnieniem jest bowiem pewna niechęć przed przywiązaniem wspomnianej do kaloryfera (proponowane onegdaj przez siostrę matki ;) tudzież zastosowaniem końskiej dawki melisy (proponowane przez chłopa swego osobistego). Ta ostatnia propozycja pojawia się notoryczne również porą wieczorową, albowiem panna wymyśliła sobie, że zasypianie przed 21.42 jest oznaką frajerstwa. A usypiać też nie może każdy - tę zdolność tajemną posiada tylko i wyłącznie matka. I kij z tym, że wspomniana godzina jest jednocześnie pobudką dla dziecięcia nienarodzonego traktującego wnętrze matki jako poligon doświadczalny, wiec wije się matka, by umknąć kopniakom jednocześnie nie budząc przytulonej Lulki. Już się boję, co będzie jak ten dzieciór z łona wyjdzie. A propos: szykuje się powtórka z rozrywki. Dziecię na razie nieduże - 2626g, to może szybciej da się wypchnąć, ale zgodnie z dzisiejszym usg dyrdać z bęcem będę się co najmniej do Trzech Króli. Cieszyć się czy płakać? Choć przyznać trzeba, że Lulencja mocno i sumiennie się stara, by szybciej powitać rodzeństwo na świecie. Mówi się również, że to ciężarne mają jakieś fanaberie smakowe. A figa z makiem! Tylko trzylatka może zjeść: siedem żelków, trzy plasterki kiełbasy wiejskiej, trzy paluchy włoskie, a na koniec zażyczyć sobie serek-deserek o smaku truskawkowym. W tej właśnie kolejności. A na koniec parę perełek Lulkowych z ostatnich tygodni, bo sypie nimi w ilościach hurtowych:

Jedziemy samochodem.
"Mamo, puściłam bączurka".
"Co się mówi, kotuś"
"Dziękuję za pysznego bączurka!" (błagam niebiosa, by nie powtórzyła tego wyczynu w autobusie).

Marud, marud, marud wieczorny. Wlecze się dziecię do łazienki.
"Co się dzieje Lulkuś?"
"Bo ja już nie chcę chodzić." (ledwo się toto nauczyło, a już się nie chce. Strach pomyśleć, co będzie potem).

"Lulkuś, jakiej piosenki nauczyłaś się dzisiaj w kościólku?"
"Siabada, siabada, siabada...."

Domofon. Lulka z Tatuśkiem wraca. "Mama, wyjdź na balkon" (z balkonu widać, kto stoi przy domofonie). Wychodzę. Widzi, macha, mówi : "Mama, idź do domu, bo wieje wiatr". Say what?

Siedzi toto pod stołem, rajdoli do siebie. "Znowu wymyśliłaś mycie naczyń". Jak mogłam, no jak?!


1.12.14

Dziecko jak dziecko. W różnych okresach życia znajduje sobie hobby wszelakie. W pierwszych miesiącach jest to spanie, jedzenie oraz kupkowanie połączone z symultanicznym i nad wyraz ekspresywnym wyrażaniem potrzeb znanych i nieznanych. W każdych innych króluje demolka, dezintegracja, destrukturyzacja każdego napotkanego przedmiotu, które zawsze można podpiąć pod pojęcie zrównoważonego rozwoju.

Nasze dziecię, jak każdy prawidłowo rozwijający się prawie-trzylatek (bo jak się ma 2 latka i osiem miesięcy to jest się już prawie-trzylatkiem, c'nie?), może nie zna teoretycznych podstaw tych językołamaczowych pojęć na de - ale w praktyce stosuje je zaskakująco trafnie. Ale! Jedna mała iskierka w oddali się tli. Dziecię wchodzi bowiem powoli w buty matczyne i momentami prawie przewyższa mnie zdolnościami ogólnodomowymi, a chęciami w ich czynieniu to już na pewno.

Zwyczajne weekendowe przedpołudnie. Wychodzę na chwilę z pokoju, wracam - stoi z tatką i razem doprawiają zupę: tu listek, tam zielsko, kminku szczypta i papryka, mieszu, mieszu, "Mama, ja doprawiam!". Wszystko chlup ląduje w zupie przy szerokim rechocie dzieciowym. Dzień inny. Cisza przedłużona, matka się niby cieszy, ale idzie sprawdzić. Dzieć w tym czasie uskutecznia slalom między nogami, podwędza matce ściereczkę, sprintem do łazienki, moczy w umywalce (łącznie z połową siebie) i biegnie, biegnie do każdej powierzchni płaskiej, którą ochoczo zalewa, wyciera, zalewa, wyciera, aż do napuchnięcia paneli. "Mamo, umyłam podłogi!". Największą atrakcją, by dziecia zająć to: mycie luster (psik!, psik!), nastawianie, wieszanie oraz zdejmowanie prania (najchętniej tego mokrego), zamiatanie prawdziwych i wyimaginowanych śmieci - czyli wszystkie czynności, które dla większości populacji babskiej są tylko nużącym elementem codziennej rutyny (za wyjątkiem oczywiście akolitek PPD).

Tylko, tylko! czemu jak poprosić o poukładanie rozpirzonych książek, zebranie kredek, rozsypanych klocków tudzież jeszcze bardziej bólo-i kontuzjogennych "cyferek" to opcja Perfekcyjnej Małej Pani Domu nagle przełącza się w stan uśpienia? Dlaczego własnoręcznie rozlane mleko nie chce się własnoręcznie pościerać? Dlaczego selektywna percepcja uaktywnia się w tak młodych jeszcze organizmach? Ot, kolejna nierozwiązana tajemnica ewolucji!