29.1.15

Ostatnio wszelkie kwestie dotyczące edukacji seksualnej i jej pochodnych są na szczycie zainteresowania polskiej rzeczywistości medialnej. Spora część społeczeństwa burzy i wyklina, że edukacja ta, prowadzona jeszcze nie daj losie w szkole, to wymysł prowadzący do niepożądanych zachowań młodzieży. Ale nie da się tak proszę Państwa. Jest to bowiem wiedza jak najbardziej przydatna, a gros odpowiedzialności za jej przekazanie dzieciom spoczywa tak naprawdę na nas - rodzicach. Jeśli jednak krępuje nas rozmowa, przez usta nie przejdą "te" słowa to niezawodna Matka ochoczo przybywa z pomocą. Gwoli ścisłości - nie Matka, ale pewien zwierz.

Poniżej zamieszczona jest krótka historia pewnej miłości okraszona cennymi radami typu: jak Ci kobita zajdzie w ciążę kup jej korale, będzie najszczęśliwsza. Natomiast od 3:20 prawdziwe cudo: poród na żywo. Nie potrzeba drobiazgowych wytłumaczeń. Gdy się dzieć starszy pyta: skąd się wzięła siostra/brat puszczasz Kreta i masz to z głowy. Jedynie terrorystki laktacyjne mogą bojkotować, bo jak to z butlą od razu do dziecia? Pozycja wertykalna nie proponowana. Wyciskanie dzieci z brzucha też nie najlepszym pomysłem, ale nie czepiajmy się, proszę.

I jak powszechnie wiadomo: najlepszymi położnikami są ślepe zwierzątka, o!




27.1.15


Chwilowy odwyk od żłobka Starszej spowodowany zasmarczeniem w połączeniu z ogarnianiem Młodszej nie przebiega aż tak katastrofalnie jak zakładałam jeszcze parę dni temu. Spora zasługa tatuśka, który odpuścił wyjazdy do pracy rannym świtem tylko pozwala mi dospać po nocnych bojach z Anulką (jutro już nie będzie tak pięknie). Nie mogę jednak nie wspomnieć o moich dotychczas skrzętnie ukrytych zdolnościach synchronizacji drzemek Starszej i Młodszej, dzięki czemu zyskuję kilka chwil na: a) ogarnięcie hacjendy po szturmie jednoosobowej bojówki; b) odpaleniu facebooka, by perfidnie podbudować się na duchu, że nie tylko ja mam burdello; c) wypicie kawy i schrupanie paru biszkoptów (czy można żyć na biszkoptach?).

Ale póki starsza część dzieciarni nie śpi trzeba jej jakoś zorganizować czas. Farbki, kredki, klocki, układanki, bajki, książki, ciastoplasto - wszelkie chwyty dozwolone zwłaszcza jak musimy odpuścić spacery. A ostatnio coraz częściej w sukurs idzie realna wyobraźnia Starszej. Bawimy się, proszę ja Was, w żłobek. Ale nie byle jaki - w żłobek prawdziwy, do którego panna uczęszcza uwzględniając rzeczywiste osoby, rytuały, zachowania.

Ciocia I. od rytmiki. Pani od angielskiego. Ulubiona ciocia A. W te osoby zazwyczaj wciela się matka organizując życie żłobkowe, choć nie oszukujmy się - kierowniczką i tak jest Lulka. Ona decyduje, gdzie przy stole usiądzie Zosia G., gdzie Oliwka, Sebuś a gdzie Antoś. Ona przybiega z bolącym paluszkiem krzycząc: "Matylda mnie uderzyła!", a ja mam obowiązek pouczyć żłobkowego zbója Matyldę, że bić nie wolno i kropka. Lulka wołająca dzieci na nocniki. Lulka pytająca "Czy dzisiaj jest środa, będzie ciocia I.?" za czym idzie seria tańców do piosenek ordynowanych przez pannę. Lulka jako ciocia wydająca dzieci popołudniami krzycząc do domofonu: "Przyszła mama Kini, Kinia pa!".  

Taka zabawa nie tylko pełni funkcję stricte rekreacyjną, ale również informacyjną. Dla mnie. W taki pośredni sposób dowiedziałam się, że gdy dzieci zbyt mocno szaleją mają nakaz iść do stoliczka i tam posiedzieć (za karę czy by odpocząć? do tego jeszcze nie doszłam). To, że w żłobku nie jedzą widelcami tylko łyżkami, nawet drugie danie. Że mają podnosić rękę, gdy chcą dokładkę. Że ciocie siedzą przy nich, gdy zasypiają. Że mogą spać z przytulankami - ukochany biały miś. Lecz również, że Lulka po drzemce płacze i pyta, gdzie jesteśmy i kiedy przyjdziemy. 

Informacje pozyskane w ten sposób z pewnością nie mogą być brane w sposób stricte dosłowny i niepodważalnie wiarygodny, ale i tak czuję się pewniej. Skoro tak chętnie Lulka powraca do tego miejsca choćby w zabawie, zawsze pozytywnej, to może oznaczać, że zwyczajnie lubi spędzać tam czas, ba! tęskni? I może zbyt naiwnie, ale wierzę, że jeśli w ten sposób nie przekazuje negatywnej informacji zwrotnej (ewentualnych krzyków i gróźb cioć o przemocy nie wspominając) to nie dzieje się jej tam żadna krzywda. A krzywdy dziecka znajdującego się pod opieką innych boi się chyba każdy rodzic.

PS. Plus argument, że w żłobku po obiadku wszystkie dzieci obowiązkowo idą na drzemkę niepodważalny ;)

25.1.15

Minęły już pierwsze pięć tygodni Anulkowego życia, więc bez falstartu można świętować zakończenie okresu noworodkowego, a przywitać pełnoprawnego niemowlaka na pokładzie. Czas na pierwsze podsumowanie. Here we go!

Charakterystyka osobnicza mało specyficzna: 
Waga: nieznana, acz po każdym seansie bujania obstawiam minimum piątala.
Wzrost: 56 cm najmarniej. Pierwsze za małe wdzianka z taką metką już odłożone do szafy.
Zainteresowania: wiadomo - matka, w każdej pozycji, w każdej okoliczności, o każdym czasie.
Hobby: pobijanie rekordów w niespaniu dziennym na czas.
Zdjęcie: Panna jest w stanie niewyjściowym - syndrom trądziku noworodkowego - więc żeby mi za lat dziesięć nie wykrzyczała kompromitujących zdjęcia w sieci wszystkoprzechowywującej to portretu brak.

Jak nam minął miesiąc? Panna urosła, pychów nabrała, siności i zmarszczki na palcach straciła, włoski jeszcze się trzymają. Jak można wywnioskować ze skomleń codziennych największym wyzwaniem jest panny uspanie (ale to typowe dla całej progenitury Debiutujących). Najlepiej sypiała w szpitalu na wiecznie skrzypiącym łóżku, wiec rozważam zawarcie dealu z placówką na odstąpienie mebla. Oprócz tego zachowuje się jak typowy noworodek-niemowlak: zjada, wierzga, notorycznie obsikuje matkę (tudzież innego lekarza), za kąpielą nie przepada, za noszeniem w pozycji fasolki tudzież. I wrzeszczy, dzięki czemu w pewnych kręgach znana jest jako "wrzaskun" tudzież "rozdarciuch". Kolek brak, i dobrze, bo tego by jeszcze do szczęścia brakowało. Praktykujemy rodzicielstwo bliskości polegające na wywaleniu chłopa z małżeńskiego łoża oraz notorycznym noszeniu barbocla na matczynym ramieniu lewym. 

Pracujemy nad miłością siostrzaną, która w wykonaniu Anulkowym polega na wkładaniu paluszków do nosa/pachy/buzi Lulki, natomiast z drugiej strony objawia się codziennym porannym buziakiem, częstym głaskaniem tudzież pacaniem w czoło. W ramach rozbrajającej troski o Anulkowe przyszłe uzębienie panna Lulencja profilaktycznie unieruchamia smoczek we własnej paszczęce. Ponadto wyczuwam sugestię szybkiego wprowadzenia treningu czystości młodszej, co objawia się notorycznym podbieraniem Dady newborn do przewijania misiów, owiec i innych lalek, zostawiając matkę z ręką bez pieluch.

W obecnej sytuacji matce, a pewnie i ojcu, niewiele potrzeba do szczęścia prócz stałej dostawy pieluch, kroplówki z 5% kawy dożylnie oraz ciszy, odrobiny ciszy.

Pierwszy miesiąc zakończył się spektakularnym zasmarczeniem totalnym córki starszej dzięki czemu miłość macierzyńska w wersji podwójnej będzie w pełnej krasie całodobowo testowana już od poniedziałku.

22.1.15


Dziecko poszło spać, nakarmione, przewinięte, optymistycznie patrząc pośpi z godzinkę. Matka pomyślała, że odkąd pojawiła się drugorodna bardzo mało czasu ma dla siebie, o urodzie nie już nie wspominając. Długo nie myślawszy i zrobiwszy przegląd kosmetycznej półki decyzja: "Czas na łazienkowe zapachowo-maseczkowe domowe spa".

Jak pomyślała tak też zrobiła. Najpierw prysznic, by dwudniowy (niestety!) brud z siebie zmyć. Potem, ach szaleństwo! maseczkę sobie rzuciła na twarz. Musiała popatrzeć w lustro, lecz to niezbyt dokładnie odzwierciedlało facjatę. Myśli sobie matka: "Okularów nie mam, to pewnie dlatego". Skoro jednak nawet założenie okularów niewiele pomogło, matka decyduje: "Ach, niech będzie moja strata, umyję to lustro". Jak zaczęła lustrem, to skończyła na opucowaniu całej łazienki łącznie z podłogą i kafelkami za szafką. Zapomniała oczywiście, że maseczka to 10 minut miała działać, nie 45, ale gorzej z twarzą chyba być już nie może.

I w obliczu wyjącej syreny tyle było domowego spa. Chyba, że jako aromaterapię potraktować chlorowe wyziewy domestosu. Zatoki przeczyściło, to pewne.

19.1.15

Kolejne macierzyństwo zmienia perspektywę. Dzięki posiadanemu już doświadczeniu nie tylko wiesz, kiedy wyluzować, ale również świadoma jesteś swych wcześniejszych błędów. W związku z posiadaniem drugorodnej założyłam sobie parę planów. Miałam nawet o nich pisać, ale jako, że jeden właśnie został obalony to poczekam, by nie wyjść na gołosłowną. Ale do rzeczy. 

Zacznijmy od początku czyli jeszcze od Lulki. Powiwszy pierwszą córę przyznaję się bez bicia, że wiedzy dotyczącej karmieniem piersią nie miałam zbyt wielkiej. Intuicja przyjaciółką, zgodnie z zasadą: "tyle kobiet dało radę, nie dam ja?" Początki trudne, mętlik w głowie ogromny. Przy pierwszym dziecku robisz w gacie przy byle krosteczce, a każde stęknięcie lub płacz nieutulony powoduje panikę z histerią. Szukasz więc rozwiązań najszybszych, najprostszych. I my przy pierwszych dłuższych żalach (a było to gdzieś w drugim tygodniu życia) wyciągnęliśmy więc smoczek, który na dobre zadomowił się w Lulkowych usteczkach zapewniając jej sen a nam jakże pożądaną ciszę. Przedobrzyliśmy a w połączeniu z dopajaniem wodą i koperkiem (bo upały, bo problemy z brzuszkiem) laktacja poszła się paść. W efekcie braku przyrostu wagi i mało kompetentnej pomocy lekarskiej trzeba było na cito dokarmiać mieszanką. Wtedy nie znałam choćby bloga Hafijiwięc popełnionych błędów świadoma nie byłam. Złe samopoczucie „bo nie dałam rady własnego dziecka wykarmić” dopełniło suszy mlecznej.

Teraz bogatsza o lekturę mądrych treści i dobre rozmowy chcę powalczyć o nieco dłuższe karmienie. Zgodnie z wytycznymi Amerykańskiej Akademii Pediatrii (za: Hafija.pl) przy karmieniu piersią najlepiej wstrzymać się z podawaniem smoczka uspokajacza do czasu unormowania laktacji czyli przed ukończeniem czwartego tygodnia życia. Przyjęłam taką cezurę czasową i pierwsze tygodnie pozwoliły żywić nadzieję, że się uda. Lecz przyszły dni ostatnie… Dni nocnego Armagedonu, snu dwugodzinnego i obrzydliwego zmęczenia. Zmęczenia generującego wkurz na chłopa oraz irytację na starszaczkę, oba równie absurdalne. Oblicze kolejnego rozwrzeszczanego wieczora napełniało grozą. A gdy znad rozdartej Anulki warczałam bez sensu na Lulkę nie pozostało mi nic innego jak puknąć się w głowę, bo coś jest konkretnie nie tak. Chłop radośnie zasmokował Ankę, a ja poszłam tulić zasmuconą Lulkę.

Koniec końców w ciszy nocy zamiast spać - rozmyślałam. Najpierw żal: „Kurczę, nie tak miało być, skończy się jak z Lulką”. Ale potem przychodzi trzeźwiejsza refleksja: plany planami, ale nie można przedkładać uporu nad zdrowie psychiczne wszystkich członków rodziny. Dziecko wypoczęte, matka aż tak nie zmęczona, to więcej radości będzie ze wspólnego bycia. I potrafię się przecież na błędach nauczyć - precz z dopajaniem, smok w sytuacjach awaryjnych, gdy ludzka kołyska nie działa. 

A tuż przed zaśnięciem jeszcze jedna myśl dotarła: że bycie dobrą matką nie oznacza sztywnego podążania jedynie słuszną drogą. Wiele razy dojdziesz do ściany, będziesz musiała się poddać, choć walczyć zawsze jest warto. Rzecz w tym, byś w tej walce nie zatraciła jednego: że istotne jest dziecko, ważna jesteś ty, ale i tata i siostra. Czasem pozornie przegrasz, lecz na dłuższą metę uszczęśliwisz wszystkich: poświęconym czasem, ciszą, zwyczajnym spokojnym byciem. 

16.1.15

Niecały miesiąc minął od pojawienia się drugiego barbocla na świecie, a już czuję się bogatsza o wiedzę, której wcześniej nie dane mi było liznąć. Mądrości te uległy już popularyzacji na facebooku, ale zapisuję ku potomności i do własnej przytomności.


Pierwsza sprawa: posiadanie małego dziecka vel nocnego rozdarciucha jest jedynym akceptowalnym czynnikiem usprawiedliwiającym bezkarne dosypianie do 12.16 bez wyrzutów sumienia. Przetestowałam, przeanalizowałam, wyrzutów sumienia tudzież kaca moralnego brak. Jedynym skutkiem ubocznym może być postępujący ból skroni, ale to zapewne z powodu nie przespania nocy od dwudziestu pięciu dni.

Niepojęta jest zdolność spania noworodka pięćdziesiąt centymetrów od rozśpiewanej tudzież rozkrzyczanej starszej siostry. Ale żeby nie było tak pięknie właściwość ta objawia się jedynie w momencie, gdy dziecko już śpi. Bo sam proces zasypiania ze starszym rozdarciuchem obok graniczy z cudem. A przestrzeń czterdziestosiedmiometrowa utrudnia skuteczne odizolowanie.

Chwaliłam się również, że karmienie piersią może być jednym z czynników skutecznie propagującym czytelnictwo zwłaszcza w populacji kobiet w wieku rozrodczym. Niestety, biję się w mleczne cycki (boli!!), iż popełniłam falstart. Okazuje się, że dodatkowym elementem, w które powinna być zaopatrzona książka (a które jak zawsze chętnie przyjmę - wydawnictwa, you know what I mean) jest tzw. trzecia ręka. A jako, że obecnie nikt mi takowej nie zasponsorował pozostaje mi skuteczne odmóżdżanie i tak nadwątlonego umysłu przez społecznodoradcze audycje telewizyjne z cyklu "Trudne sprawy z życia wzięte". Doktorat nie doktorat, ale gówno o życiu do tej pory wiedziałam.

I na koniec jeszcze jedna sprawa - jeśli ktoś wam kiedyś mówił, że noworodek tylko je, wydala i śpi nigdy nawet nie stał obok noworodka. Ba, nawet go na oczy nie widział. Tyle w tym temacie.

14.1.15

Będąc córką matematyka nie dziwne jest, że moje życie kręci się wokół liczb. Pięćdziesiąt dwa złote, magiczna trzydziestka, osiem tajemniczych godzin. A dziś będzie o dwudziestu dwóch dniach.

Nieco ponad trzy tygodnie. Niecały miesiąc. Tyle czasu matka zabunkrowana była w czterech ścianach - najpierw szpitalnych, potem domowych. Przez dwadzieścia dwa dni oddychała matka głównie powietrzem mieszkalnym, które jakkolwiek by matka nie wietrzyła zawsze będzie odrobinę stęchłe. Dwadzieścia dwa dni tęsknie matka spoglądała przez okno na pola, po których gnał wicher, fruwały płatki śniegu lub paskudna mżawka spowijała płynną wilgocią. Dwadzieścia dwa dni, spośród których tylko kilka pozwoliło na przekroczenie progu, lecz był to jedynie próg balkonowy. 

Matka wiedziała, że kiedyś ten stan się skończy, choćby miała czekać do wiosny. Na szczęście czekała odrobinę krócej. Nadszedł ten dzień, gdzie wszystkie znaki pogodowe wskazywały, że można wyjść. Z noworodkiem wyjść. Słońce przecudnie powitało matkę w godzinach porannych, ruch zwiędłej trawy na polach wskazywał, że sztormy poszły już precz. Ach, jaką to radością matkę napełniło, bo oto spełni się dwudziestudwudniowy sen: tylko przyjąć położną i będziem wyruszać na podbój dobrze znanych chodników osiedla.

Właśnie. Położna. Niestety punktualność nie była jej ówczas mocną stroną, lecz pięknie wytłumaczyła się matce. Cóż z tego, gdy tuż przed przybyciem położnej dziecię zasnęło snem twardym kamiennym. Przespało położną i matki mycie garów. Przespało marchewki tarcie i kotletów tłuczenie. Szkoda budzić dziecię, kto miałby serce i rozum?


Matka tęsknie znów zerka za okno, tam słońce zachodzi pomarańczową łuną. Babska mocna decyzja: budzimy. Sprawa łatwa nie była, bo i nakarmić trzeba, przewinąć a cenne minuty mijają. Uff, udało się przed zmrokiem zapakować dziecię w kombinezon + wózek i wyjść (o braku kremu litościwie nie wspomnę).

Ach ten zapach świeżego powietrza, te ptaków ćwierkanie, ten hałas przyjemnie nie domowy. Ludzkie twarze inne niż męża i Lulki, aż uśmiechać się matce wszem do wszystkich chce. Tu trąbnięcie klaksonu i krzyki chłopięce, tam dzwony kościelne i szczekanie psa. Ach nie może się matka nacieszyć rejwachem zewnętrznym.....

I nie nacieszy się, gdyż entuzjazmu matczynego nie podziela latorośl domagająca się wrzaskiem bezłzowym rychłego powrotu w domowe pielesze. Piętnaście minut, ech dobre i to. A jutro, szaleństwo, może i dwadzieścia.

12.1.15

Pięć godzin - co to jest? Ot, pstryknięcie palcami, mrugnięcie okiem. Dla doświadczonych życiem nic nowego. Dla matki wiecznie debiutującej armagedon totalny. Pierwsze pięć godzin sam na sam z dwoma nieletnimi.

Bilans:
- jedna zasikana podłoga;
- trzy razy przerywane karmienie młodszej w trybie nagłym;
- trzy zmiany ubrań starszej: po sikaniu, po zupie, po farbkach;
- jedna prawie strącona choinka;
- jedna trzygodzinna drzemka młodszej, na początku której przybył już chłop;
- szacowany czas wrzasków obojga - sumarycznie jakoś pięć godzin ;)

Sukces? Podanie starszej obiadu i samemu jego skonsumowanie - nic to, że na zimno.

Aż szkoda pisać, że "jak mogłam narzekać mając jednego dziecióra?", bo do tego dochodzi chyba każda matka potomków sztuk więcej niż jeden. Karmienie naturalne sytuacji nie poprawia, bo znacznie obniża szanse podążenia za starszą planującą: zerwanie tapety, pomazanie ściany czy też rozbijanie mebli przy pomocy jeżdżącej żyrafy. Już wiem, co to oczy naokoło głowy, a względny spokój zapewniony może być li i jedynie poprzez: usadzenie przy zupie (nie polecam zbyt często, bo za kilka tygodni wyjdzie nam grubasek), danie farbek (i rób co chcesz!) tudzież wygnanie na balkon. 

Zmęczona więc jestem, a tyle przede mną. Znaleźć sposób na spranie farbek z dziesiątej upaćkanej bluzki. Zdezynfekować podłogę. Wymyślić na jutro obiad. Poszukać mniej lub bardziej skutecznych sposobów zapewnienia żelaznego zdrowia starszej, by zbyt szybko dzisiejsze atrakcje nie uszczęśliwiły mnie ponownie. Tudzież magicznego eliksiru na słuchanie się matki.

PS. Po głębokich namyśle stwierdzam, że krwi napsuł mi głównie jeden gnom. Ten starszy. Ale i tak ją kocham ;)

10.1.15


Sobotnie przedpołudnie. Dzień bardziej leniwy niż zwykle zapewne z powodu smętnej pogody i absurdalnie niskiego ciśnienia. Po dwóch pobudkach nocnych matka ledwo się ogarnia, nastawia obiad, bawi się z Julą, a tatusiek usypia Anulę, co kończy się krótką drzemką ich obojga.

Przychodzi po niecałej godzinie rozespany. Widzi, że matka grzebie sobie w internecie. Zaczyna się marudzenie, że internet, że facebook. Gadka, szmatka, "Chodź się przytul".
"Zaraz, zaraz tylko odpiszę koledze. Przecież ty i tak teraz sobie spałeś, a ja mam chwilkę czasu to sobie chcę pogrzebać".
"Spałem, bo co innego mam do roboty?"

"Chcesz coś do roboty? Proszę cię bardzo. Skrój proszę mięso na drugie danie, ale najpierw zeszklij cebulę. No i trzeba w łazience posprzątać, poodkurzać i podłogi umyć, mógłbyś?"

"Eeee, ale ja jestem śpiący...".

I tyle było z pomocy chłopowej. Chociaż nie, mięso skroił i cebulę zeszklił na brązowo.


8.1.15

Piękne popołudnie. Słońce w pełni. Delikatny mrozik. Perfekcyjna pogoda, by rozpocząć dziecięcą przygodę ze świeżym powietrzem. Wszystko przygotowane: ubranka, kombinezon, fotelik, w którym umościmy dzieciaczka. Obywatelka nakarmiona, przewinięta, zasypia na ramieniu. Idealnie.

Otwieramy drzwi balkonowe, by rozpocząć procedurę schładzania pomieszczenia (zmniejszenie różnicy temperatur, you know what i mean!). Powoli i delikatnie, by nie zbudzić pannicy, inicjujemy proces ubierania kolejnych warstw. Na koniec oczywiście przyduży kombinezon, czerwony w czarne gwiazdki. Bierzemy dziecko na ręce, uspokajamy lekkie kwilenie, wkładamy do fotelika. Dwa zabujania, pięknie jest.... na pięć sekund. Wrzask jakby ze skóry obdzierali. Czym prędzej podnosimy. W ramionach spokój, wiadomo, mateczka najlepsza na świecie. Gorzej, że mateczce trochę zimno, bo tylko w koszulinie, spodniach i swetrze - w końcu to dzieć miał się chłodzić, nie matka. Odkładamy pakuneczek, by po kurtkę pobiec, ale ledwo odłożony ów zaczyna kwilić. W międzyczasie odgłosy prawidłowego trawienia potwierdzone organoleptycznie przez matczyny nos. "Nie, nie teraz dziecko. Ty się masz teraz do mrozu adaptować". Szybka w głowie kalkulacja - przez dziesięć minut się odwłok nie odparzy. Kombinujemy dalej jak odłożyć dziecko, by narzucić kurtkę na grzbiet, ale przegrywamy, czego oznaką jest medal z wrzaskuna. Matka sprytna testuje czyli jak założyć kurtkę mając dzieciaczka w ramionach. Po trzech próbach i pięciu kolejnych minutach marznięcia: nie da się, matka nie potrafi bez ofiar i w ludziach i sprzętach. Zerka matka z nadzieją: sześć minut jeszcze (z planowych piętnastu). Wytrzymam. Hartować podobno się trzeba. 

Zimową porą nie patrzcie więc dziwnie na wyletnione kobiety w balkonowych progach uprawiające gimnastykę dziwną z krasnalem na rękach międlące pod nosem: "Nie jest mi zimno, wcale nie jest mi zimno, holy fuck jak mi zimno!". Z nimi wszystko w porządku, naprawdę. A jeśli możecie, kobieciny drogie to ródźcie na wiosnę, werandowe atrakcje będziecie mieć z głowy.

7.1.15

Dzisiaj, proszę ja Was, chciałam się podzielić muzycznym cudeńkiem, które odkryłam niedawno. Jak w każdym domu zamieszkanym przez dziecia w wieku żłobkowo-przedszkolnym i u nas dominują dźwięki dziecięcych piosenek. Panna dopomina się ich notorycznie. Na ten przykład od Wigilii co najmniej trzy razy dziennie odsłuchujemy wszystkie "Kolędy" by Arka Noego (również polecam - wyobraźcie sobie, że nawet ja - zdeklarowana ateistka nucę przy garach "Świeć gwiazdeczko mała świeć, do Jezusa prowadź mnie"). I choć cieszę się z wysokiej muzykalności dziecia mego to jednocześnie jakość muzyczna utworów dla dzieci często zwyczajnie mnie drażni. I, nie boję się do tego przyznać, śpiewanie w kółko o jabłuszku tańczącym z gruszką tudzież wiewióreczce biorącej w obroty ślimaka odrobinę mnie już nuży ;)



Okazuje się jednak, że dwóch panów (Igor Nikiforow i Jerzy Rogiewicz) z towarzyszeniem muzyków przygotowało płytę z muzyką dla dzieci nagraną zupełnie po dorosłemu. Co mam na myśli, mówiąc "po dorosłemu"? Ano z użyciem prawdziwego instrumentarium: pianino, gitary, trąbka, skrzypce, flet oraz w brzmieniu niespotykanym w typowej muzyce dziecięcej. Żadne umpa-umpa, Yamaha, zwrotka refren, zwrotka refren, refren, koniec. Większość kompozycji to kołysanki - sama ich słuchając najchętniej odpłynęłabym w dalekie krainy. Może również dlatego, że teksty orbitują wokół snu, zasypiania, szybciutko do łóżka. Inne stanowią bardzo miłe rozbudzacze, vide: "Tęcza". Zresztą posłuchajcie sami i zakochajcie się jak ja w spokojnych, pastelowych piosenkach. Cóż z tego, że nie jestem dzieckiem!



PS1. Płytę można kupić w sklepie wydawcy: Lado ABC - szybko wysyłają ;)
PS2. Co ciekawe panowie wykorzystali potencjał i płyta została wydana przy wsparciu zwykłych ludzi dzięki PolakPotrafi.pl 

5.1.15

Niby pisałam ostatnio, że kiepska jestem w podsumowaniach, ale między jednym a drugim karmieniem a tak naprawdę w ich trakcie przyszło mi do głowy, że wraz z szalejącą własną sklerozą dobrze byłoby zaznaczyć, co wyznaczało nam rytm w tym roku. Spora inspiracja wynikła również z zapoznania się z podobnymi zestawieniami chociażby u Znaczków, ale i innych blogach, co dodatkowo podkusiło, by takowe oporządzić. Sięgając więc do tej przepastnej acz zawodnej pamięci prezentuję po trzy propozycje, które skradły serce zabawowe memu dzieciu w ubiegłym roku. Nie będę wspominać o sprzętach czy akcesoriach z prostego powodu - nie jesteśmy gadżeciarzami i ilość przedmiotów nas otaczających ograniczamy do minimum - czy to z racji małego metrażu czy wrodzononabytego skąpstwa. Ciekawi naszych wyborów? To jedziemy.

Coś do czytania
Lulencja bardzo lubi książki, więc wybór był trudny. Patrząc wstecz na częstotliwość korzystania oraz stopień matki nimi znużenia ;) wyróżniam jednak następujące:
1. Ulica Czereśniowa - brakuje nam kilku części, ale pan golas, babcia Hania wespół z Włamywaczem poszukiwani i śledzeni byli notorycznie ;).
2. Kolory - książka z  okienkami, niby prosta jak na zdolności Lulki, która kolory od dawna rozpoznaje, ale szukanie zaginionych czapek, dopasowywanie rybek do muszek pingwinów oraz liczenie ciemnozielonych samolotów dalej nie nudzą.
3. Bardzo głodna gąsienica - klasyka Erica Carle znana chyba każdemu rodzicowi czyli jak się nawpierniczać niekoniecznie zdrowych rzeczy, zagryźć zielskiem i wyrosnąć na pięknego motyla.

Coś do oglądania
Niestety odczuwam to jako własną porażkę wychowawczą, że jednak dzieć bajki ogląda, głównie jako przyczynek do inhalacji. Doszło do tego, że pannica sama domaga się tychże zabiegów wiedząc, jakie dobra idą z nimi w parze:
1. Dora poznaje świat - absolutny hit, dzieć może oglądać te same odcinki na okrągło. "I'm the map, I'm the map!"
2. In the nights garden - opisana wcześniej, zrozumiała wyłącznie dla osobników poniżej 3 r. ż.
3. Pszczółka Maja AD 2013- Nie byłam na początku jej wielką fanką mając w pamięci i sentymencie wersję klasyczną, ale cóż - świat idzie do przodu. Obecnie Lulka przedkłada nad nią pewnego Kajtusia - nie miałam jeszcze okazji poznać, ojczulek był swatem ;), ale biorąc pod uwagę wcześniejszą częstotliwość oglądania nie mogłam jej pominąć.

Coś do robienia
Tutaj pole do popisu nadzwyczaj szerokie. Bo i tańce wygibańce i "granie" na instrumentach (ach! to przeklęte pianinko) i robienie bałaganu, ale jak wybierać to wybierać:

1. Szeroko pojęta plastyka. Coraz częściej spędzamy długie minuty (jeśli nie godziny) na kolorowaniu, mazianiu, pacianiu, struganiu itp. A najlepiej maluje się jak na załączonym obrazku.

2. Lepienie - każdy kocha plastociasto, matka również nie pogardzi, bo jedynie z nim wyjdzie dobry tort, a stwór potwór będzie miał równo obciętą grzywkę. Lepienie odbywało się również metodą bardziej tradycyjną czyli przy użyciu mąki i wody. Panna na koncie ma już i pierogi i kopytka i coś czuję, że nie powiedziała ostatniego słowa ;)

3. Bieganie - moje dziecko nie potrafi chodzić, ono musi śmigać jak na złamanie karku. Z ostatniej chwili - dziecko urządza sobie maraton od łazienki do pokoju - piętnaście razy wte i wewte. Sąsiadkę z dołu serdecznie przepraszam.

Coś do bawienia:
Zabawki zajmują sporą część naszej przestrzeni mieszkalnej, ale gdyby pozostawić tylko przedmioty wymienione poniżej śmiem twierdzić, że wiele na szczęściu by Lulka nie utraciła:

1. Lego Duplo. Oczywista oczywistość. Farmer ujeżdżający krowę, pociągi z kominami do nieba, pan listonosz z nieodłącznym psem - gdyby nie one to życie dwulatki byłoby biglu pozbawione ;)

2. Puzzle/układanki - nieważne jakiej marki i co przedstawiające - jeśli można układać, dopasowywać to nic więcej Lulce do szczęścia nie trzeba. Dużo nie mamy, ale serca obu z nas skradły szczególnie takie: 1, 2, 3, 4.

3. Przytulanki ze szczególnym naciskiem na Gromita i Dorotkę - oboje na zdjęciu. Gdy doda się: dwie żaby, trzy misie, pajaca, owieczkę (a żadnego nie kupiliśmy my ;) to śmiało można bawić się w żłobek tudzież lekarza o wąskiej specjalizacji leczenia śmierdzącego pępuszka (true story!)


Grand Prix Lulkowej Miłości Anno Domini 2014 biegnie natomiast do .......... (pam-pa-ra-ram!)
Naklejek. Jakichkolwiek. Byle jak najwięcej. Obstawiam, że nawet te z bananów spełniłyby swą rolę w dawaniu radości dzieciu.

I.... to już tyle dzieciowego podsumowania ku pamięci. W kolejce czekają już matkowe miłości.
A co u Waszych dzieciaczków okazało się zabawowym hitem? Ciekawa jestem bardzo :)

3.1.15

Zdaję sobie sprawę i lojalnie uprzedzam, że w najbliższym czasie będę monotematyczna. Żadne tam afery kupne i niekupne tak mnie nie ruszają jak roztrząsanie: jak się ogarnąć w nowej podwójno-dzieciowej rzeczywistości. Ostatnio było o porodzie, to teraz czas na parę słów jak sobie (nie) radzimy ;)

Jak już pisałam tu i ówdzie chwilowo jesteśmy w pełnym pakiecie w domu, więc na jednego nieletniego przypada jeden człowiek teoretycznie dorosły. Podział ról jest jasny: ojciec oporządza Lulencję, na mojej głowie Anulka. Podział nadzwyczaj korzystny. Tatusiek zmotoryzowany, więc codziennie urządza dzieciu atrakcje w postaci wyjazdów na zakupy, pocztę, badania, krakowski Rynek. Wszystko po to, by przegonić Lulencjowy tyłeczek i spożytkować jej nieograniczoną energię na zewnątrz. Ja z Anulką chwilowo w domu, werandować przy -15 trochę się obawiałam. Jutro/pojutrze wybierzemy się na balkon, by potem móc uskutecznić najkrótsze chociaż spacery tudzież wyprawy do pobliskiej Biedry. Nic tak nie poprawia nastroju jak własnoręcznie kupione bułki.

Jak nam mijają dnie? Można wyróżnić już pewne momenty szczególne, co jest o tyle zadziwiające, że dzieć młodszy ma dni tylko dwanaście. Nocka z dwoma najmarniej pobudkami, dosypianie do 9.00, stand-by Anulkowy I od 9.00 do 15.00-16.00, drzemka popołudniowa do około 19.00, stand-by Anulkowy II do 22.00, sen do pierwszej nocnej pobudki. Nie ma co zazdrościć tego dosypiania, bo po przekroczeniu magicznej godziny rozpoczyna się maraton: jedzenia, przewijania, marudzenia, jedzenia, przewijania, spokojnego leżenia, jedzenia, przewijania, jedzenia, by po południu paść na upragnioną przez matkę i dziecię dłuższą drzemkę. Gdzie te Lulkowe czasy, gdy nakarmiona i przewinięta spała jak pod zegarek po trzy godziny. Mogę zapomnieć o ciepłym obiedzie, ojciec notorycznie wylewa niedopite ciepłe napoje, a czas dla Lulki skurczony do minimum. 

Wiele mi głowę zaprząta. Marzy mi się teraz, by pod względem organizacyjnym nie zmieniło się wiele. By burdel w domu nie był większy niż teraz. By obiad nie tylko z mrożonki, a pomidorowa cztery dni z rzędu. By móc wypić tę przepełnioną matczynym symbolizmem kawę. By mieć w szafie czyste ciuchy, móc dokonać codziennych ablucji, a brudne naczynia niech nie kisną w zlewie. Mądrze dysponować wolnym czasem.... ok, w to już nie uwierzę, jakim wolnym czasem? 

I rzecz najważniejsza: jak pogodzić opiekę nad Anulką z czasem spędzonym z dzieciną starszą. Gdy pójdzie do żłobka - problem z głowy, z Anulką damy sobie radę, a po Lulki powrocie czas dla niej, głównie dla niej. Ale gdy przyjdą dni zasmarczone to jak karmiąc godzinami upilnować Lulkę, nakarmić sensownie, zhigienizować, zabawić z minimalną pomocą bajeczek w TV?
Matki doświadczone: da się?

1.1.15

To nie tak miało być, zupełnie nie tak... Te słowa w skrócie opisują matki nastawienie, gdy dnia dwudziestego pierwszego grudnia około godziny dwudziestej wylegiwawszy się na sofie matka poczuła "stuk-puk" w bęcu i już wiedziała, co się kroi. Krótka informacja do męża: "Zaczęło się!" Dwie sekundy na ogarnięcie wewnętrznej paniki, raczej by chłopa uspokajać, niż samemu na poważnie zacząć się martwić. Sytuacja mało komfortowa, bo primo: termin miał być po świętach a nie przed (bigos, ach ten bigos!); a co gorsza secundo: rozwiązywać się miało, gdy matka matki miała w naszych progach przebywać. Tyle dobrego, że matce wcześniej tego dnia jakiś chochlik podpowiedział, by w końcu spakować torbę do szpitala. 

Z racji tego, że sami w domu z dzieciem, a najbliższa babcia mogła dotrzeć najwcześniej za półtorej godziny ojciec się uparł, by po pogotowie dzwonić. Instytucja ta usłyszawszy, że wody już odeszły a nie ma z kim dziecka zostawić zdecydowała, że przyjadą i zabiorą od razu. Przyjechali, przywitali słowami: "Brzuch jeszcze jest, to dobrze", zapakowali i zawieźli tam, gdzie musieli. Matka pochlipała w duchu, że nie będzie to szpital już wcześniej wybrany ino ten pogotowiu najbliższy, z którym jednak emocjonalnie dobrze związana nie była. Dzielnie się trzymając wkroczyła na SOR, została zbadana, odesłana na porodówkę, gdzie zaskoczenia miłego doznała. Wcześniejsze doświadczenia zostawiły jej w głowie obraz nędzy i rozpaczy oddziału ginekologicznego, a tu pięknie odremontowane, wymalowane, cudne łoże boleści, piłki, wanny, wszystko czego rodząca dusza zapragnie. Przy czym najpierw dwa złocisze wysupłać należy, by gustowne foliowe bambosze zakupić. Miła pani położna pokazała co ma do zaoferowania, przybył i pan doktor, który, o zgrozo!, był tym samym osobnikiem, z którym miała matka do czynienia onegdaj. W kwalifikacje nie wątpię, ale okoliczności tamtego zdarzenia niewielką traumę w matce wywołały, stąd pewien niefart odczuty na wstępie. Lecz cóż, lekarza się nie wybiera i szczęśliwie zbyt często nie bywał. 

Pierwsze półtorej godziny to czekanie na chłopa, by z rzeczami przybył i na duchu wspierał. Coś tam się rozkręca, małe skurczybyki, matka tylko chodzi i etykiety z nudów czyta. Przyjeżdża mężulo. Potem KTG się podpina - pytam chłopa: "Coś się pisze?", bo czuje, że akcja powoli idzie naprzód "Nie, wszystko na poziomie poniżej 10". "Cholera". Położna z uśmiechem na licu: "A no tak, proszę się nie martwić, elektroda czasami nie działa". "Ach świetnie, czyli to jednak nie wyobraźnia moja tak często się kurczy". Jak już przyszła położna, to zbadała, oznajmia: trzy centymetry. Matka w duchu klnie, że dopiero tyle, a tu już północ prawie. Z propozycji kąpieli ochoczo korzysta. W międzyczasie chłop ironicznie marudzi, że znów całą noc rodzenia matka wymyśliła. Wanna - cudo sprawa. Podkręca co trzeba łagodząc jednocześnie boleści skurczowe. Radio w tle sobie gra - co ciekawe, radio żywo reagujące szumem na bliskość istot żywych. Tu jeszcze uwaga praktyczna - słuchanie najpopularniejszej rozgłośni radiowej pozwala na precyzyjne określanie częstości skurczów, a dalej postępu porodu. Jeden skurcz na piosenkę, trzy skurcze na dwie - matka przetestowała. Ale i tak do tej pory pamięta tylko Kamila Bednarka, że "Takie chwile jak te nie zdarzają się zbyt często" ;) 

Ach, wróć matko do meritum. Wanna więc (z gustowną granatową zasłonką do podciągania) spełnia swe zadanie. Przychodzi położna z zaleceniem "Zagrzać ubranka". To już, czy to już? A czuje Pani parte? No w sumie już tak. To hop! Długo się matka  nie opierała, ale jak zwykle nie była najbardziej subordynowaną rodzącą na świecie. Z chęci wielkiej zakończenia całej tej zabawy poszło szybko, a jedynym komentarzem położnej z lekarzem było: "Wiesz, ona urodziła na jednym skurczu" powtarzane z pięć razy (taaa, na jednym skurczu, dla matki to cztery było najmarniej ;) Koniec końców chlup! dziecię wyskoczyło (z relacji chłopa podobno położna w zaskoczeniu jednoskurczowym ledwo uchwyciła). Ogląd - dziewczynka. "Widzi Pani, że dziewczynka?". "Ok, ufam, że dziewczynka, ja chcę iść spać". Dwie godziny razem. Potem wjazd na oddział. Godzinka spokoju i oddali już dziecię na dobre. Oddział jak oddział. Luksusów się nie spodziewałam, ale w olej do drzwi i łóżek zawiasów zainwestować by mogli. Najmniejszy ruch "skrzyp, skrzyp" - bałam się oddychać, by nie pobudzić dzieciaczków na sali. Prawdziwa kraina skrzypów. I kciuki matka zaciśnięte trzymała, by dzieć się najadał, a nas wypuścili przed świętami jeszcze. Misja się udała i w Wigilię po południu opuściliśmy razem przybytek rodzenia.

Czy był to poród i pobyt po ludzku? Nie będę narzekać - nie przyspieszali, nie wymuszali, nie cięli, z szacunkiem w miarę traktowali. Mogłabym się do kilku szczegółów przyczepić - że pozycja leżąca; mocne kierowanie parciem; słabe wsparcie poporodowe oraz karmienia; konieczność przybrania na wadze jako jedyny warunek opuszczenia przybytku. I te uwagi zamieszczę na odpowiedniej stronie (http://www.gdzierodzic.info/). Wiem, że miałam dużo szczęścia, bo natura działała wprost idealnie i żadna ingerencja konieczna nie była. I takiego porodu życzę każdej z Was. Boleć będzie zawsze, ale niech pójdzie szybko, sprawnie, w przyjaznych warunkach. I wiary w siebie miejcie dużo, i sporo spokoju - to ogromnie pomaga.

A na koniec stwierdzę jeszcze - świetna jestem w dochowywaniu tajemnic. Język zaplotłam i do końca się chłopu nie wygadałam. Polać mi zbożowej! A co!