14.1.15

Będąc córką matematyka nie dziwne jest, że moje życie kręci się wokół liczb. Pięćdziesiąt dwa złote, magiczna trzydziestka, osiem tajemniczych godzin. A dziś będzie o dwudziestu dwóch dniach.

Nieco ponad trzy tygodnie. Niecały miesiąc. Tyle czasu matka zabunkrowana była w czterech ścianach - najpierw szpitalnych, potem domowych. Przez dwadzieścia dwa dni oddychała matka głównie powietrzem mieszkalnym, które jakkolwiek by matka nie wietrzyła zawsze będzie odrobinę stęchłe. Dwadzieścia dwa dni tęsknie matka spoglądała przez okno na pola, po których gnał wicher, fruwały płatki śniegu lub paskudna mżawka spowijała płynną wilgocią. Dwadzieścia dwa dni, spośród których tylko kilka pozwoliło na przekroczenie progu, lecz był to jedynie próg balkonowy. 

Matka wiedziała, że kiedyś ten stan się skończy, choćby miała czekać do wiosny. Na szczęście czekała odrobinę krócej. Nadszedł ten dzień, gdzie wszystkie znaki pogodowe wskazywały, że można wyjść. Z noworodkiem wyjść. Słońce przecudnie powitało matkę w godzinach porannych, ruch zwiędłej trawy na polach wskazywał, że sztormy poszły już precz. Ach, jaką to radością matkę napełniło, bo oto spełni się dwudziestudwudniowy sen: tylko przyjąć położną i będziem wyruszać na podbój dobrze znanych chodników osiedla.

Właśnie. Położna. Niestety punktualność nie była jej ówczas mocną stroną, lecz pięknie wytłumaczyła się matce. Cóż z tego, gdy tuż przed przybyciem położnej dziecię zasnęło snem twardym kamiennym. Przespało położną i matki mycie garów. Przespało marchewki tarcie i kotletów tłuczenie. Szkoda budzić dziecię, kto miałby serce i rozum?


Matka tęsknie znów zerka za okno, tam słońce zachodzi pomarańczową łuną. Babska mocna decyzja: budzimy. Sprawa łatwa nie była, bo i nakarmić trzeba, przewinąć a cenne minuty mijają. Uff, udało się przed zmrokiem zapakować dziecię w kombinezon + wózek i wyjść (o braku kremu litościwie nie wspomnę).

Ach ten zapach świeżego powietrza, te ptaków ćwierkanie, ten hałas przyjemnie nie domowy. Ludzkie twarze inne niż męża i Lulki, aż uśmiechać się matce wszem do wszystkich chce. Tu trąbnięcie klaksonu i krzyki chłopięce, tam dzwony kościelne i szczekanie psa. Ach nie może się matka nacieszyć rejwachem zewnętrznym.....

I nie nacieszy się, gdyż entuzjazmu matczynego nie podziela latorośl domagająca się wrzaskiem bezłzowym rychłego powrotu w domowe pielesze. Piętnaście minut, ech dobre i to. A jutro, szaleństwo, może i dwadzieścia.

16 komentarzy:

  1. Az w końcu szal ciał i do godziny dojdziecie :)
    Mala śliczniutka :) I te włoski cudowne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahc, ja mam nawet bardziej dalekosiężne plany ;) A włosy i tak zaraz wylecą - i matce i dziecku. Niestety ;)

      Usuń
  2. Trzymam kciuki za trzydzieści ! A później za niekończące się spacery wczesną wiosną <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale Wam fajnie, ja jeszcze nie mam odwagi się z Zosią wypuścić... ale sama już na zakupy króciutkie się wybrałam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę szczerze polecam :) Też się obawiałam, ale pogoda na razie sprzyja, więc korzystam. To ja na zakupy jeszcze nie, bo pannica w dzień często chce się karmić, więc Biedronka musi jeszcze poczekać ;)

      Usuń
  4. ajaj - rozczulająca kropeczka

    OdpowiedzUsuń