27.2.15


Przychodzi ten moment w macierzyńskim życiu, gdy wypuszczasz starszaka z progów domu swego. Odstawiasz pod opiekę na dni parę ciesząc się wolnością i spokojem. A gdy jeszcze mąż wyjedzie to perspektywa robienia jest taka szeroka. 

Bez wiecznego strachu o rozmiar zniszczenia znów możesz zostawić pisadła na wierzchu, słodycze na stole, ba! nawet nóż na krawędzi blatu. Włączyć telewizor bez skomlenia, muzykę dorosłą, odkurzacz bez strachów dziecięcych. Zrobić sobie kąpiel, ubrań segregację, książek układanie, kwiatków przesadzanie.

Bez przerywania, przeszkadzania, głowy zawracania możesz dospać, zaspać, wyspać. Sprzątać, gotować, leniuchować. Czyścić, wybierać, zapierać. Czytać, oglądać, zamawiać.

W teorii możesz zrobić wszystko, lecz co z tego, gdy młodsze dziecię stery przejmuje w zajęciu uwagi. I snu odmawia. Dokumentnie. Kompletnie. Całodzienne. Każdodziennie.

Uprzesz się tylko w pluszaków kąpieli, by starszak nie widział jakim torturom poddała je pralka. I obiad wyjmiesz. Z zamrażarki, ciesząc się, że niemowlak ciągle jeszcze tylko ssa.

25.2.15

 
Przyjęło się, że od pewnego wieku dzieci przemieniają się w wyrzutnię pytań wszelakich. Od "a dlaczego niebo jest niebieskie?" po "czemu ta pani tak śmierdzi?". A jeśliby tak odwrócić role? Przemienić się z odpowiadacza w pytającego? Znalazłam pięć problemów, których rozwiązanie zdecydowanie ułatwiłoby mi codzienną macierzyńską egzystencję. Bo wiedza z nimi związana, śmiem twierdzić, ociera się o tę tajemną.

1. Dlaczego pora przedświtowa jest najlepszą porą na zabawę?

Królestwo oddam za wiedzę, gdzie znajduje się w dziecku radar nakazujący okresowe dokonywanie pobudek nie o szóstej czy siódmej, ale o trzeciej, trzeciej trzydzieści, czwartej. Dostarczcie mi argumentów przemawiających za niezbędnością prowadzenia właśnie wtedy wzmożonych konwersacji, biegów czy chociażby stacjonarnego czytania książek. Czy o tej porze doby w organizmie dziecka wydzielane są nieznane hormony czy kryje się za tym czysta przyjemność oglądania matki w stanie zomboidalnym?

2. Dlaczego sucha bułka smakuje najlepiej?

Nie będąc wybitnym smakoszem kulinarnym niezmiennie nurtuje mnie fenomen małego białego pieczywa. Nie jestem w stanie zrozumieć jak można przedkładać kajzerkę z Biedronki nad kolorową sałatkę z pomidorem, kurczakiem i papryką? Dla żadnego mego kubka smakowego poznańska z Lidla nie może równać się z wykwintnym kremem z borowików. Nie pojmuję, w jaki sposób konsumpcja rogala dostarcza więcej przyjemności niż idealnie upieczony łosoś. I jak można funkcjonować o postnej bułce nie tracąc niż dżula z puli energii wewnętrznej?

3. Dlaczego w towarzystwie zmienia się w najgrzeczniejsze dziecko świata?

U starszaków zapewne bierze górę chęć wysłuchiwania wyszukanych komplementów (potrzeba akceptacji?), ale co w przypadku 3-6-9 miesięczniaków? Zwykła obecność babci, cioci czy sklepowej powoduje zaprzestanie wiecznego kwękania a dumną prezentację bezzębnych dziąseł. A wystarczy tylko utracić z pola widzenia osoby postronne, by włączyć standardową syrenę. Towarzyskość od najmłodszego czy może jest to wdrukowana cecha warunkowana genetycznie, będąca szczególnego rodzaju przystosowaniem ewolucyjnym?

4. Dlaczego każda rodziców prośba spotyka się z odmową?

Wypowiedzenie jednosylabowej partykuły "nie" istotnie trwa krócej niż dwusylabowego "dobrze" (oszczędność czasu i energii), ale równie szybko i sprawnie wymawia się "tak". Czy różnica w ich artykulacji jest aż tak istotna dla brzdąca? Każdorazowe westchnięcie rezygnacji rodzica sprawia aż taką frajdę niewymierną czy jednak znów ewolucja?

5. Czemu ryczy?

Pytanie bodaj najbardziej fundamentalne. Najpierwsze z pierwszych.  Mimo, że sucho, nie głodno, nie boli, u matki, u ojca, z zabawką, a ryczy. Nader często (słusznie zresztą) utożsamiane z "Czemu nie śpi?". Zadawane sobie kilka (naście/dziesiąt) razy dziennie z częstotliwością bliską zeru spotykane z satysfakcjonującą odpowiedzią. Wyjaśnienie: "Ryczy, bo nie śpi. Nie śpi, bo ryczy" wyczerpuje problem jedynie w pięciu procentach oscylujących wokół błędu.

Skierujmy je każdy z osobna do dzieci naszych i nienaszych. Poprośmy o szczere odpowiedzi. Bez kar i bez nagród. Może któreś z nieletnichbędzie w stanie rozwiązać te odwieczne zagadki.


EDIT!
Pierwsze odpowiedzi już udzielone. Dziękujemy: małej Mamaronii :)

23.2.15



Komputer mi dogorywał. Poprosiłam więc męża i ojca, by zaniósł do odpowiednich służb ratunkowych. W zamian ten sam mąż i ojciec wygrzebał starutkiego notebooka z czasów studenckodoktoranckich. Miałam ci ja robić tysiące innych pilnych spraw, ale wystarczyło, że odpaliłam odtwarzacz muzyki, by fru, fruu, wrócić do czasów, gdy oprócz szeroko pojętej alternatywy słuchałam również czegoś takiego. Ba! nie tylko słuchalam, ale i oglądałam namiętnie.
Shah Rukh Khan my love!




A na koniec perełka. TO obejrzyjcie koniecznie. Kto się nie uśmiechnie ten trąba!:



PS. Ten wpis bardzo pokrętnie inspirowany Introversją i utworami, które robią poranek ;)
PS2. Tak wiem, matka się pogrąża. Najpierw fora teraz Love Bolly!

22.2.15




Ach jak ten czas leci itd. Ledwośmy ją ze szpitala wywieźli, a tu już wkracza panna Anna w trzeci miesiąc życia. Co nowego więc u niej i u nas?

Miesiąc minął pod znakiem zmagań katarzanych, nocnych odkurzań, skąpych spacerów i szczepień w nieskończoność odraczanych. Ale rośnie panna, to najważniejsze. Się matka obawiała, że może nie rośnie, ale jednak rośnie. 

Plan dnia? Jeśli za takowy uważać tylko pewnik, że wieczorem pójdzie spać to tak, mamy plan dnia. I jak już wieczornie uspana to te cztery godziny cięgiem prześpi. Codziennie. To też się liczy za plan, prawda? (Choć głowę dam sobie uciąć, że dzisiaj nawet tych czterech nie prześpi. Macierzyńskie prawo Murphy'ego, remember?)

Smoka załapała, choć w sposób kapryśny, co oznacza: zgaduj-zgadula, czy panna smoka przyjmie czy odrzuci z fochem. Butlą, gdy podana nie pogardzi, więc matka w tango może się już udawać. Ok, maksymalnie na parę godzin, bo kto to mleko pierwej odciągnie? Ale już zaliczone i samotne zakupy w Biedrze i obowiązkowa wizyta u grzebologa. Obyło się bez strat i przesadnych żali. Dłuższych wypadów nie praktykowano.

Pierwsze atrakcje rozrywkowe zaakceptowane. Zauważyła dinozaurową karuzelkę wiszącą nad łóżeczkiem. Jej zdziwienie bezcenne, lecz co najważniejsze, matka zyskała kilka dodatkowych momentów spokoju. Z leżaczkiem-bujaczkiem relacja mocno skomplikowana.

Radość o poranku czyli pierwsze świadome uśmiechy (nie, że bączór, nie, że siuśki) zaliczone. I ojciec i matka i Lulka świadkiem. Codziennie. Kilka razy dziennie. I się przyznam bez bicia, że choć w pierwszym miesiącu z pewną taką niepewnością obwąchiwałyśmy się nawzajem, to już teraz z pełnym przekonaniem napiszę: cudna jest ta nasza Anka. Ale, że rączki ma to jeszcze nie kuma.

Minął nam ten miesiąc więc prawie że spokojnie, po domowemu, w gronie najbliższych. Integrację towarzyską powoli będziem uskuteczniać, ale na razie jeszcze czas dla nas.

A na koniec obserwacja miesiąca: jeśli nagle skończą się pieluchy, to nie panikuj, tylko czym prędzej udaj się do pokoju Lulki. Ta zawsze skitra co najmniej trzy: dla misia, tygrysa i żaby.

20.2.15


Forum to zło. Siedlisko mamusiek, które mózg wydaliły razem z łożyskiem. Kłębowisko kobiet licytujących się, która ma ciężej, która miała trudniejszy poród i której dziecko gorzej sypia. Ostatnia popularność stron internetowych wyłapujących co ciekawsze kwiatki z maminych forów dopełniają tego obrazu. A ja się przekornie i otwarcie przyznam, że jestem matką forumową i nie wstydzę się tego.

Zaczęło się przy Lulce. Gdy się panna narodziła podczytywać zaczęłam z czystej ciekawości jak sobie inne kobity z barboclami radzą. Od słowa do słowa wsiąknęłam. Minęły prawie trzy lata i choć częstotliwość kontaktu mocno ograniczona to zwłaszcza w problemach lub gorszych dniach jest z kim skonfrontować własne troski. Znajomości kwietniowe wyłącznie wirtualne, ale kto zrozumie matkę zbuntowanego prawie trzylatka jak nie inna matka zbuntowanego prawie trzylatka?

Forum pomaga również w recydywie. Siedząc całe dnie z dziećmi, nie mając na podorędziu nikogo dorosłego przynajmniej pisemnie można się wygadać. Ileż będę przez telefon smęcić krewnym i znajomym o nie tak oryginalnych rozterkach świeżo wypieczonej jeszcze okrąglutkiej podwójnej matki? Kto zrozumie niewyspania, moje recydywistyczne niepewności, moje wkurze jak nie matki jeżdżące na tym samym niedospanym wózku? Z chłopem o obolałych piersiach i ciemnych stronach połogu nie podyskutuję, za to czasem na niego bezkarnie pomarudzić mogę.   

Nie nałogowo, nie codziennie (podziwiam te, które mają na to czas), nie szukam też metod na czarów zrzucanie. Wiem, że forum nie zastąpi porady lekarskiej ani pracującego mózgu. To raczej kanał tematyczny z dodatkiem informacyjnym. Ale dobrze mi tam i polecam każdej przyszłoobecnej matce. Byle z rozsądkiem.

18.2.15


Scenka 1

Matka karmi drugorodne. Dziecię spokojnie zassało, matka próbuje się zrelaksować. Nie na długo. Pierworodna biegnie do łazienki. "Kotuś, co będziesz robić?" (wiem, durne pytanie, pociążowy mózg, you know). "Siku i kupę. Sama!". Matka karmi dalej. Nasłuchuje odgłosów wykraczających poza typowe czynności toaletowe. Cisza. Cisza. Przedłużająca się cisza. "Kotuś, wytrzeć cię?" "Nie, sama!". Przybiega. W dezabilu dolnym. W tym samym momencie telefon. Z pracy. Matka jako ostatnia deska ratunku (co z tego że na macierzyńskim?) ma dostęp do sieci uczelnianej, a tu teraz-zaraz-natychmiast należy wpisać ocenę studentce, która się jutro broni. Hell yeah! Przydałaby się zdolność trilokacji, bo matka nie wie od czego zacząć. Na pewno musi w trybie nagłym skończyć karmić Annę.

Scenka 2

Pora obiadowa. Dzięki ci o mężu za wczorajszą zupę i sos. Jednakowoż o resztę czas zadbać. Z nieszczęśliwą mocno Anno w ramionach i rozkrzyczaną Lulką, która co chwile odciąga mnie do swojego pokoju, by pochwalić się rosnącym burdello. Na finalną propozycję: "albo to posprzątasz albo wyrzucam" dostaje matka odpowiedź: "Wyrzucaj". Wyrzucam, oczywiście z Anną na rękach, bo każde odłożenie powoduje spazmy. Zgarnąć ze stołu, nalać zupę dziecku, nakarmić Ankę, bo chyba głodna, pilnować kaszy, zetrzeć marchewkę na surówkę przy akompaniamencie "Ja nie chcę surówki. Chcę ciastka!". "Do sosu?" Tak!".  Wszystko w pięciominutowym odstępie czasowym.

Scenka 3

Obiad spożyty. Pierworodna wykazuje chęć drzemki (w myślach lambada, twarz pokerzysty). Młodsza kontynuuje trele wrzaskunowe. "Mama, śpij ze mną. Przeczytaj mi bajkę". Ok, wszystko dla snu starszakowej. Matka na podłogę, młodsze pod pachę, bo tak się karmimy, w prawej ręce opasłe tomiszcze z bajkami, lewa trzyma Ankę. Czytamy, karmimy. Zamiast starszego młodsze odpływa. Dobre i to. Nogi cierpną, starszak jeszcze się wierci. "Mama, nie idź". "Zaraz wrócę, tylko Ankę odłożę". Wracam, trzy minuty, starszak nie zaśnięty. Młodsze za to skrzeczy. Znów "Mama nie idź". "Zaraz wrócę, tylko Ance smoka dam". I tak kursuje matka wte wewte jeszcze ze dwa razy.  Śpią, obie. Ten cud nie może trwać zbyt długo. 

Dwie godziny z życia matczynego. Ten, kto nazwał macierzyński urlopem zasługuje na gromkie owacje za bezgraniczny optymizm. Wybacz, Mamaronia - moje osobiste guru szklanki do połowy pełnej, nawet Ty mogłabyś się od niego nauczyć ;)

PS. Zamiast klepać te słowa znad pomidorowej powinnam korzystając z ciszy uskutecznić trzydzieści brzuszków tudzież dwadzieścia pajaców - bęc sam przecież do formy nie wróci. Brak mi lecz energii, potrzebuję biszkoptów, dużo biszkoptów, toż to cukier ergo energia w najczystszej postaci.

15.2.15



Karmienie piersią. Paradoksalnie najpewniejsza jesteś w tych dniach, gdy boleśnie acz wyraźnie czujesz, że mleko jest. Potem, gdy przychodzi stabilizacja jest trudniej. Przede wszystkim tobie. Mimo kolejnych tygodni, dziecko domaga się karmienia co godzinę-dwie, a w głowie kiełkuje informacja zwrotna: budzi się, bo nie dojada. Patrzysz na zegarek, liczysz cenne minuty, podczas których dziecko aktywnie ssie. Zasypia, a ty zastanawiasz się, czy z powodu pełnego brzucha czy raczej zmęczenia czynnością. Okazjonalnie dajesz butelkę z odciągniętym mlekiem własnym i dasz sobie rękę uciąć, że z twojej piersi tych 100 ml na pewno nie wypija. Nie chcesz wpaść w koło odciągania, bo w głowie kalkulator jaką część doby spędzisz przy laktatorze, a masz jeszcze znaleźć czas dla drugiej córki i męża. Zastanawiasz się, czy przy przejściu na mleko modyfikowane nie spałaby dłużej, głębiej, spokojniej. Ważysz, liczysz, dzielisz. Może potem, gdy wskoczycie razem w stabilny, dobrze znany rytm jest łatwiej, prościej, bardziej intuicyjnie. Ale jeszcze tam nie jesteście.

Przy pierwszej córce nie dane mi było długo karmić. Co dużo kryć: robiłyśmy to źle, a skończyło się gwałtownie: niewielkimi problemami zdrowotnymi, koniecznością dokarmiania na cito oraz moją sporą traumą ale i determinacją, żeby teraz było inaczej. Od tamtego czasu jestem bogatsza o wiedzę. Świadoma popełnionych błędów. Próbuję różne pozycje, by znaleźć dogodną. Wybudzam w nocy, gdy za długo śpi, choć mówią: po co? Wyśpij się kobieto. Nie daję sobie wmówić podania butelki na każdy jej płacz, choć nie jestem radykałem. Przygotowuję zapas mojego mleka na gorsze chwile. Na każdą podaną butlę sesja z laktatorem, by podtrzymać to, co jest. Niepewność, by nie skończyło się jak kiedyś. Telefon do doradcy prawie wykonany.

Mówi się o terrorze laktacyjnym, ja wolę pojęcie pozytywnej propagandy. Popieram w pełni, o ile prowadzi się ją z szacunkiem i zrozumieniem drugiej kobiety. Znam niewątpliwe korzyści karmienia piersią. Tym bardziej obawiam się porażki. Mam dziecko wykarmione mlekiem modyfikowanym, które ma się dobrze, ale pozostało poczucie nie do końca spełnionej misji. I cały czas pałęta się myśl: dlaczego? 

Nie mówię o braku profesjonalnego wsparcia laktacyjnego i kiepskiej edukacji pracowników służby zdrowia, na to niewielki mam wpływ, choć na szczęście coraz więcej się zmienia. Mówię od strony własnej, kobiety, matki. Dlaczego najnaturalniejsza rzecz pod słońcem okazuje się tak trudna i tak często nie wychodzi? Dlaczego instynkt mnie tutaj zawodzi? Dlaczego nie potrafię złym myślom odpuścić, mimo że karmienie zaczyna się w głowie. Dlaczego sama sobie przeszkadzam?

Obraz: Margarita Sikorskaya "Twins"

12.2.15



Będąc młodą matką dziecięcia mocno małoletniego gros czasu spędzam na karmieniu. Specyfika potrzeb matek karmiących nie zamyka się w wąskim zakresie specjalnych poduch, kremów, laktatorów, butelek i smoczków, ale może obejmować również przedmioty, które na myśl pierwszą nie przyjdą. Czerpiąc garściami z własnego doświadczenia rzucam więc pomysłem. Pomysłem innowacyjnym, a gdy się dobrze przyjrzeć, najprawdopodobniej niezbędnikiem (kreowanie potrzeb najwyższą formą marketingu ;). Nie wchodząc w szczegóły wszystkim fantastycznie znane, inspirację do uruchomienia własnej kreatywności stanowiła znaczna utrata mobilności związana z przyspawaniem się małego ssaka na długie, długie minuty. To uziemienie może mieć istotne reperkusje, a w ich zapobieżeniu pomóc może pilot.

Nie tam, że do włączania telewizji i radia tudzież gaszenia światła. Taki też jest przydatny, ale ja proponuję pilota uniwersalnego. Pilota wielomogącego. Pilota wielofunkcyjnego, dzięki któremu każdorazowe unieruchomienie z ssakiem nie będzie wiązać się z ryzykiem utraty mienia i zdrowia (również psychicznego).

Pilot, co to gaz pod kuchenką wyłączy pod niespodzianie kipiącym makaronem. Drzwi zamknie przed hałasującą domową hałastrą. Jeden przycisk i żaluzje zamknie, by atmosferę spaniową poczynić. Drugi przycisk, poduszkę pod plecami poprawi. Telefon dzwoni na stole, bierzesz pilota i od razu przez głośnomówiący ustalasz listę zakupów ze ślubnym. A wszystko to bez nerwowego zrywania się z sofy a dziecia od piersi. Korzyści zliczyć aż trudno.

Pilot w zwykłej obudowie, bez zbędnych bajerów, a jedynie z możliwością programowania spersonalizowanych funkcji. Co do głowy przyjdzie, co potrzebne tobie. Ja zamarzyłam sobie przycisk specjalny do czasu zatrzymania. Jestem w stanie rozwiązać wszelkie problemy palące. Niestraszne mi Lulki harce, swawole; bałagan w pokoju; nieskończony obiad; światło do zaświecenia; nocnik do zapełnienia; dziecko do położenia. Lecz dopiero "gdy skończę karmić Anię". A tak, wciskam przycisk w kryzysowej sytuacji, świat czyni STOP, dzieć kończy posiłek, czas wznawiam i bez stresu i nerwów i bolących piersi wracam na pole domowej bitwy.

Więc jak? Ktoś ze mną inwestuje w produkcję pilota? Ugodowa jestem, nie gryzę ;) 

PS. To nie pierwsza matki kreatywność. Matka posiada już prawa autorskie do snu-minutnika. Jeszcze chwila i pierwszy milion będzie w zasięgu ręki. I to na macierzyńskim.

10.2.15


Podobno największą obelgą rzuconą w twarz matce z dzieckiem w domu jest "I co ty niby robiłaś przez cały dzień? Przecież widzę, że nic". Nim zaczniecie chórem unisono kiwać w zrozumieniu głową, to trzeba powiedzieć wprost - czasem jest to prawdą. 

Wstajesz o luksusowej porze, dziewiąta rano. Pół dnia szlajasz się w piżamie. Twarzy nawet dokładnie nie umyjesz, o splątanych włosach i wczorajszym ciele nie mówiąc. Porządnego posiłku nie zjesz, tylko sączysz kawę za kawą, a między kolejnymi zimnymi łykami zerkasz na fejsbuka. Tylko nie tłumacz się, że jak na stojąco, to się nie liczy. Gdy nie stoisz i nie sączysz to przesiadujesz plackiem przed telepatrzydłem gapiąc się na śniadaniówki, kuchenne ewolucje i z doskoku anioła, co się od kilkunastu lat już buntuje. Tylko się nie dziw, że mózg ci topnieje. 

Czasem kawałek podłogi zamieciesz, najczęściej tylko rynek. Odkurzacz może i włączysz, lecz dywanu już przelecieć nie łaska. Szczytem wysiłku jest umycie naczyń po mężowo-starszakowym śniadaniu. Łazisz z kąta w kąt pod nosem podśpiewując. Udajesz, że łydki ćwiczysz bujając się bez rytmu, bo nawet tego utrzymać nie możesz. I tak bimbasz do momentu, aż przybędzie reszta. Na rękę ci, że mąż wieczorem zupę ugotował, więc przynajmniej coś ciepłego zjedzą.

Osiem, dziewięć, dziesięć godzin bez pożytku żadnego. Osiem, dziewięć, dziesięć godzin wiecznego karmienia (przed telewizorem*), (odkurzaczem) odsmarczania, przewijania, na rękach noszenia, bujanio-śpiewania. Bez efektów. Dzieć i tak spać nie chce, płakać nie przestaje.
Chyba że na twoim ramieniu.

* nim ktoś rzuci hipokryzją (vide: ostatnie posty: 1, 2) śpieszę donieść, iż po nieprzespanej nocy nawet czytanie wymaga zbyt wiele

8.2.15

Słowo się rzekło. Do czytania wróciłam. Pomyślałam jednocześnie, że dobrym kopem do niezarzucenia tej czynności będzie relacjonowanie na blogu osiągnięć czytelniczych. Z racji bardzo słabej woli i wysokiego poziomu słomianozapaleństwa każda motywacja dobra.
Bilans styczniowy obejmuje pięć pozycji. Oto i one.




Dwie pierwsze książki nie są wyborem przypadkowym. Zależało mi na dobrym i relatywnie łatwym rozpoczęciu czytelniczego roku, a nic tak dobrze nie wchodzi jak kryminały. Ogromnym plusem pisarstwa, które praktykuje James Patterson, bo on nim mowa, są króciuteńkie rozdziały nie do przecenienia dla osób dysponujących skromnym czasem wolnym i to jeszcze często przerywanym (vide: matka karmiąca naturalnie). Ta lekkostrawna forma ułatwia pochłanianie i wejście w odpowiedni rytm, choć ostrzegam - mocno wciąga i odłożyć w połowie jest wyczynem nie lada. Staż znajomości z panem Pattersonem i bohaterem serii Alexem Crossem mam już dosyć długi acz mocno chaotyczny, ale "Violets Are Blue" i "London Bridges" skutecznie umilały mi pierwsze dni stycznia, gdy dzień i noc zlewały się w jedną bezkształtną nieprzespaną masę ;) A czytanie w oryginale stanowiło idealne ćwiczenie dla rozlazłego po ciąży mózgu.

Kolejna pozycja podrzucona została przez siostrę, która wie jakim uwielbieniem darzę właśnie kryminały. Tym razem klasyka: Agatha Christie i "The Mysterious Affair at Styles". Pierwsza powieść z Herculesem Poirot i wstyd się przyznać, pierwsza tej autorki, którą przeczytałam. Choć wiem, że Christie to królowa kryminałów, to jednak pozostanie poza moją bajką. Świadomość, że tropy po drodze są mylne i do rozwiązania prowadzą bardzo pokrętnie nie wzbudzała entuzjazmu, a struktura i forma brzmiała mocno staromodnie. Co nie dziwi zresztą skoro za pięć lat ta powieść będzie obchodzić stulecie wydania. 

"Wierność w stereo" Nicka Hornby'ego też może być zaliczana do klasyki ale już popkultury. Przy czym nie jestem pewna czy za sprawą samej książki czy raczej jej filmowej adaptacji. "Przeboje i podboje" widziałam wcześniej i może dlatego, przy braku efektu świeżości, sama powieść nie porwała. Historia przecież ta sama, ale napisana z wymuszonym luzem o bohaterze często zwyczajnie męczącym i irytującym przez swoje niezdecydowanie i brak biglu. A jednocześnie tak fajnie zagranym przez Johna Cusacka. 

A na koniec zafundowałam sobie cięższy kaliber z polskiego podwórka czyli Joanna Bator "Ciemno, prawie noc". Powrót po latach do rodzinnego miasta w celach zawodowych staje się impulsem do odkrywania swojego dzieciństwa, jego aspektów nieznanych lub wypchniętych ze świadomości. Temat nie nowy, ale biorąc pod uwagę chociażby niebanalne koncepty drugoplanowe (chociażby przewijająca się przez całą powieść niebagatelna rola kociar) interesująco opisany. Może tylko (paradoksalnie!) niepotrzebnie pod koniec podąża tropem sensacyjnym. Nie jestem bieżącą czytelniczką literatury polskiej, poszukuję raczej z doskoku, więc o jakości niech świadczy literacka nagroda Nike z 2013 roku.

I tak wyglądał mój czytelniczy styczeń.
A Wy co przeczytaliście ciekawego? Chętnie podłapię nowe tytuły.

5.2.15


Ostatnich kilkanaście miesięcy stanowiło posuchę czytelniczą. Książek przeczytanych w ostatnim roku nawet nie pamiętam i nie dlatego, że było ich tak dużo. Praca zawodowa, blogi, seriale. Zwłaszcza te ostatnie zajmowały sporo mojego wolnego czasu, którego niewielką ilość miałam do dyspozycji. Nie do przecenienia była niechlubna rola Lulki, przed którą najzwyczajniej w świecie książki me własne nie kartonowe chować musiałam w obawie przed destrukcją - bo co będziesz matka czytać, skoro możesz ze mną farbami malować? I już myślałam, że ratunku dla mnie nie ma i z papierowych czytadeł tylko gazety się ostaną. Ale znalazłam sposób, a raczej sposób znalazł się sam, by znów wrócić do czytania. 

Wystarczy sobie sprawić małe dziecko. 
Jakim cudem ma się czas na książki przy dziecięciu maleńkim? Oto trzy proste triki.

1. Karmienie piersią.
Jak wiadomo karmienie naturalne noworodka trwa godzinami. Dosłownie godzinami. A ile można śląpić w telewizor na trudne sprawy Magdy Gessler na dzień dobry? Każdy normalny mózg się lasuje po jakimś tygodniu, więc z troski o zdrowie własne i otoczenia trzeba zająć się czymś innym. Książki wpisują się idealnie, e-booki ponoć jeszcze lepiej. A że przy okazji możesz poczytać i dzieciu (zwłaszcza jeśli jak matka lubi thrillery policyjne o seryjnych zabójcach) to już korzyści są dwie.

2. Karmienia nocne.
Jak wiadomo większość dzieci nowonarodzonych śpi jak przysłowiowy zając pod przysłowiową miedzą budząc się często na konsumpcję. Po kilku dniach mniej więcej orientujesz się w czasotrwaniu przerw między wystawianiem bufetu. I teraz: położywszy dziecię spać ogarniasz siebie, jutrzejszy obiad (jeśli o tym pamiętasz, ja często nie), wczorajsze ploty i zrobiwszy wszystko co miałaś lub nie miałaś w planach patrzysz na zegarek i szacujesz czas pobudki. Wprowadzamy subiektywne kryterium decyzyjne - przykładowo jeśli pobudka wystąpi w okresie krótszym niż godzina - można spokojnie poczytać. Jeśli dłuższym - idziemy spać, masochistami nie jesteśmy. Oczywiście jest to warunek mocno ryzykowny, sama się na nim kilkukrotnie przejechałam, ale czego się nie robi...

3. Katar.
Na koniec sposób mało humanitarny, rzecznika praw dziecka uprasza się o opuszczenie poniższego akapitu. Jeśli desperacko zależy ci na poprawieniu swych osiągów czytelniczych to zafunduj swemu dzieciu małe przeziębionko. Dzieć zasmarczony nie zaśnie bez krztuszenia się w innej pozycji niż na twoim ramieniu, więc w czasie jego dziennej drzemki masz jak znalazł kilkadziesiąt minut spokoju na czytanie. A że z dzieciem wiszącym na ramieniu i tak nic innego nie zrobisz to wyrzutów sumienia brak. Biorąc pod uwagę, ze przy dobrych wiatrach tych drzemek dzieć może zaliczyć sztuk więcej niż jedną - kalkulacja jest prosta.

Et voila!
Sposoby te niżej podpisana testuje od ponad miesiąca i bilans jest na plus. Na pięć plus.

3.2.15

Posiadanie fanpejdża posiada kilka zalet, wśród nich najwyżej cenię możliwość wygadania się z następującym po nim nadzwyczaj pożądanym wirtualnym wsparciem i zrozumieniem. Nie wiem, czy dziś z biometem jest coś nie tak, czy może ta seria Łaciatego została skażona jakimś dopalaczem, ale Lulka przechodzi samą siebie. 

Jak pisałam zaliczyłam dzisiaj chyba wszystkie błędy wychowawcze. Prosiłam (o chwilę spokoju), groziłam (że wyrzucę kredki i plastociasto), szantażowałam (że jak będzie cicho, to uśpię Ankę i będziem się razem bawić), przekupywałam chrupkami kukurydzianymi. Na nic me starania bo tornado szalało non stop. Strzeliłam sobie jednocześnie również w stopę mówiąc, że pojedzie do babci na parę dni i będzie spokój. No i teraz mędzi, że chce do babci. Tego wała! Byłoby za dobrze. Do przybytku jutro i bez dyskusji.

Ale ja nie o tym. Gdy po południu wstała cudem położona na drzemkę, przybył ojciec i po skrótowej matczynej relacji tudzież skomleniu zaproponował pannie spacer. Każdy zwyczajny człowiek/dzieciak/niemowlę zabunkrowany w domu od dobrych dni paru na hasło spacer powinien posikać się z radości i w te pędy pobiec się ubrać (oczywiście wcześniej przebierając zasikane wdzianko). Ale nie Lulka. Ta jakimś cudem woli zostać w domu z matką, która dała jej w kość dzisiaj porządnie i groziła zsyłką (bo się nawet zołza ojcu poskarżyła, że "mama krzyczała!"). Mała konsternacja, bo ewidentnie trzeba dzieciaka wybiegać, by może mniej przez następne godziny zbójowała. I zaczyna się walka na argumenty. 

"Chodź, pójdziemy na sanki?" "Nie!" (a dni parę temu piszczała że chce na sanki, a nie mogła).

"Chodź, pójdziemy zobaczyć, czy są bałwany" "Nie!" (a na ostatnim spacerze liczenie bałwanów było celem samym w sobie).
"To ja idę sam porzucać się śnieżkami" (Zasada przekory technik negocjacyjnych plus dotychczasowe uwielbienie śnieżek). I znowu "Nie. Ja zostaję w domu!".

Matka ręką machnęła, dziecię zostawiła z tatuśkiem - niech kombinuje. Poszła po odkurzacz, by nerwy odreagować. Odkurza. Po dwóch minutach przychodzi panna w pełnym zimowym rynsztunku wymachując wskazującym paluszkiem i rzecze: "Idę po żelki!"

To kup i mi.

1.2.15


Podtyp matki. Spotykany na terenach zurbanizowanych, podmiejskich i wiejskich. Przedział wiekowy? Przecież kobiet o wiek się nie pyta. Wygląd? Podobna do wszystkich i żadnej.

Matka irracjonalna jeszcze przed ciążą założy trzy święte zasady: bez smoczka, bez butli, bez sensu. Potem drze z głowy włosy przy kolejnej nocy, ale zasad swych świętych nie złamie. I słaniać się będzie na nogach ostatnich z kryzysem cyckowym i zgłodniałym dzieckiem, nim w końcu nakarmi z butelki. A po kryjomu śląpi cichaczem nad dzieckiem z tą butlą miast cieszyć się, że ma czym żołądek dziecięcy napełnić.

Inteligentna, mądra, zaradna życiowo, po zapłodnieniu traci i głowę i instynkt. Choć wie, że internet to szambo i studnia głupoty to niezwłocznie na żywo z dokumentacją wszelaką powierza problemy, w drastycznych przypadkach nazywa lekarzem. Każdą krostkę na licu dziecięcym konsultować będzie, każdy skurcz, pokurcz i boleści wszelkie. Pięć teorii wyszuka, że lepiej dzieciu spać na boku lewym niż prawym i nocami przekłada, nim dojdzie, że wszak dobrze jest na wznak.

Priorytetów zaburzenia charakteryzują irracjonalną matkę. Nieefektywnie jest przecież konsumować śniadanie, gdy w tym czasie można: puścić pranie, pozmywać, ziemniaki oskrobać. Zamiast cieszyć się chwilą z maseczką to capnie tu szczotkę tam gąbkę i nie są to bynajmniej akcesoria twarzowe. Zamiast spać pójść wieczorem, gdy dziecięcia już chrapią to odpala seriale i wertuje książki do nocy. Wstaje zbyt rano zbyt nieświeża mentalnie z obietnicą "dziś kładę się z dzieckiem i spać będę, aż ono spać będzie". Obietnicę tę złamie już dzisiaj, to więcej niż pewne.

Codziennie się łudzi irracjonalna matka, że dzisiaj się uda, co nie działało wczoraj. Parzy tę kawę, choć wie, że stać będzie; idzie myć swe zewłoki, choć zaraz usłyszy krzyki, Rejtany i płacze. Proponuje te wstrętne buraki i szpinak, choć od miesięcy paru rządzi tylko mizeria i marchew, mizeria i marchew i groszek, ale tylko czasem. A największym jej błędem jest naiwne myślenie, że planować może. Nawet nie długofalową przyszłość bezdzieciową, ale dzisiaj i jutro i środę.

Matka irracjonalna - kolegujemy się mocno, rozumiemy trudy. W końcu codziennie mijamy się
w lustrze.