28.4.15

nieśmiałe dziecko

Zwyczajne popołudnie. Plac zabaw. Multum dzieci jak to popołudniową porą w typowy dzień. Przychodzi matka z chłopcem w wieku około 5 lat. Chłopiec zatrzymuje się na środku. Rozgląda. Stoi. Patrzy. Stoi. Patrzy. Matka nerwowo przestępuje z nogi na nogę. "Idź się bawić". Chłopiec dalej stoi. Rozgląda się. Mijają kolejne dwie lub trzy minuty. Kobieta zdenerwowana odwraca się na pięcie, ciągnie chłopca za sobą: "Co ja tu będę z tobą stała? Stoisz jak słup i nie chcesz się bawić. Ja mam tyle rzeczy w domu do zrobienia, a ty nawet nie chcesz się bawić. I czemu ryczysz? Przecież i tak się nie bawisz. Idziemy. Ja mam tyle rzeczy w domu a ty jak ten słup". I poszli.

***

Jestem matką nieśmiałego dziecka. Dziecka, które musi oswoić każde nowe miejsce, każde nowe towarzystwo. W tłumie będzie stać z boku, przyglądać się, czy to z pozycji ławki, piaskownicy lub zjeżdżalni. Będzie, nawet bawiąc się, co jakiś czas do mnie podchodzić, szukać kontaktu. Moje dziecko na placu zabaw często nieruchomieje w obserwacji innych zachowując się jak ten chłopiec. Nieśmiało spróbuje dołączyć do zabawy, potem i tak pobiegnie do swojego  osamotnionego miejsca. Moje dziecko zdecydowanie lepiej czuje się w towarzystwie rówieśników kilku, wtedy będzie biegać, skakać, latać, pływać, krzyczeć, wspinać, sypać, śpiewać, tańczyć, zbójować.  Lecz gdy tylko tłum dzieciaków gęstnieje zacznie się wycofywać, tracić pewność siebie, orbitować coraz bliżej mnie. Przemiana w kilka minut. 

Nie znam tego chłopca. Być może wcześniej usilnie prosił kobietę o wyjście na plac, nagle się zawstydził. Nie znam tej kobiety. Jestem w stanie zrozumieć jej zniecierpliwienie, każdy ma prawo do paskudnego dnia. I lawiny prac domowych. Lecz czy zabieranie z placu zabaw "za stanie i nie bawienie się" to nie za surowa kara za nieśmiałość?


23.4.15

Ok. Trzeba to w końcu napisać. Czwarty miesiąc był najtrudniejszym w naszej krótkiej wspólnej karierze. Można to było zapewne wywnioskować po mojej frekwencji i nastroju, jaki ostatnio generowałam. Tak naprawdę przyczyna była/jest jedna. Karmienie. Nie wdając się w szczegóły, być może kiedyś zbiorę się na bardziej osobiste ogarnięcie tematu, ale ostatnie tygodnie dały nam zwyczajnie po tyłku. Ance, mnie, Lulce i chłopu.
Ale coby już porzucić smętnonastrój...

Czwarty miesiąc*
Pierwsze wyjazdy-rozjazdy za nami. Anka cudownie zaskakiwała przesypiając świąteczne podróże, ewentualnie budząc się kilka kilometrów przed celem i syreną oznajmiając, ze moglibyśmy już dojechać. Ogromne podziękowania należą się również GDDKiA za ukończenie w końcu A4 na odcinku Kraków-Rzeszów.

Ponadto matka zaliczyła, pierwszy bez Anki od Anki narodzin, wypad w miasto. Na dodatek ze starszą w ramach suplementacji skrajnych niedoborów poświęconego sobie czasu. Wypad ów obejmował zasadniczo wizytę w Krakowskiej Jaskini Solnej, ale kto by pomyślał, że Lulencja po kilkumiesięcznej przerwie zapomni, jak to jest jeździć MPK. Dodatkowa atrakcja zaliczona na plus, ale jak na rasową blogerkę przystało, matka nie wzięła aparatu, by uwiecznić radości. W tym samym czasie panna Anna umilała życie tatuśkowi, a jako że jest to (Anka, nie tatusiek) egzemplarz mocno matkolubny, to tatusiek z pewnością się nie nudził.

Co do Ankowej matkolubości, nie obejmuje ona butlą karmienia, ale już do odbijania, bujania, usypiania czy wózkiem jeżdżenia matka jest niezbędna. W trybie pełnej wyłączności. Taka karma. Chociaż wczorajsze doświadczenia (ojcowy spacer z młodszą bez wrzasków) uruchamiają nadzieję.

A jak Ankowy rozwój? Panna odkryła że ma ręce, a tymi ręcami najlepiej łapać mamy ręce, więc sczepione wiecznie leżymy. Ponadto nader imponuje szybkość wzrostu paznokci, dzięki czemu matka co dzień ma nowe malunki na ramionach - tatuażystka i to za friko. Na plus można zaliczyć wzrastającą ilość minut, w ciągu których nieprzerwanie panna Anna potrafi zająć się sobą bez matczynej ingerencji. Tak do dziesięciu.

I to wsio chyba na dzisiaj. Pełna wiary, że kolejny miesiąc nie da tak po garach oddalam się ku korzystaniu z błogiej, chwilowo niczym niezmąconej ciszy świadoma, że około godziny drugiej czeka mnie jeszcze około półtoragodzinna dyskusja z panną Anną, że warto jeszcze iść spać.

*Sama panna Anna dziwi się, że matka tyle zdołała napisać, skoro jednak tak naprawdę to był miesiąc wrzasków. 

21.4.15


rozterki matki

Kończę już waści cykl antysmęceniowy (tu i tu), bo ileż można dołować się bez szkody dla się i otoczenia? Jeżeli więc ani nuty jasne ani ciemne nie działają w walce z matkosmętem, należy wytoczyć działa najcięższe. Paradoksalnie zwraca się na nie uwagę własnie w momentach przełomowych, gdy już zdaje się, że nadziei brak. A wystarczy rozważniej rozglądnąć się wokół siebie i dostrzec małego paskuda wystrzeliwującego nieoczywiste bon moty z prędkością kałasznikowa. Wystarczy wsłuchać się w wygadanego trzylatka. Szczęśliwie mam takiego (taką) na podorędziu.

***
"Mamo. A w Biedronce można kupić zęby. Takie białe."
"Jakie znowu zęby? Takie do jedzenia?" Za matki młodości takie były, pamiętacie?
"Nie, mamo. Takie, które wkłada się do buziaka."
"A po co?" pyta się niedomyślna matka.
"Bo jak ktoś nie ma zębów, to może sobie kupić w Biedronce". No tak, wszystko jasne. Po co komu protetycy?

***
"Mam cię, zjem cię, obedrę ze skóry!"
"Mamo, ale ja nie jestem ogórkiem!"

***
"Mamo. Jak Ania będzie duża, to będziemy mieć braciszka!" 
Że kutwa, co? Matka pluje się rosołem.
"Jakiego znowu braciszka?"
"No braciszka. Takiego małego".
"Ale skąd będziemy mieć braciszka?"
"No urodzisz nam". Na tym etapie? - no fucking way!

***
"Mamo. A ja nie chcę być taka jak ty". Matki serce złamane na pół.
"A dlaczego kochanie?" Matka łzy już roni z braku córkowej miłości.
"Bo ja chcę iść do przedszkola. Ty nie możesz iść do przedszkola, jesteś za duża". Ufff, jeszcze nie jest tak źle. Tylko ta "za duża....". Obiecuję, wezmę się za tą Mel B.

***
A na koniec pisałam na fb, że panna przywlokła ze żłoba piosenkę dla rodziców, którą wałkujemy jakieś trzysta razy dziennie, ja również przez sen. W ramach urozmaicenia matka wymyśliła alternatywną wersję edukacyjną:
"Kochany mój paznokciu
Jak pięknie rośniesz długi
obetnę jutro cię
ale nie obgryzę" (tak, panna Julianna obgryza pazury, nieodrodna matki córka).

PS. Inne perełki tu i tu i tu!

19.4.15


Ostatnio pisałam, że typową reakcją na me własne nastrojowe doliny jest zapuszczanie na słuchawkach smętnodźwięków w celu ostatecznego dorżnięcia (się). Trzeba się jednak przyznać i do tego, że zbyt długie przysmęcanie każdemu (w tym i matce) może się znużyć. W celu zachowania równowagi w matkowym mikroświecie należy więc co jakiś czas w ramach odsmętnego detoksu wygrzebać z playlisty parę zapomnianych perełeczek rozjaśniających. A jako, że zapowiadałam przebranżowienie bloga, oto i one. Dzielę się chętnie. Jednocześnie zastrzegam, że nie są to typowe kolorowo zajarane pioseneczki (ok, może nie wszystkie). Raczej przykłady tego, co subiektywnie matce zawsze w głowie poprawia. 

1. Charlie Winston "Like a Hobo"  - bo każdy kiedyś chciałby zostać włóczęgą.

2. JackPenate "Let's all die"- proszę się absolutnie nie sugerować tytułem.

3. The Rapture "The Coming of Spring" czyli jazgot pierwsza klasa. Jeśli potrzebujesz w szybkim czasie postawić się na równe nogi - znaczy ogarnąć się z marazmu - to tylko ten energetyk. A tak naprawdę całe "Echoes" dają kopa.

4. Hercules and Love Affairs "Blind" - nawet głos Antony'ego - czołowego depresanta ubiegłej dekady nie zmienia pozytywnego odbioru.

5. John Davis and the Monster Orchestra "Love Magic" - utwór na kryzysy najgorsze. Gdy matka ma ochotę poszukać najbliższego mostu, to akurat te siedem minut z hakiem wystarcza, by jednak zawrócić i wszamać dwie paczki draży czekoladowych. A od draży zaczyna się rekonwalescencja.

6. I żeby nie było, że się matka od popu kompletnie odcina, to mało co tak pomaga na nastrój jak gibnięcie nóżką przy:
Kelly Rowland "Work (Freemasons Remix)"

Justin oh! Justin "Like I Love You"

Monika Brodka "Krzyżówka dnia"
Ja już tworząc tego posta pojaśniałam tak ze trzysta razy, a wy?

16.4.15


Się matka ostatnio przyznała do smętnych dni kryzysowych. Smętne dni kryzysowe oprócz smętności ogólnej charakteryzują się zwiększonym popytem matczynym na smętnodźwięki. Smętnodźwięki natomiast to wszystkie te utwory, w rytm których matka ma ochotę jeszcze bardziej się dorżnąć. Pozytywnym aspektem poświęcenia paru godzin na taplanie się w odmętach smętów jest następnodniowa znaczna poprawa nastroju. Smętnodźwięki mogą więc być przepisywanie przez lekarza jako tymczasowy środek zaradczy na nastrojowe doliny. Matka będąc osobą o gołębim sercu, chętną do pomocy w przypadkach wszelakich, sporządziła dla wszystkich potrzebujących krótką listę smętnodźwięków o potwierdzonej skuteczności dorzynania.

1. Guillemots "Sao Paolo" - nie dajcie się zwieść uśmiechami zerkającymi z tego klipu. Nie dajcie sobie zamydlić uszu bogactwem dźwięków. Smęci się przy tym idealnie.

2. Blur "Battery In Your Leg" - tego zespołu myślę nikomu nie trzeba przedstawiać. Z całej różnorodności, czasem chaotycznej, materiału płyty wyróżnia się ta perełka.

3. Sunset Rubdown "The Empty Threats of Little Lord" - matka musi się przyznać, że jest ogromną miłośniczką Kanadyjczyka o nazwisku Spencer Krug, współczesny Wonder Boy. Bierę wszystko, czego się dotknie, Wolf Parade, Swan Lake i właśnie Sunset Rubdown.

4. Band of Horses "Funeral". Co tu dużo pisać, tytuł mówi za siebie. Cały dorobek zresztą pozwala na długie nieodzyskiwanie szalonej radości.

A jeżeli ktoś nie chce rozdrabniać się na pojedyncze kawałki to polećmy pełnymi płytami.

5. Interpol "Turn on the bright lights", "Antics" - te dwie płyty gwarantują doliny, mroki i szarości. Ktoś może powiedzieć, że to marne popłuczyny po Joy Division (notabene też radością nie tryskające), cóż z tego, gdy idealnie wpasowują się w smętnomomenty.

6. Starsailor "Love is here" - nie jest to płyta wybitna, nie jest to muzyka oryginalna, wokalista posiada manierę niektórych irytujących. Ale matka nie zliczy w ilu kryzysowych momentach lat młodzieńczych tym się dorzynała.

Bierzcie i smęćcie się wszyscy!

13.4.15

zmęczenie matki

Sobota dwunasta w południe. Spacerujesz z wózkiem bo nazbyt dobrze znanym osiedlu. Widok kobiety w szlafroku na balkonie z kubkiem kawy zapewne, leniwie palącej papierosa, a wolną ręką przeglądającą jakieś czytadło uzmysławia ci jedno. Masz dość. 

Stajesz się wtedy tą matką naburmuszoną z wózkiem, którą czasem wcześniej mijałaś po drodze, ledwo odwzajemniającą twoje "dzień dobry" i uśmiech. Wychodzisz z domu, by wychodzić zmęczenie, znaleźć natchnienie, pomyśleć. I co z tego, gdy błyskotliwe pomysły ulatniają się wraz z wkroczeniem do klatki schodowej.

Masz dość wyrzutów sumienia i wcale nie dlatego, że popełniasz ponadnormatywną ilość błędów. Chciałabyś nie przykładać do nich takiej wagi, szybciej się pogodzić. Co z tego, gdy macierzyńskie wyrzuty sumienia wżynają się w głowę najbardziej.

Zbyt często powtarzające się drobiazgi napinają nerwy do granic. Ot przykład: od trzech miesięcy znosisz ten sam bezzasadny i bezsensowny wrzask przy ubieraniu i pakowaniu do wózka. O tyle bezproduktywny, że po pięciu minutach dzieć i tak będzie spać. A ty stoisz nad tym wózkiem i próbujesz wyważyć otwarte drzwi, bo choć logiczne wydaje się zaakceptować to podejmujesz równie bezsensowną walkę.

W końcu włączasz autopilota, ustalasz priorytety, a po całodziennych walkach z karmieniem, tuleniem, wrzaskami, fochami, "tu-chcę-teraz"ami zamykasz się. Izolujesz. Najłatwiej wyłączyć komputer. 
Zastanawiasz się, gdzie byś teraz była, gdyby nie dzieci i po co ci to wszystko. A napisanie na końcu, że uśmiech dziecka wynagradza największe frustracje byłoby dzisiaj zwyczajnym oszustwem.

Do pewnych rzeczy ciężko się przyznać.
Tu, gdzie piszę, najtrudniej jest przyznać się do zmęczenia macierzyńskiego materiału.


PS. Co za paradoks, że mija drugi rok bloga, Dziękuję wam, że jesteście. I za każde zostawione słowo. Doceniam, choć za rzadko piszę, że doceniam.

9.4.15

Książki dla trzylatka

Uf, uf, uf. Mijają kolejne tygodnie, więc czas dalej pokazywać, co starsza córa lubi czytać. Dla młodszej też już coś niecoś zachomikowane, ale ta jeszcze z gracją obojętnie ślizga się po stronach ;) Część pierwsza naszych zmagań z "Czytanie to wyzwanie" tutaj. Jedziemy dalej!

9. Goat goes to playground - kiedyś kiedyś dostane z zagramanicy, długo leżało w kącie, ale ostatnio przeżywa renesans. Historia obrazkowa o tym, jak koziołek z przyjaciółmi spędzają czas w przedszkolu. Jako, że to największy rozrabiaka, więc wiadomo - jest wesoło. Może mało pedagogicznie, ale najwięcej śmiechu Lulkowego generuje fakt koziołka robiącego w gacie (wiadomo, czasem w przedszkolu się zdarzy ;) 

10. Alfabecik dla dzieci - mimo tego, że mamy już kultowe Abecadło Tuwima to akurat "Alfabecik dla dzieci" chwilowo bardziej przykuwa uwagę dziecka. Nasza dopiero zaczyna rozumieć, co to znaczy że "arbuz zaczyna się na a", ale myślę, że jeszcze wielokrotnie będzie służyć nam pomocą. Zdecydowanie pozycja na przyszłość.

11. Małe zoo Lucy Henrietta Włochata Hipcia - to jedna chyba z pierwszych naszych książek (oprócz może Zezi i Gilera), która porusza problem inności. Hipcia Henrietta nietypowo dla hipciów ma bujną fryzurę, będącą powodem śmiechów kolegów. Podczas poszukiwania innych krain, gdzie mogłaby zamieszkać, poznaje nowych przyjaciół, a wróciwszy do domu staje się bohaterką, która przeżyła fantastyczne przygody. Ciepła pouczająca opowieść. No i ciach-ciach ptak, czyli idol córki mej osobistej, która zapewne zwiąże swą przyszłość z fryzjerstwem.

12. Kamilka gotuje - ta seria mocno przypadła Lulce do gustu. Po pierwsze i główne - naklejki. Nie ma chyba dwu-, trzylatka, którego ominąłby naklejkowy szał. U nas trwa od dobrego roku i końca nie widać. Uzupełnianie opowiadanej historii naklejaniem prowadzi do różnych, czasem mocno abstrakcyjnych koncepcji. Przykładowo? Nasza mała na twarz taty będącego jednym z bohaterów książki nakleiła prezent. I spróbuj teraz czytać "powiedział tata". Koniecznie "powiedział pan prezent". A jak się pomylisz, to panna z wyrzutem w głosie odpowiednio cię poprawi. Polecamy z czystym sercem całą serię.

13. Franklin i dzidziuś - temat u nas mocno aktualny. Tak naprawdę panna radzi sobie całkiem nieźle, a ta opowieść to przede wszystkim kolejny etap jej uwielbienia dla dzidziusiów wszelkiej maści. I tylko matka nie wiedziała, że Franklin to już gość dobrze dziecku znany - ach, ten żłobek. Do polecenia wszystkim mniejszym i większym maluchom, którzy niedługo witać będą rodzeństwo.

14. Poczytam ci mamo co robią mrówki - ta książka może wydawać się pozycją nieco za trudną na trzylatki. Co więcej sprawia kłopot również rodzicom, bo przyznać się z ręką na sercu, który rodzic nie będący z wykształcenia ornitologiem zna te wszystkie pokazane robale? Nie wiem dlaczego panna ma swój sposób zapoznawania się z tą książką:  przybiega do wybranego rodzica, otwieraj wybraną stronę i krzyczy: "Pokaż mi coś śmiesznego!". A że śmiesznotki się znajdują (vide: mrówcza kolejka do ubikacji), więc żądania małej spełnione. Do tego odpowiedni blok rysunkowy i zabawa na całego. 

A teraz piłeczka do Was - co ciekawego znaleźliście ostatnio dla swoich dzieciaków? Dawno żadnych książek nie zamawiałam ;)



7.4.15

Szpitalne łóżko. Zmęczona ja. Ty ze zmrużonych oczu niepewnie patrzysz zawinięta w jasny szpitalny kocyk.
Parę dni później sen spokojny i różowy kocyk, który masz do dzisiaj.

Znów sen. Tym razem na dywanie. Z tatą obok najlepsze i najdłuższe drzemki. 

Pierwsza wyprawa za morze. Długie krakowskie spacery: kopiec, Skałka, parki wszelakie.

Siadasz, raczkujesz, a w tym wszystkim twe wielkie błękitne oczyska i uśmiech niezmiennie szelmowski.
Smakowanie nóżek lalki najlepszą rozrywką, z lalą tą śpisz i tej nocy.

Pierwsze urodziny. Choć chora to cieszysz się: tortem, balonem, żyrafą.

***

Rośniesz, chodzisz, wspinasz się, wdrapujesz. Lub siedzisz w książkach jak przystało na córkę tej matki.

Pierwsze prace plastyczne dumnie ze żłobka targane, z tatą mebli skręcanie, z klocków zamków budowanie.

Drugie urodziny. Bez "stolata", za to z muzycznym ekwipunkiem, za który pluję sobie w brodę przez kolejny rok.

***

Panna w zoo, za morzem, nad morzem i w górach. Huśtawki, zjeżdżalnie, piaskownice. A w tym wszystkim salwy śmiechu, krzyki buntów, bajek opowiadanie, piosenek wymyślanie, tańce, hulanki, swawole. I co jakiś czas przystawanie: "kiedy tak wyrosłaś?"

Ty uwielbiasz oglądać zdjęcia wszelaki. Ja uwielbiam patrzeć na zdjęcia ciebie. (Zbyt mało mamy wspólnych, braki nadrobić koniecznie).

Pierwszy uśmiech był dla Taty.
Pierwszy krok był dla mnie.
Pierwsze słowa dla nas.

Trzy lata. Już trzy lata. Dopiero trzy lata.

Trzy lata temu pytałam się "Kim ty jesteś?". Teraz sama odpowiadasz "Julia Weronika córeczka kochana"


2.4.15

dobre książki

Kwiecień rozpoczęty, więc najwyższa pora podsumować czytelnicze osiągnięcia marca. Dumna matka z siebie, bo norma podniesiona, sześć pozycji zaliczonych, a wszystko dzięki skokowi rozwojowemu panny Anny i matki z nią uziemieniu. Co było? Trochę kryminału i szpiegostwa, trochę ponuractwa ale i osobliwego humoru, trochę rodzicielstwa. No to jedziemy od góry!

Val McDermid "The Mermaids Singing" (Syreni śpiew) - kryminał z psychologicznym kluczem demaskowania seryjnego zabójcy. Co tu dużo pisać - jeśli kogoś kręcą takie klimaty (mnie i owszem;) serdecznie polecam.

John Le Carré "Z przejmującego zimna" - z tym autorem nie było mi po drodze, dopóki nie obejrzałam "Szpiega" (Tinker, Tailor, Soldier, Spy reż. Tomas Afredson). Film oceniłam na duży, duży plus, a że został nakręcony na podstawie powieści właśnie le Carré to zapałała we mnie ochota rzucenia się w klimaty szpiegowskie. Zaczęłam od jego pierwszej głośnej książki i absolutnie się nie zawiodłam. Ponury klimat, intelektualne rozgrywki i niepewność, kto finalnie kogo ogra. Mam ochotę na więcej.

Louis de Berniéres "The War of Don Emmanuel's Nether Parts" (Wojna o czułe miejsca don Emmanuela) - ha! pełnokrwista powieść całą gębą. Fikcyjne państwo rejonu Ameryki Łacińskiej. Historia mieszkańców miasteczka utkniętego w walce między różnymi odłamami guerilli oraz rządową armią. Odrobina realizmu magicznego (miłośnicy kotów znajdą tam coś dla siebie), dobrze napisane postacie, ale również pełnokrwisty opis rzeczywistości panującej pod totalitarną władzą - terror, bezkarne mordy, "wspólna własność" i antyproduktywność. To wszystko przełamane humorem często mocnoczarnym. Polecam!

Cormac McCarthy "Krwawy południk"- dawno nie miałam do czynienia z tak posępną, brudną literaturą. Ni skrawka szczerości, jasności, o dobroci nie ma co wspominać. Historia osadzona w czasach rodem z filmowego westernu, gdzie cech przez westerny gloryfikowanych (sprawiedliwość, wygrana praworządności, miłość) ni cholery nie znajdziecie - antywestern? Za to brutalne walki, zdzieranie skalpów (czym parają się bohaterowie), zanik sumienia i "zabić, okraść, byle coś wyciągnąć" jak najbardziej. Plącze mi się po głowie, że jest to męska książka, jeśli jako męską literaturę określić powieść o typach najgorszego autoramentu.

A na koniec w tematyce dziecięcej:

Carlos Gonzales "Moje dziecko nie chce jeść" - co miałam do powiedzenia na jej temat znajdziecie we wcześniejszym poście, o tu!

Thomas B. Brazelton, Joshua D. Sparrow "Grzeczne dziecko" - będzie o niej więcej w najbliższym czasie, wiec ograniczę się tylko do jednego: przeczytałam, przemyślałam, coś na pewno przechwycę.

A teraz? Teraz matka rozpoczyna, jak to trafnie zauważyła Introversja, Trzy noce z Zygmuntem ;)

1.4.15


Hello everyone! Zaczynamy trening. Nie potrzebujecie wiele. Butelka z wodą i ciężarek pięciokilogramowy. Zaawansowani mogą posłużyć się większym obciążeniem - jeśli nie macie własnego, na pewno któryś z sąsiadów z bloku chętnie pożyczy. To co, here we go!

Weźcie ciężarek na ręce, oprzyjcie o lewe ramię, nogi zegnijcie w kolanach, plecy proste i w dół i w górę, w dół i w górę na ugiętych kolanach. Piętnaście razy. Ciężarek na prawe ramię i znów: i raz, i dwa... Pamiętajcie od oddychaniu. I trzy i dwa i jeden, świetnie. Nie przerywając przenosimy ciężar ciała z jednej nogi na drugą - lewa, prawa, lewa, prawa i tak piętnaście razy. Zmiana! Ciężarek na lewe ramię i znów piętnastka. Lewa, prawa, czujecie jak pracują wam nogi? Bo ja tak! Zamiast liczenia możecie ćwiczyć mięśnie ust rytmicznie "szuszając". I trzy i dwa i jeden!

Dołączamy skręty bioder. Raz w lewo, raz w prawo - ćwiczymy, ćwiczymy! Nie za energicznie, by ciężarek nie wypadł wam z ramion, ale z energią drogie panie, z energią! Ciężarek na prawe ramię i raz i dwa! Czujecie ten pot? Możecie dołączyć rozruszanie łokciowej części rąk poklepując ciężarek w rytm skrętów. Czujecie to?! Jak dobrze, prawda?!

Teraz przechodzimy do mięśni pleców i brzucha. Zaniedbaliśmy je ostatnio, prawda? Ciężarek na ręce, prostujemy plecy, wciągamy brzuch i skłony: odkładanie, podnoszenie, odkładanie, podnoszenie, i znów piętnastka. Jedziemy! Jeśli wypadające włosy wpadają ciężarkowi do ust to polecam opaskę. Ale wystarczy że z wydechem będziecie zdmuchiwać włosy z twarzy. I trzy! I dwa! Świetnie!

Jeśli marzycie o zgrabnych pośladkach ta seria będzie dla was. Ciężarek na ramię, plecy proste, brzuch i wciągnięty i uginamy jedną nogę do półklęku - pamiętaj, plecy proste. Prawa noga dziesięć powtórzeń, lewa noga - osiem, dziewięć, dziesięć. W celu zwiększenia motywacji polecam upuszczanie na podłogę cennych przedmiotów typu smoczek. Ach, jak cudownie się zmęczyć! 

Żyjecie jeszcze? Macie ochotę na więcej? To idziemy w plener. Po drodze zgarnijcie wózek typu czołg - im cięższy, tym więcej kalorii spalicie i bardziej wzmocnicie mięśnie. Zaczynamy od ćwiczeń na kształtne ramiona. Ciężarek do wózka, nogi ugięte w kolanach i jedną ręką odpychamy i przyciągamy bolid - i raz i dwa, brzuch wciągnięty, plecy proste, z uśmiechem patrzymy w dal. Piętnaście powtórzeń, potem zmiana ręki - i trzy i dwa i jeden. Świetnie! 

Powoli kończymy (się ;). Poszukajcie najbliższej ławki, usiądźcie prosto, lewą nogę zahaczcie o łącznik między kółkami bolida. Przyciąganie-odpychanie wózka - fantastyczne ćwiczenie na łydki. Nie pomagajcie sobie ręką, sama noga pracuje! Trzynaście, czternaście, piętnaście. Świetnie! I zmiana nogi. Czujecie te mięśnie? Pomyślcie ile tłuszczyku spalacie. Macie dość? Wiem, że macie. Więc na koniec szybki trucht z wózkiem. Im dłużej, tym lepiej. Pamiętajcie o oddechu, plecy proste i truchtamy. 

I jak? Dobrze było, prawda? Ciężarek śpi? Nie? No to lipa. Zaczynamy od początku.