28.7.15

Ostatnimi czasy popularne stało się ujawnianie nieznanych faktów o sobie przez mniej lub bardziej znanych blogerów/ki. Przyszedł czas na matkę, by podzieliła się faktem jednym, acz szokującym.

"Nazywam się Matka Debiutująca. Siedem miesięcy temu wystąpiłam z szeregów MLEChNA czyli Międzynarodowej Ligi Entuzjastów Chusteczek Nawilżanych (z ang. ILBE - International League of Babywipes Enthusiasts)."

Będąc matką pojedynczą oszałamiał wybór chustek dotyłecznych - porównywałam składy, czytałam recenzje, z czujnością obserwowałam reakcję zainteresowanej części ciała. Zakończenie etapu pieluchowania starszej spowodowało spadek zainteresowania tymi produktami do zera. Zanim na świat przyszła druga, kompletując wyprawkę z rozpędu zapas został poczyniony....i do dziś pozostaje okazjonalnie używany.

Skąd ten twist? 
Przede wszystkim ze znalezienia tańszej, środowiskowo i dotyłecznie przyjaźniejszej alternatywny = wacik + woda.

Kiedyś się już przyznawałam, że na dziecku oszczędzam i jest mi z tym dobrze. Zgroza mnie ogarnia licząc, ile wydaję na mleko i pieluchy (wielorazówki czekają na wypranie). Rozglądam się za kolejnymi wydatkami do obcięcia. Na pierwszy rzut poszły właśnie chustki. Jak wspomniałam, jeszcze ze starszą przetestowałam ich multum. Idealnych nie znalazłam. Niektóre dobrze wycierały, inne dłużej zachowywały nawilżenie, jeszcze kolejne łatwo się wyciągały. Wszystkie zbyt mocno pachniały i za często schodziły ;)

Ktoś powie. Ok, ale na wycieraniu tyłka zastosowanie chustek nawilżanych się nie kończy. 
Ha! Tu trafiamy na moment, gdy czuję się kompletnym wyrzutkiem. Przykładów alternatywnego wykorzystania chustek dotyłecznych doczytałam kilkadziesiąt: przykładowa lista choćby tu. Nie powiem, kilka razy spróbowałam, ale: albo robię coś nie tak, albo wzięłam chusteczki nie te, albo burdel w domu mam zbyt wielki. Szału nie było; woniało słodkością, to fakt, ale te same lub lepsze efekty uzyskiwałam przy pomocy wody i Ludwika. 
Choć autograf Lulki na dwóch krzesłach jak stał tak stoi. 

Lecz żeby nie było - dwa zastosowania chusteczek znalazłam. 

1. Wyjazdy bliższe lub dalsze.
Tu fakt przyznać trzeba. Chusteczki najlepsze do szybkiego wytarcia pupy, buźki, wysmarowanych łapek.

2. Szybkie zajęcie znudzonej starszakówny.
Jeśli szaleju się naje, a chwilowo marzysz, by zajęła się sobą, bo masz obiad/wrzeszczącą młodszą/kroplówkę z kawy sobie do zaordynowania (niepotrzebne skreślić), to gdzieś na wierzchu mniej lub bardziej nieopatrznie zostaw paczuchę otwartą. Uprzednio akceptując ewentualne straty masz spokój chwilowy siebie i sumienia zapewniony.

Bo trzeba wam wiedzieć, że sceptycyzm chusteczkowy nie jest przekazywany po linii matczynej. Lulka bowiem jest zdania, że akcesorium to stanowi element niezastąpiony i niezbędny do porządkowania wszelakiego: od polerowania luster, okien i podłogi, przez czyszczenie balkonu po mycie główek lali, najlepiej tej o bujnej fryzurze.


A teraz piłeczka do was. Wskażcie, co robię nie tak, że mi chustki tyłka osobistego nie urywają? ;)

PS. Oprawa ilustracyjna średnio do tematu pasująca, ale ziomalka mi sprzed oczu zejść nie chce.

26.7.15

Przyznam się od razu. Nie wiem. Nie wiem, jakim cudem ten czas tak mija. Każdy dzień sam z siebie często dłuży się niemiłosiernie, a gdy przychodzi co do czego, to się okazuje, że znowu matce kolejny miesiąc z panną Anną uciekł.

Śmiało mogę stwierdzić, że siódmy miesiąc był miesiącem wyjątkowym. 
Po pierwsze siostry miały siebie w pełnym wymiarze. Były momenty dobre i te gorsze, kilka problemów zostaje do rozwiązania, część rozwiała się samoczynnie. Myślę, że pójdzie ku lepszemu.
Po drugie - chrzciny, pierwsza impreza stricte Ankowa. Trochę stresów przed jak zwykle (matka nie byłaby sobą), ale panna Anna spisała się na medal strzelając uśmiechami na prawo i lewo.
Po trzecie - jestem skłonna upierać się przy tym, że w tym miesiącu panna najbardziej spektakularnie ruszyła do przodu. Nie, jeszcze nie chodzi, jeśli o to chodzi. Trzy przełomy. Tak mogę określić, co panna ostatnio nawyczyniała.

Przełom 1. Pierwszy ząb wykluty. 
Chwaliłam się już. Chwalić się będę. Ma dla nas dodatkową wartość dodaną, bo chyba przez niego (dzięki niemu!) panna powoli traci zainteresowanie kciukiem.

Przełom 2. Łyżeczka załapana. 
Wystarczyło dać pannie czas, a tak naprawdę odpuścić na chwilę. Po pierwszych nieudanych próbach matka machnęła ręką na rozszerzanie diety na jakieś dwa-trzy tygodnie. Z Lulką u boku i atrakcjami z tym związanymi nie miała czasu ni siły na skuteczne namawianie Anny. Gdy burze się uspokoiły, z głupia frant wzięłam pierwszy lepszy obiadek, usiadłam z Anką i, ku mojemu zdziwieniu, poszło. Kolejny raz motto "odpuść, by ruszyć z kopyta" spełniło swe zadanie.

Przełom 3. Rozwój ruchowy. 
Anka od początku była mocno energiczna. Spokojne leżenie nigdy nie było dla niej. Teraz idzie w tym jeszcze dalej. Kręci się wokół własnej osi, wyciąga ręce po zabawki, rzuca klockami (a potem matka podaj, bo będę krzyczeć), podciąga pupsko do góry, wierzga wszelkimi kończynami, ale przede wszystkimi sprężynuje na całego. I żeby tylko, gdy stopy ma podparte. Nie, nie, nie. Panna sprężynuje zawsze, powtarzam zawsze!, gdy trzymana na rękach. Podskakuje na tych okrąglutkich nóżkach, gęba śmieje się do rozpuku, radość, panie, radość! I tylko kręgosłup mój cichutko skomle po Ankowych harcach. Dodatkowym stopniem trudności obarczone jest uspokajanie panny przed snem, bo jednak najlepiej zasypia się u matki. Wygląda to więc komicznie - najpierw kic, kic, kic, cały pokój się trzęsie, matka się zatacza, ledwo węgorza utrzymując. A potem ciumciurumciu śpi ten węgorz na tych samych matczynych rączkach. Plusem fakt, że często samo się w ten sposób ulula ;)

I tak rośnie nam panna, pychów nabiera, ale nad jednym ciągle dumamy: do kogo ja jestem podobna ;)


22.7.15


Lato, lato wszędzie.... Gdy tylko matka z rana się przebudzi to nie musi nawet otwierać oczu, by wyczuć pogodę na zewnątrz. Wystarczy, że weźmie głębszy oddech i już wie, jak mocno grzeje słońce, uroki mieszkania od wschodu. I gdyby tylko mogła na spokojnie przygotować wszystkie swe członki na nadchodzący skwar...

Ojciec rzuca młodszą na wyro, bo już obudzona. Kręci się to to, paca ciepłą łapą po swojemu oznajmiając: "Wstawaj matka!". Wiesz, że przy dobrych wiatrach masz jakieś spokojne pół godziny, nim wstanie starsza, więc zamiast dolegiwać zwlekasz się, by mrożoną kawą z rana i umyciem włosów ochłodzić się, choć jeszcze ósmej nie ma. W międzyczasie nastawiasz zupę, karmisz młodszą i wpisujesz na fejsie, jak ci to gorąco w to lato.

Wstaje starsza, więc dzień dobry rozpoczynasz na dobre. Najchętniej pozwoliłabyś jej konsumować to śniadanie nie czterdzieści minut, a ze sto dwadzieścia, lecz wiesz, że za chwilę ostatnia szansa, by zakupy, spacer i plac zabaw odbębnić w jeszcze nie tropikalnych warunkach. Koło południa wleczecie się we trzy z powrotem, mokre, zdyszane, zmęczone, a jeśli panna młodsza zaśnie w wózku to jesteś najszczęśliwsza na świecie.

Wchodzisz do domu, bucha żar, choć wszystkie żaluzje i okna profilaktycznie zostawiłaś zamknięte. Wciskasz dziecku starszemu drugie śniadanie, a ty rozpoczynasz codzienną beznadziejną walkę z burdlem. Zerkasz na balkon, czekając na moment, gdy choć na skrawku zapadnie tam cień. Wpuszczasz tam starszą, wręczasz miskę z wodą, kuchenne utensylia i masz czas na szybkie napisanie tego posta. To tylko dzisiaj, bo zazwyczaj w tym czasie szalejesz na szmacie, segregujesz pranie, jednocześnie ratując kaszę przed przypaleniem. Pot się z ciebie leje strumieniami, marzysz o prysznicu, ale nic z tego matko, droga. Starsza zalewa ci podłogę w domu, choć bawić miała się na balkonie. Potem wykłada się jak długa na całej tej mokrości, ty z zaciśniętymi zębami wycierasz, tulisz, pocieszasz, bo szklanka ma być do połowy pełna.

Czas obiadu, garnki parują, tobie mózg również. Perswazje do starszej, że może by drzemka? Panna walczy, ty nie wiedziałaś, że jeszcze tyle potu możesz z siebie wylać. Machasz ręką, "nie chcesz, nie śpij". Wracasz za dwie minuty, panna odpłynęła. Ciebie szlag trafia odrobinę, ale znów szklanka ma być do połowy pełna. Marzysz, by na tyłku przysiąść, pot znad oczu zetrzeć, głębiej tym ciepłym powietrzem odetchnąć, ale nic z tego, matko droga, młodsza się właśnie budzi, jeśli jeszcze wcześniej nie wstała. Wzdychasz głęboko (to się udaje!), dopijasz już-nie-mrożoną kawę jeszcze z rana i biegniesz dalej. Młodsza popołudniami włącza standardową marudę, więc tulisz, bujasz, całujesz. W sumie nie musiałabyś jej podtrzymywać - siły lepkości skutecznie trzymają was razem. Przychodzi chłop, więc już z górki. Jeszcze dwugodzinna posiadówa na rozgrzanym placu zabaw z powrotnymi atrakcjami i o dwudziestej drugiej można spokojnie wziąć drugą mrożoną kawę na balkon.

Jak więc przetrwać upały z dziećmi u boku? Czy są jakieś dobre sposoby?
Ja znam trzy:
1. mrożona kawa;
2. już-nie-mrożona-kawa;
3. i myśl, że za trzy miesiące masochistycznie będę za tym tęsknić.

A Wy?

14.7.15


Stoję w centrum burzliwego frontu. Czuję się w obowiązku zapewnienia nam trzem spokoju, ale sama dokładam swoją porcję. Rano budzę się jeszcze świeża, wypoczęta; zamawiam dzień bez krzyków, przeciągań, za to ze sporą dozą racjonalnej rozmowy, zrozumienia, cierpliwości i miłości. Mija dzień i brak realizacji zamówienia. 

Znajduję moment popołudniowego spokoju. Rozkładam dzień na liczby pierwsze i dodaję, mnożę, analizuję.

Czy będzie pamiętać tego klapsa czy setki minut spędzonych na wspólnych radościach?
Jaka ilość dobrych momentów zniweluje wpływ tych złych? 
Gdzie jest cezura w ilości rodzicielskich porażek determinujących rodzica jako złego, nieradzącego sobie?

Paraliżuje świadomość, napędzana przekazami zewnętrznymi, że każdy poważny błąd (klapsy, krzyki, kłótnie) ma potencjalnie większą wagę niż dobre, wspólnie spędzone chwile. Nasuwa się mocno upraszczająca myśl o sens dalszych starań, skoro przed chwilą dałam ciała zbyt mocno. Czy słowo "przepraszam", rozmowa z dzieckiem, wytłumaczenie powodów swojego zachowania i obietnica poprawy zapobiegnie jego obawom, strachowi, wzbudzonej już niepewności? A jeśli wybuchnę kolejny raz. I następny? W którym momencie muszę już szukać pomocy?

Popieram wszelkie akcje przeciwko przemocy. Zgadzam się z każdym, kto twierdzi, że klapsy, złość i krzyki nie są żadną metodą wychowawczą. Czytając relacje tych, którym udaje się tak postępować czuję ogromny podziw, siłę i determinację. Czasem tylko dochodzę do wniosku, że problem ten jest przedstawiany zbyt zerojedynkowo, statycznie. Dałeś klapsa - jesteś złym rodzicem po wsze czasy. Krzyczysz na dziecko - fundujesz mu traumę. Za mało informacji, jak zadośćuczynić, gdy już popełniłeś ten błąd, a dotychczasowy przekaz jest w sumie jednoznaczny - już po ptokach, wychowasz kolejnego agresora.

Powyższe rozważania w żadnym wypadku nie mają na celu usprawiedliwienia siebie. Wiem, kiedy powinnam ochłonąć, nie dać się ponieść emocjom, poszukać innego rozwiązania. Wiem, że dając dziecku klapsa zrobiłam źle, okrutnie, bezmyślnie. Ta świadomość powoduje, że tym większy mam do siebie żal. Ale jednocześnie szukam cichego głosu rozsądku, że jeszcze nie jest za późno. 

Kiedy jest za późno?

9.7.15

rodzicielstwo bliskości

Idea rodzicielstwa bliskości, o której większość, ba! wszyscy chyba, już słyszeli lub czytali naprawdę miła jest memu sercu. Podejście mające na celu stworzenie mocnej więzi emocjonalnej z dzieckiem, które ma zaprocentować w przyszłości - co tu dużo kryć, jest mocno kuszące. Tak naprawdę chyba większości rodziców utrzymanie dobrej i zdrowej relacji z dzieckiem najmocniej leży na sercu. Ma to być podejście naturalne, pełne pozytywnych emocji, pozytywnego wzmocnienia, a przede wszystkim skupione, znów się powtórzę, właśnie na dobrej relacji. W mądrych rejonach internetu można doczytać o narzędziach, filarach, zasadach tej ideologii. 

Czy praktykuję rodzicielstwo bliskości? Zapewne nie do końca. Ale tak, próbuję łapać to tu to tam, wdrażać, praktykować, z różnym skutkiem. Próbuję również teraz, choć na moje oko łatwiej jest być bliżej z jednym barboclem niż z dwójką, choć pewnie codzienny trening podzielności uwagi i czułości na dwoje uczyni w przyszłości ze mnie prawie mistrza. Muszę jednak przyznać się, że ostatnio przypałętał się jeszcze jeden czynnik, który sprawia, że zwłaszcza fizyczny aspekt bliskości z dziećmi trudniejszy stał się do osiągnięcia.

Ten paskudny, perfidny, męczący upał!

Choć lubię te moje potwory dwa dosyć mocno, to w te parne, bezpowietrzne, rozgrzane dni przytulanie dwóch dodatkowych piekarniczków nie należy do największych przyjemności. 

Mokre Ankowe ciałko, które w samym słońcu, nakazuje się przytulić, bo w przeciwnym wypadku dobitnie przekaże wrzaskiem, co myśli. Więc biorę, przykluszczam to ciało węgorza, które przy bujaniu wymyka mi się niemalże, wyślizguje z gorąca i wilgoci. Wkładam do wózka tłumacząc: "Panna, tam jest chłodniej, bryzą ci choćby przez wywietrzniki powieje, spróbuj, będzie fajnie, przyjemniej". To nie. Sapie i dyszy, matka i córka, ale nosić się, nosić się, nosić. W ramach rozpaczy zerkam na chustę. Kawał konkretnej szmaty - na samą myśl o dodatkowej warstwie materiału już robi mi się słabo, lecz czego nie robi się dla spokoju. Dzieć (szczęście w nieszczęściu?) podziela mój sceptycyzm i przy pierwszej już próbie wierzga się niemiłosiernie. Chusta więc w kąt, ale ile potu przeze mnie wylanego, wiem tylko i ja.

Przyjdzie Lulka, spocona jak mysz po zwykłej zabawie. "Mamo na rączki" bo jak młodsze może to ona również. Gorzej, gdy w jakimś autobusie zaśnie i targać do domu trzeba szesnastokilogramowy tobołek w trzydziestostopniowym upale. Jej może i wygodnie, a matce... sami sobie dopowiedzcie. Albo jak tu usypiać, gdy dziecko prosi: "Mamo głaszcz" a ty czujesz pod ręką mokry nos, mokre czoło, potem zlepione włosiska. Wyżąć by się najpierw należało, wysuszyć, a potem dopiero pogłaskać.

Tak że ten, dzieciaki słodkie drogie moje, przytulać się proszę, ale chwilowo może do nieukrwionych pluszaków. Mamy deal? Powiedzcie, że mamy. A jak tylko przyjdzie pogoda bardziej komfortowa przykluszczymy się we trzy, jak szaleć, to szaleć. I wrócimy w pełni do rodzicielstwa bliskości ;)


7.7.15

Na pierwsze dziecko się dmucha i chucha, przejmuje byle krosteczką, panikuje przy pierwszej gorączce. Każdy pierwszy raz celebrowany, każdy pierwszy problem urastający do rangi katastrofy. Brak doświadczenia, brak umiejętności selekcji rad, mniejsza asertywność. Gdy w ciążowym brzuchu rośnie kolejny potomek, to dochodzisz do wniosku, że "teraz to pewnie niewiele mnie już zaskoczy". Tak, również ja włączyłam podobne myślenie. Choć nie, inaczej nawet. Nie myślałam za wiele wychodząc z założenia, że coś tam już wiem, coś tam już przeżyłam, jakoś-to-będzizm wdrożony w praktyce. Podobno pierwsze dzieci są najtrudniejsze, a potem z górki. I co? I lipa. 

Nie wiem, czy trafił mi się taki egzemplarz, czy coś w głowie się po drodze poprzestawiało, możliwe, że skleroza działa na dobre. Ale jakkolwiek na tą Ankę nie spojrzę porównawczo przez pryzmat Lulkowy, to jednak wymagająca jest dużo mocniej niż tamta. I nie chodzi tu nawet o sam fakt posiadania dwójki dzieciaków zamiast jednego, skoro przez pierwsze sześć miesięcy Lulka większość dnia przebywała w żłobie.

Gdzie te czasy, gdy przez pierwsze trzy miesiące Lulki pisałam doktorat, uczyłam się na ostatnie egzaminy, oglądałam seriale jeszcze bardziej nałogowo, a w dzień ewentualne niedospania odsypiałam. Toto przecież książkowo spało, jadło, wydalało.

Przy Ance poznałam nowy wymiar wrzaskunowa. Gdy Lulka elegancko stopniowała głośność przywoływania, ta włącza syrenę alarmową już od pierwszego momentu.

Smoczek? Drzemka w wózku? Stosunek mocno ambiwalentny. Lulkę zakorkować było super łatwo. Wózek równał się spaniu. Dla Anki jest to pójście na zbyt wielką łatwiznę. W ogóle usypianie Anki zbyt wiele wymaga, a mnie samozaparcia brak, by zacząć z tym walczyć.

Kolejna rzecz - łyżeczka. O tym też już było. Zaraz stuknie miesiąc kolejny nieskutecznego rozszerzania diety. Ostatnim ratunkiem zostanie BLW, niech już tylko panna zacznie sama siedzieć.

Ale po co siedzieć jak można nosić, nosić, nosić, nosić. Najlepiej Annie na rękach. Lulka przez pierwszy rok-półtora skrajnie antyprzytulińska, ta ewidentnie nadrabia potrzeby. Swoje i własnej starszej siostry.

Więc dwa słowa na koniec dla innych. Proszę nie mówcie, nie zaklinajcie recydywistek, że z drugim będzie lepiej, łatwiej, bardziej intuicyjnie, bo czasem można mieć pecha i trafić na egzemplarz Ankowopodobny. Koniec apelu.



2.7.15

Pamiętam, jak wraz z narodzeniem się Anulki zalęgło się w głowie, że najwyższa pora pożegnać Matkę Debiutującą. Będąc matką podwójną debiutującą wszak już być nie mogę. Cóż, jak zwykle, matka sobie, życie sobie. Dopiero teraz widzę, że cały czas się uczę odnajdywania w nowej rzeczywistości i tak pewnie będzie już zawsze.

Ostatnie dni z dwójką gnomów na pokładzie wystarczyły, bym poczuła, że znów stoję u punktu wyjścia. Tym razem u punktu bycia matką podwójną na pełen etat. I nie tylko ja muszę się dostosować. Dużo więcej jest teraz również na barkach Lulki i Anki.

Lulki musi nauczyć się dzielić mną z Anką.
Anka musi nauczyć się funkcjonowania w chaosie.

Rytm dnia Anki był wyznaczany wyłącznie przez nią, a otoczenie dopasowywane pod jej potrzeby. Gdy była głodna dostawała jeść, gdy była śpiąca automatycznie rozpoczynałyśmy procedurę usypiania wyciszając niepotrzebne bodźce. Niespieszne zabawy ze mną, stonowana muzyka w tle. Weekendowe ekscesy ze starszą odreagowywane spokojem tygodnia. Wraz z ciągłą obecnością Lulki nastała cała feeria dźwięków, śpiewów, ciągłego trajkotania, Lulkowej atencji i złośliwości, zaskoczeń, przestraszań, ale i śmiechów do rozpuku. Rozciągnięte poranki spacerowe, krótkie drzemki przerywane nowymi atrakcjami - bo nawet wizyta w warzywniaku takową atrakcję bywa. Efektem nowe trudności w dziennym śnie i większa potrzeba przytulań. Wyzwaniom tym nie zawsze potrafię sprostać, gdy trzeba biec na ratunek zalanej podłodze, latającym doniczkom czy jabłku wciskanemu do radia.

W Lulce widzę niepewność napędzaną kopiowaniem Ankowych zachowań. Więcej jęków, marudzenia; więcej: "Mamo, kiedy pobawisz się ze mną?", "Mamo, będziesz mnie usypiać?"; "Mamo, porysuj, poukładaj, weź mnie na ręce, porozmawiaj ze mną". Mamo, bądź ze mną? I zderza się zbyt często z "Musisz poczekać, za chwilę", a ta chwila, bywa, że w ogóle nie nadchodzi. Zaskakuje mnie czasem ta jej złość (złość?) na Ankę, ta agresję do niej i sprawdzanie mojej reakcji. Testowanie granic, możliwości, sposobów. W następnym momencie dochodzę jednak do wniosku, że ona ma trudniej. Choć, z racji starszeństwa, widzi więcej i więcej rozumie, to nie do końca pojmuje skąd i dlaczego ta zmiana. 

Jest też zadanie dla mnie. Niełatwe. Pogodzić potrzeby, odpowiednio dysponować czasem, nauczyć starszą, że młodsza chwilowo wymaga więcej. Bo mam świadomość, że wyliczyć uwagi po równo się nie da. I moja w tym głowa, by uniknąć chaosu nie tracąc z jakości. Codziennego czasu z gnomami tymi dwoma.