28.9.15


Mija prawie miesiąc od posłania Starszakówny do przedszkola i po ciężkich dwóch wakacyjnych miesiącach z dziewczynami 24/7 matka oddycha. Sapie z niejakiego lekkiego odpoczynku. Nie mówimy od razu o fazie zen i oazie spokoju, co to, to nie. Jednakże oprócz ewidentnych korzyści dla samego dzieciaka, również i matka znalazła kilka niekwestionowanych zalet oddania Lulencji do przybytku opieki i wychowania.

1. Spoookóóóój. Zero gadania, wiecznych pytań: "A dlaczego? A po co?", mądzenia o każdą pierdołę. Kilka godzin bez histerii, bez krzyków o byle co. Koniec z walką o dziecka na dzienną drzemkę ispanie.  Wrzaskunową Ankę mimo wszystko łatwiej spacyfikować.

2. Koniec z gotowaniem na trzynastą. Koniec z myśleniem, coby dzisiaj dziecku dać na drugie śniadanie, obiad, podwieczorek. Obiad wystarczy naszykować na siedemnastą, w sam raz na powrót starszyzny, Anka ogarnia się mlekiem i słoikami na przemian ze zwykłymi owocami. A matka? Biszkopty na obiad też obskoczą, prawda?

3. W końcu można na spokojnie nadrobić muzyczne zaległości, wiecie, tych wszystkich miło grająco-śpiewających panów (Hozier!, George Ezra!) na przemian z mocniejszym rockowym zadziorem. Koniec ze skwierczeniem o Tik-Taka czy inne Kaczki-Dziwaczki za każdym razem, gdy zbliżam się do radioodtwarzacza. Radio Bajkę wielbię razem z Lulką, ale Trójka? To jest to!

4. Ok. Teraz czas na wstydliwe wyznanie matki numer tysiąc pięćset sto dziewięćset. Moje ostatnie uzależnienie? Kuchenne Rewolucje. Codziennie o 10.55.  Jakieś prehistoryczne powtórki. Anka zazwyczaj wtedy śpi. Gdy jakimś trafem jest z nami Lulka, to nie ma bata z włączeniem tv, bo od razu marudzenie o bajki. A tak, to sobie matka do trzeciej kawy przy segregowaniu prania spokojnie obejrzy szalejącą Magdę Gessler.

5. Teraz już poważniej: porządek. Gdy same z Anką rezydujemy na włościach, to jest czas go zrobić i zdecydowanie dłużej się zachowuje. Wystarczy powiedzieć, że około dziesięciu minut po wtargnięciu Lulki na łono rodziny szlak w przedpokoju muszą sobie torować nogą - bo kurtki, bo klocki, piłek nagle trzy i puzzle, wszędzie porozwalane puzzle.

6. Regeneracja cierpliwości. Dziesięć godzin przerwy w kontaktach matka-Lulka pozwala na uzupełnienie pokładów tego cennego dobra, jakim jest cierpliwość, w sposób wystarczająco zaspokajający potrzeby na te parę godzin podwieczornych. No!

7. Czas. Jeśli tylko panna Anna łaskawie te dwie swoje drzemki odbębni ze średniostatystycznym czasookresem circa about jednej godziny na drzemkę, to matka w końcu zyskuje czas! Nie, żebym od razu uskuteczniała nie-wiadomo-jakie przedsięwzięcia, ale pranie zrobione, poskładane, obiad ugotowany, podłogi wymyte, fejsbuk odbębniony. Tak na spokojnie, a nie z językiem na brodzie czy inne tam kitranie się z telefonem w kiblu - you know what i mean ;)

Tak, że wiecie już czego matce życzyć.


Zdrowia dziecka!

24.9.15


Siedzę co wieczór z małą, ona usypia, ja czuwam, a w akompaniamencie bajka do słuchania, czasem muzyka. Ostatnio muzyka. Spośród wielu kołysanek, które muszą zabrzmieć, zanim Lulka odpłynie, jest ta jedna. Dla niej miło mi siedzieć na niewygodnej podłodze, od której coraz częściej wieje jesiennym chłodem. Dawno zapomniana, niedawno odkurzona. Magiczna, cudowna, niech będzie, że polecę banałem. Ale, ale, zresztą na pewno dobrze wam znana - Marek Grechuta i "Śpij, bajki śnij"


Zapytana, dlaczego akurat ta a nie inna senna piosenka tak mi przypadła do gustu, nie potrafiłabym jednoznacznie odpowiedzieć. Zapewne sentyment do samego Grechuty. Jego muzyka, zwłaszcza w kooperacji z Anawą, będzie mi się kojarzyć z wakacyjnozimowymi wyjazdami do babci i ciotki. Podczas nich, jako mocno niepełnoletni dzieciak nasiąkałam tymi dźwiękami, wtedy odrobinę staroświeckimi (zwłaszcza gdy w radiu rządziła popowa młócka, w sumie niewiele się w tym względzie zmieniło), ale niepozbawionymi pewnego uroku. Pamiętam podśpiewywanie "Nie dokazuj" w trakcie plecenia warkoczy, (bo wtedy matka włosy miała po pas). Pamiętam długie spacery po wszystkich tarnowskich parkach. Pamiętam przebogate, choć mieszczące się na jednym talerzyku, podwieczorki serwowane punkt siedemnasta, obowiązkowo przy Teleexpresie. Identyczne spódnice i bluzki szyte dla mnie i siostry przez babcię. Pierwsze wypady do kina (Robin Hood z Kevinem Costnerem!), księgarni (Jonathan Carroll pierwszą literacką miłością), jedyne próby jazdy na nartach - tak, tak, w zupełnie nie górskim Tarnowie. I szczera zazdrość o ciotkowy bogaty zbiór wtedy jeszcze szalenie popularnych kaset magnetofonowych. Dwa tygodnie w większym mieście dla dziewcząt z małego miasteczka. Kiedy to było....

Mały sentymentalny powrót z małą piękna piosenką. Nie wiem czy będzie ulubioną kołysanką mojego dziecka. Nie musi. Wystarczy, że jest moja. A która jest twoja?

22.9.15

I znów miesiąc kolejny z Anką. Najpierw liczby: dziewięć kilo na dziewięć miesięcy, sześć zębów, a centymetry? Zabijcie, sama nie wiem. Idąc tropem rozmiarów, rozstrzał szeroki 68-80. Notabene, jakie normy przyjmują producenci odzieży, że bez przykładania za cholerę nie mogę Anki w numerki wpasować?

Miesiąc pod znakiem zasmarkania, ząbkowania i coraz bardziej ambiwalentnych uczuć siostrzanych. Z jednej strony uwielbienie, tulenie, zabawek podawanie; z drugiej - na pierwszy ogień złych emocji starszej siostry zazwyczaj idzie Anka. U Anki stosunek dużo prostszy - samo siostry uwielbienie.

Mobilność stopniowo doprowadzana do perfekcji. Raczkowanie, siadanie, w łapach zabawek obracanie - pełen serwis, a matka taki serwis ceni najmocniej. Najbardziej urokliwy jest moment wspinania się na matczyne nogi, "bo źle, bo mama, bo chcę". Coś tam gada po swojemu, a najwięcej, gdy zmęczona, gdy głodna, gdy zła. Jedno przyznać jej należy - tytuł nadwornego wrzaskuna nie został przyznany bez kozery. Obiektywnie subiektywnie potwierdzone również przez innych niż tylko rodzice plus starszakówna.

Dziewięciomiesięczne badania w terenie jednoznacznie udowodniły i statystycznie zweryfikowały, iż niezależnie od działających czynników (wiek, pora dnia, poziom zmęczenia, stopień zaspokojenia potrzeb żywnościowych, poziom zawilgotnienia pieluchy, prędkość, długość trasy, poziom aktywności współtowarzyszy, natężenie hałasu itd.) czas spania Anki w samochodzie nigdy nie przekracza czterdziestu minut. No matter what! To tak w temacie licznych ostatnio wojaży.

A matka? Coraz bardziej myślami krąży wokół powrotu do pracy. Z podejściem równie ambiwalentnym jak siostrzane relacje. Trzy miesiące urlopu matce zostało. Tylko i aż tyle. Czy da się z powrotem wdrożyć w zawodowe tory, gdy przez dotychczasowe dziewięć miesięcy praca wisiała na najdalszym kołku? Plus potencjalna perspektywa od rodziny wyjazdu na długie zagraniczne dwa miesiące. Lecz i powrót do kręgów dorosłych wydaje się potrzebny jak nigdy. Jako, że powyższe rozważania powodują u matki przemożną chęć pożarcia całej paki biszkoptów, chwilowo zakończmy temat, nim matka już kompletnie się roztyje.

Na osłodę - one.

A tak matka zapewniła sobie chwilowy spokój na skończenie niniejszego wpisu!

Ps. Update! Nowa umiejętność - rozkręcanie skądś skitranych długopisów. Jeszcze tylko nauczyć czynności odwrotnej i już zacznie dokładać się do czynszu!

16.9.15


Za dnia szanowany doktor, w nocy człowiek emanujący złem w najczystszej postaci. Znacie tę opowieść bardzo dobrze. Ja natomiast opowiem historię nieco odmienną. O nieletniej pannie, która nie za sprawą magicznego eliksiru, nie za sprawą nocy, ale pod wpływem jednego zwykłego czynnika drastycznie zmienia swą osobowość.

W czasach spokoju usłyszycie z jej ust: "proszę, dziękuję, przepraszam". Nie zwleka w pomocy zabawiania siostry, przytulenia jej, gdy płacze, tulenia, całowania i mówienia: "Kocham!". Rozumie, że trzeba posprzątać, ubrać się, zjeść, by móc wyjść. Fantastycznie się bawi, tańczy, opowiada. Można z nią rysować, kleić, laurki dla tatuśka sporządzać. Po posiłku talerz odniesie, ubranie do prania wrzuci i zgodzi się na cztery żelki zamiast całej paczki. W dobrych czasach jest do rany przyłóż, a jej śmiech perlisty - och więcej do szczęścia nie trzeba

Lecz gdy nadchodzi czas transformacji to drżyjcie wszyscy w najbliższym otoczeniu. Szykujcie się na masło rozsmarowane na podłodze. Wysypane całe! pudło Ankowego mleka. Zrzut wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu jej ramion. Wtedy przybiegnie podczas usypiania siostry, bo "lubię patrzeć jak ona płacze". Zacznie krzyczeć, tłuc się, ze ściany tapety zdzierać, obrus długopisem dziurawić do cna i ciąć wszystko, co wpadnie jej w ręce. Zupę wyleje, Ankę w głowę pacnie, a gdy pytam: "Czemu tak się zachowujesz? "Bo lubię". Na wszystkie prośby-groźby jedna odpowiedź: "Nie". Dlaczego? "Bo nie!" i spierdalamento.

Dwa symptomy zwiastują przeobrażenie. Diaboliczny rozgłośniony śmiech i złowrogie iskierki w oczach. Na ich widok i dźwięk matka nieruchomieje. Już wie, że najbliższe chwile spokojne nie będą. Na nic pacyfikowanie przytuleniem, zajęciem, zagadaniem. Niby słucha, ale w głowie roją się już niecne plany. Niby klocki układa, ale wzrok co chwilę ucieka w miejsca zakazane. Przytulenie nawet nie dochodzi do skutku zmieniając się w nierówne zapasy. Najgorsze, co można zrobić, to zostawić samą. Choć na sekund dziesięć. Po prawdzie nie ma wtedy, po co wracać.

Jak poskromić pannę Hyde? Znam jeden niezawodny sposób - zaordynować jej sen. Tylko tyle i aż tyle. Ale o tym można pisać osobne epopeje. Na chwilę, ale tylko chwilę, pociesza fakt, że zapewne większość dzieci ma swoje ciemniejsze oblicza. Ale potem znowu trzeba wracać ratować Ankowe mleko.
Większość dzieci tak ma?

PS. Tak, czynnikiem inicjujący transformację jest najzwyczajniejsze w świecie zmęczenie.
PS2. Tak, zataszczenie panny Hyde do wyra wymaga niewyczerpanych pokładów kreatywności, cierpliwości i nerwosolu dożylnie. Z Miss Jekyll czasem idzie się dogadać.

13.9.15


Szczerze mówiąc, nie wiem co się stało, ale ostatnie trzy dni można spokojnie określić jako "sponsorowane przez pichcenie". Jak się już nie raz przyznawałam - kuchenne szaleństwa zdecydowanie nie są moją domeną. A odkąd są dzieci, w tym jedno już normalnie jadające, konieczność wymyślenia codziennych obiadów stało się niejako traumą. Dość powiedzieć, że ledwo oczy z rana otworzę to pierwszą myślą jest: "Dżizas, co mam dzisiaj zrobić na obiad?". 

Ale wracając do ostatniego pichcenia. Częściowo winę można obarczyć chopa mego osobistego, który z darów zawodowych przywlókł wielkie wiadro świeżo ukiszonej kapusty. Gdybym dysponowała chłodną spiżarką tudzież najzwyklejszą piwnicą, to pewnie nie byłoby tematu. Ostatnio deweloperzy gustują jednak w mieszkaniach bez piwnic, to temat powstał. Cały weekend uszczęśliwialiśmy więc sąsiadów aromatem gotowanej kapusty, ale mimo wszelakich starań połowa jeszcze nieobrobiona. Bigos? Zaliczony w ilościach hurtowych. Pierogi? Odbębnione i zamrożone. Kapuśniak spożywać będziemy jeszcze przez dwa tygodnie. Oprócz tego, jakby mało było roboty, z rozpędu chopu nalepiłam koślawców z jagodami, dla własnej przyjemności upiekłam biszkopta ze śliwkami, a dzisiaj na podwieczorek nasmażyłam placuszków z resztkowymi jagodami. Powiecie: ech, co to za robota? Każda typowa gospodyni domowa macha to wszystko tydzień w tydzień. No nie, ja to nie. 

I tak myjąc niezliczoną ilość garów myśl mnie dopadła nagła. Idea nawet. Eureka! Już wiem! Poznałam sposób, jak zapewnić sobie więcej z dzieckiem czasu! Gotuj jak najmniej! 

Żadna to rewolucyjna myśl, powiecie. Stanie przy garach to jednak mocno pracochłonne zajęcie. Ale nawet gdy już wykonasz wszystkie początkowe czynności, które zajmują gros kulinarnego czasu - te mycia, obierania, krojenia - to nie jest tak, że sobie potem spokojnie na zadku z dzieckiem usiądziesz. A tu coś zaczyna kipieć, więc lecisz ze szmatą czyli "Czekaj chwilę Lulka!". A tu coś zaczyna spalenizną śmierdzieć, trzeba szybko ratować czyli "Czekaj chwilę Lulka!". A tu doprawić, przemieszać, odcedzić, utłuc, zmielić, zmiksować czyli "Czekaj chwilę Lulka!". Co to za z dzieckiem zabawa, gdy musisz co moment od niej się odrywać? Dzieć się wkurza, ty się wkurzasz, lipa nie robota.

Ok, można teoretycznie gotować z dzieckiem. Niech ci pomaga, a jak nie umie, to niech przynajmniej udaje. Wszystko pięknie ładnie, ale musisz się zaopatrzyć w: a) tonę cierpliwości, alternatywnie litr potrójnej melisy; b) gotowość na pogodzenie się z faktem, że kilo mąki nagle wyląduje na podłodze a dziecko wrzuci ci ekstrasowe rodzynki do pierogów z kapustą; c) tolerancję na poziom generowanego burdlu: jakieś 300% codziennej normy. Zwyczajnie często się nie opyla, zwłaszcza jeśli późniejsze sprzątanie zajmuje dwa razy więcej czasu niż okres zaangażowania dziecia w prace - been there, done that! 

I jeszcze wisienka na torcie. Ty się naharujesz jak ten dziki osioł, podkładasz co smaczniejsze kąski, a dzieć, ledwo spróbowawszy wypluje i rzeknie: "Niedobre, ja chcę kanapkę z masłem". O żesz ty!

Tak więc sorry! Wracam do codzienności. Mrożonki, słoiki od babci, makarony lub kasze we wszystkich konfiguracjach triumfalnie wracają na stoły.... wróć, jeden stół z podziurawioną jak zwykle przez dziecko ceratą.

PS. No dobra, żeby nie było. Często gotuję z dzieckiem. Ale z jednego jedynego powodu. Po to, by kiedyś mnie wyręczyło w tej jakże niewdzięcznej robocie. I może w końcu doczekam się prawdziwego śniadania do łożka, bo na chłopa liczyć nie mogę. A w ogóle w podobnym temacie Matka Tylko Jedna.



10.9.15


Wieki temu, (ok, jakieś sześć miesięcy), upojona jeszcze świeżym podwójnym macierzyństwem popełniłam wpis wychwalający niemowlęcy okres życia małego człowieczka. Te rzeczone sześć miesięcy później... no cóż, dorosłam w końcu do tego, by rzeczowo uzasadnić tezę odwrotną. Bo w pewnych kwestiach to jednak trzylatek bije na głowę niemowlęcie, prawda? 

Aaaaa, jeszcze jedno, godnym docenienia jest fakt, że byłam w stanie napisać gloryfikację trzylatków, biorąc pod uwagę jak panna Lulencja, trzylatka oczywiście, daje ostatnio po garach, oknach i Ankach. To co, jedziemy?

I. Komunikatywność
To już ten etap, gdzie spokojnie można się z dzieckiem werbalnie rozumieć. Od wyrażenia najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych po dysputy prawie filozoficzne. I autentycznie jestem zajarana każdym nowym wierszykiem, każdą nową podśpiewujką. W pakiecie z elokwencją oczywiście otrzymuje się pyskowanie, podłapywanie co bardziej soczystych przekleństw nie-wiadomo-skąd tudzież mrożące krew w żyłach historie, ale biorę to z dobrodziejstwem inwentarza. Nawet słodkie niemowlęce"grugrugru" nie umywa się do sensownego stwierdzenia "Boli mnie brzuch". A nie - domyśl się po typie wrzasku, co doskwiera barboclowi.

II. Samodzielność
W większości przypadków samo zje, wysika się, nieporadnie, bo nieporadnie, ale ubierze. Znaczna samoobsługowość dziecka jest to, co matki lubią najbardziej. Posiłki bez wiosłowania dwoma łyżkami naraz - jedna dla siebie, drugie dla dziecia - stają się w miarę spokojnymi (jeśli odpuścimy wariactwa w stylu "wszystko ma zniknąć z talerza" lub nie będziemy się aż tak upierać, że jemy tylko przy stole ;). Dodatkowe sto punktów za umiejętność oporządzenia własnego nosa. Może i drobiazg, ale powrót do odsmarczania różnymi utensyliami (frida, katarek, jeden pies), zarzekam się, stał się jedną z traum obsługi małego dziecka, o których tak lekko zapomniałam. I jak mi dziecko świadkiem, Anka też w tempie ekspresowym będzie uczona, do czego służy chusteczka.

III. Spanie w nocy
Która matka nie doceni? Przy niemowlaku wiadomo, pobudka za pobudką pobudkę pogania. Mokro, głodno, od matki zbyt daleko, każdy powód dobry by otworzyć oczęta i głośno ogłosić, że "źle mi, oj źle". Choć samo usypianie trzylatka sprawia, że czasem mam ochotę trzasnąć sobie w łeb, to nawet jeśli toto się w nocy przebudzi to raz: zazwyczaj wystarczy pójść, przytulić, ewentualnie położyć się wspólnie; dwa - mija już roczniakowodwulatkowy etap: "trzecia nad ranem najlepszą porą na zabawę".

IV. Mobilność
Samo przejdzie z pokoju do pokoju, a nie targaj na barach własnych. Kręgosłup odpoczywa. Koniec z wrzaskami: że nie może się z brzucha z powrotem na plecy obrócić; że głowa się gdzieś tam pod stołem zaklinowała; że na schody wspiąć się nie potrafi. Koniec czepiania się nóg, chyba że w trakcie trzylatkowych histerii, które, jak wiadomo, często-gęsto się pojawiają. Oczywiście w pakiecie dostaje się wieczne ucieczki, zwłaszcza w superhipersklepach tudzież centralnie na ulicę, ale cóż. Matka kiedyś też musi pobiegać.

V. "Samo się sobą zajmie"
Tak, zdarzyły się już te pierwsze cudowne chwile, gdy dziecko siedzi sobie w pokoju nie wymagając asysty przy układaniu puzzli, zabawie w żłobek, wróć! przedszkole czy ciachaniu nożyczkami wszelkich możliwych kartek. Jeżeli tylko zobojętnieje się na powstający w trakcie artystycznego szału bałagan, często uniemożliwiający nawet otworzenie drzwi, to spokój sumienia przy konsumpcji kawy z podkradanymi żelkami (dla dziecka!) zapewniony. Wtedy nawet pierwszy własnoręcznie ucięty własny kosmyk włosów nie urasta do rangi tragedii, bo: po pierwsze - wypiłaś w końcu kawę; po drugie - włosy przecież odrastają.

Prawda, że trzylatki, nawet te najbardziej diaboliczne, przemyślne i pyskate, bywają user-friendly? A jak przyjdzie i powie: "Mamusiu kocham cię bardzo, bardzo" to największy gbur i smęcior się rozczuli. Nawet, gdy minutę wcześniej znajdzie swój laptop upaćkany kaszą manną.


8.9.15


Był okres, gdy rytuał czynności zasypianiowych obejmował wspólne czytanie dziecięcych książeczek. Czy to drzemka czy sen nocny, bez lektury spania nie było. Ostatnio jednak zamiast wspólnego czytania niezbędne stało się opowiadanie. Powodem zmienne okoliczności wakacyjnych wojaży i ograniczony dostęp do różnorodnych pozycji literaturowych, ale również pewne lenistwo matczyne zwane również chęcią korzystania z odpoczynku w każdej możliwej sytuacji. Gdy czytanie obejmuje obowiązkowe oglądanie obrazków z małoletnią, to tworzenie i słuchanie historii może odbywać się już z pozycji horyzontalnej.

Początki były standardowe - matka opowiadała znane już dziecku klasyczne bajki, z mocnym naciskiem na Czerwonego Kapturka. Po pewnym czasie dziecko przejęło inicjatywę sugerując matce tematykę opowieści i, tak, notowana jest w tym zakresie mocna ewolucja wymagań.

Zaczęła od opowieści prostych. O kreciku, zajączku lub innym hipopotamie. Potem przeszła do transakcji wiązanych: o kreciku i małpce i hipopotamie. Matce wydawało się, że nie tak łatwo powiązać w spójnej i sensownej opowieści te trzy zwierzęta. Ale w sumie doszła do wniosku, że nikt, a najmniej dziecko, wymaga 100% sensu i logiki. Pannie jakoś nie przeszkadza fakt, że hipopotam o imieniu Gutek zamieszkał z krecikiem Jasiem na szczycie wysokiej góry.

Po tych, rzec można, drobnych utrudnieniach nadszedł czas na prawdziwe wyzwania. Dlaczego? To spróbujcie, proszę, opowiedzieć bajkę o wszystkim. Albo o niczym. Matka chyba jest już wystarczająco biegła w te klocki, że w jej głowie powstały i zostały opowiedziane, niejeden zresztą raz, obie bajki, choć szczerze mówiąc, wersja "o wszystkim" jest odrobinę łatwiejsza. Przy czym obie zaczynają się tak samo: "Wiesz kotuś, bardzo trudno jest opowiedzieć bajkę o wszystkim/o niczym" ;)

Gdy wydawało się już, że najtrudniejsze już było, nadeszła era opowieści z dreszczykiem. Obecnie królują bajki: "o lampie, która spadła i się potłukła", "o piłce rozbijającej okna i żyrandole", "o otwartym oknie" - tak, pewna predestynacja do lamp i okien wydaje się być zauważalna. Natomiast, co tu dużo mówić, niedawna prośba dziecka zabiła matce potężnego ćwieka.

"Mamo, opowiedz mi bajkę jak powypadały dzieci, dorośli i dzidziusie i jak się porozbijali".

Wow! Z jednej strony jest to wariacja na temat autorskiej historyjki z morałem przestrzegającej przed wspinaniem się na okno, ale zakres szkód jakie przewidziała, hmm.... zastanawiające. Uparta była okrutnie. Nie chciała się obłaskawić pierwotną wersja bajki o oknie. Nie podziałała matki niechęć do takich smutnych opowieści. Koniec końców matka poszła z prądem w finale dodając mocno wyświechtany dla nas, dorosłych, motyw - "ale to tylko im się śniło".

I można się dziwić, skąd u niej takie pomysły, ale przypomnijcie sobie wraz bajkowe klasyki o wrzucaniu do pieca, rozpruwaniu brzucha, porywaniu, pożeraniu i wiecznemu straszeniu. Czym skorupka za młodu? I tak, matka odrobinę obawia się następnych bajkowych wyzwań. I wcale nie jest to powód, że ostatnio usypianie przejął chop ;)

Teraz Wy. Opowiadacie własne bajki? O czym najbardziej lubi słuchać Wasza dzieciarnia? Zdarzało Wam się popłynąć z prądem? ;)

Ilustracja: "LittleRed Riding Hood" autorstwa Gustave Doré

3.9.15


Czytając jeden ze świeższych wpisów u BlogOjciec przypomniała mi się sytuacja, która przydarzyła się mojej własnej osobistej córce. Starszej.

Lato. Wakacjujemy na wsi. Lulka wykazuje ambiwalentne odczucia w stosunku do zwierząt, tzn. sama chętnie do zwierzęcia podbiegnie, ale jak zwierzę podchodzi do niej, to włącza się jej obawa. Więc tego pięknego letniego dnia, Lulka szwenda się pozornie bez celu. Ja karmię i usypiam Ankę. Wtem słyszę płacz Lulkowy, który po chwili przeradza się w porządne zawodzenie. W ogrodzie znajdują się dwie bliskie osoby dorosłe, więc im zostawiam załagodzenie sytuacji. Po kilku minutach Lulka wciąż szlocha, słyszę poirytowane głosy, ciśnienie mi się podnosi, ale młodsza jeszcze wierzga. W końcu zasypia, wychodzę do ogrodu. Lulka zapłakana, jeden z dorosłych na dziecko nie zwraca uwagi, a od drugiego, stojącego jakieś pięć metrów dalej, słyszę: "Lulka, przestań już ryczeć. Kto to widział tak płakać z powodu małego psa? Wstydziłabyś się. Taka duża dziewczynka!". Okazuje się, żeprzydomowy pieseniunek skoczył kilka razy na małą, ta się przestraszyła i rozpłakała. Piesa przegonili, ale do dziecka nikt nie podszedł, nie przytulił, "bo wstyd tak płakać, taka duża pannica". Przypominam, trzyipółletnia dorosła pannica.

Przykro mi się zrobiło okrutnie. Bo raz, że Lulka przestraszona. Dwa, że obecne tam, bliskie w końcu, osoby nie zrobiły nic, by uspokoić, pocieszyć, ewentualnie pomóc przezwyciężyć lęk (wystarczyło podejść do pieseniuńka i postrofować: " Pieseniuńku, nie wolno skakać na Lulkę, słyszysz?" - po minucie Lulka zaczęła się śmiać). Trzy - że podbili negatywny przekaz poprzez dobitne zbagatelizowanie samego strachu. Bo czym innym jest wyśmianie, jak nie zignorowaniem, stwierdzeniem przesady, machnięciem ręki z irytacją? 

Czyli, koniec końców, wyobraź sobie: przestraszyłeś się, jesteś w emocjach, jest ci źle, ale nikt na ciebie nie zwraca uwagi, nikt nie podchodzi i nie mówi: w porządku, wszystko będzie dobrze. Za to słyszysz: "Eee tam, przesadzasz, to przecież tylko mały piesek/pająk/szerszeń, wstydziłbyś się, taka stara baba/taki stary chłop!". Przyjemnie, prawda? Od razu przestajesz się bać.

Jaki jest efekt całej sytuacji? Przez pewien czas mała budziła się noc w noc prosząc, by trzymać jej nóżki, bo pies odgryzie. Do tej pory jej się zdarza. Psów dalej się boi.

Być może nie powinnam wywlekać osobistych, bądź co bądź, przeżyć córki, ale to przykład, że zostawienie dziecka samego ze strachem niekoniecznie prowadzi do wzmocnienia charakteru, jak chcieliby niektórzy. A skoro ja, trzydziestojednoletnia baba, boję się pająków, to Lulka ma prawo czasem przestraszyć się psa. I nie mówię, żeby się nadmiernie roztkliwiać, ale drogę przez wyśmiewanie staramy omijać się wielkim łukiem.

2.9.15


Pierwszy września. Po dwóch miesiącach starsze dziecko ukochane z domu wyszło w świat choć na parę godzin, to w końcu można się ogarnąć. A jaka cisza i spokój, gdy tylko jedno marudzi... 
Nie powiem, czas spędziłam mocno produktywnie. Co tu dużo kryć, czy wy wiecie jak się wczoraj napracowałam?
- Jedno pranie ściągnęłam a drugie puściłam.
- Podłogę w hacjendzie wypucowałam (w sumie nie wiem po co, bo jednak Anka to najlepsza froterka).
- Dziecku czwarte zębisko na dziąśle wyczułam.
- Z szafy wielopieluchy wyciągnęłam i na dzieciowy zad założyłam. Co tam, że w dziewiątym miesiącu. Jak mi pralka nie wyrobi z przerobem na pewno pierwsi się o tym dowiecie.
-  Palucha ubiłam biegnąc balkonowym drzwiom na ratunek, bo młodsze wymyśliło, że trzaskać nimi będzie. Środkowy paluch, u stopy, może się uchowa, bo kto by do lekarza pędził z ubitym paluchem.
- Sprawdziłam stopień rozwoju Lulkowego dinozaura.
- Co pięć minut przez okno wyglądałam patrząc czy wracają. Nie z tęsknoty, lecz by się zorientować czy zupę już odgrzewać.
- Powalczyłam z chustą i Anką w chuście.
- Z półki książki ściągnęłam, by obfotografować i w świat puścić. I na ściągnięciu skończyłam.
- Serial jeden skończyłam.
- Na obiad chipsy wsunęłam. No co. Matce też wolno świętować.
- Fejsbuka przeskrolowałam; na blogi zerknęłam; daty premier ulubionych seriali sprawdziłam. I kilka postów zaczęłam. Lecz tylko zaczęłam.

No dobra, koniec chichów-śmichów, czas na Lulkę, czy dała sobie radę?
Więc tak. Dała sobie radę. Jakoś.

O 7.30 dziecko było pierwsze, więc czekał chop z córą, by choć część przedszkolnej gromadki się zebrała. Poprosiłam go z rana, by wcześniej Lulencję z placówki odebrał. Obiecał, pojechał i co? Został skutecznie przez panią przepędzony, bo dzieci śpią, a one nie zamierzają budzić, niech przyjdzie przed trzecią. Chop w szoku i małej radości, bo do roboty mógł jeszcze wrócić na chwilę. Pytam się chopa: "Mówiłeś kobitom, że wcześniej dzieciaka odbierzesz? "Nie, przecież w żłobku budziły bez sprzeciwów, to co będę kobitom rano głowę zawracał". Przypominam, rano przyszli pierwsi. W końcu wrócili. Panna zmęczona konkretnie, co oznacza, że albo konkretnie beczała ("Lulka, co robiliście w przedszkolu?" "Płakaliśmy") albo konkretnie się wybawiła. Skłaniam się chwilowo ku pierwszemu, bo entuzjazmu na jutrzejsze wyjście brak. Ale, o dziwo, nie łamie mi to mocno serca, bo zwyczajnie musimy przez to przejść. Wyprzytulałam i wyściskałam pannicę, co jednak nie przeszkodziło jej urządzić potem awantury o lizaka. Ech, nic nowego więc...

A u was jak? Produktywny bezdzieciowy dzień czy usychanie z żalu i popłakiwanie po kątach? ;)

PS. Miało być piękne zdjęcie naszego przedszkolnego Słoneczka, ale kobity od razu zachachmęciły nam dziecko ;)