16.10.15


Od pewnego czasu obserwuję u siebie pewne objawy neofityzmu. Gdy tylko ktoś gdzieś kiedyś wspomina o zasmarkaniach niezwłocznie (mniej lub bardziej) rozpoczynam krucjatę. Wtrącam swoje trzy grosze, sugeruję, doradzam, instruuję. Choć nikt mi za to nie płaci i procentów nie zbieram. Ale tak to jest z żarliwymi nawróconymi.

Przez baaardzo długi czas patrzyłam na nie ze sporym niedowierzaniem. Kojarzyły mi się z homeopatią, efektem placebo i swądem przypalonego mięsiwa. Pamiętam historie o słoikach i gorącu na granicy oparzenia. Na każdą propozycję zastosowania w chorobowych czasach wzdrygałam się mocno i zdecydowanie odmawiałam. Tak. Bańki. Ręka w górę, kto nigdy, chociaż w dzieciństwie, nie leżał ze szkłem na plecach.

Przyznam się, że nie do końca jestem w stanie prześledzić swój proces nawrócenia na stosowanie baniek w sytuacjach gorączkowochorobowych. Zaczęło się od teściowej, która rutynowo stosuje ten środek na wszelkie bolączki swoje i rodziny. Od niej dowiedziałam się o istnieniu bezpiecznych baniek bezogniowych (np. takie), gdzie niczego się nie podpala/przypala/podgrzewa, tylko podciąga najzwyklejszą w świecie pompką. Przy kolejnych ciągnących się zasmarkaniach Lulkowych i szybkiej lekturze dałam się przekonać tatuśkowi, by postawić małej. I stawiamy do dzisiaj za każdym razem, gdy coś ją rozbiera. Na Ance jeszcze nie, bo uno: nie było potrzeby; dos: za bardzo się wierci i nie ma bata, by usiedziała, a dodatkowego stresu chciałabym jej oszczędzić (wystarczy, że traktuję ją Katarkiem ;) I żeby nie było, że tylko dziecko tak "męczymy", na sobie stosujemy z nieodłączną pomocą Lulki ;)

Nie jestem w stanie powiedzieć w jakim stopniu bańki skracają okres choróbska zwłaszcza, że rzadko są stosowane bez innych wspomagaczy. Natomiast jestem prawie(!) przekonana, że w połączeniu z odpowiednimi inhalacjami zapobiegły podaniu Lulce antybiotyku przy początkowym zapaleniu oskrzeli. Kilkakrotnie przy katarze, po postawieniu baniek, nie obserwowaliśmy kaszlu (bez stosowania żadnych syropów). Ostatnio przy znikąd rozchyrlaniu jednorazowe bańki wraz z syropkiem przegoniły kaszel (zazwyczaj mimo syropków, kaszel utrzymywał się około tygodnia). Ktoś powie: może organizm sam by sobie poradził, może  to syropki czy inhalacje zadziałały a nie bańki. I jestem w stanie się z tym ktosiem zgodzić, bo powtórzę jeszcze raz: ścisłej skuteczności samych baniek nie jestem w stanie określić. Ale nie jest to żaden mocny argument przeciwko nim. Przyznać się, kto przy zasmarkaniach stosuje tylko jeden specyfik- zazwyczaj z apteki wychodzimy z pełnym worem i pustym portfelem.

I powiem wam, że nasz dyżurny pediatra urósł w moich oczach, gdy nie wyśmiał nas za stosowanie baniek (salami na plecach trudno przeoczyć), a pewnego razu sam zaproponował. Nie jakiś staruszek homeopata, zwykły lekarz w wieku 30+. Tak, ten.

Szybkie pytania i krótkie odpowiedzi:
1. Czy boli? Wg Lulki: "Nie, tylko przy ściąganiu troszkę. Ale krótko"
2. Czy trzeba potem gnić w domu? Wg matki: "Jak postawisz wieczorem, to rano możesz śmigać"
3. Jak zachęcić dziecko? "Masza i niedźwiedź" ;)

To co? Stawiamy?


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
PS.1 Oczywiście o fakcie stosowania baniek należy poinformować lekarza, a najlepiej, jak zawsze, skonsultować to z nim wcześniej.
PS.2. O zaletach pisać nie będę, bom nie specjalista, dzielę się tylko własnymi doświadczeniami ;)

0 komentarze:

Publikowanie komentarza