27.11.15


Ostatnio dałam się ponieść listopadowej apatii, szaroburzyźnie i smętności ogólnej. Złożyłam to na karb zbyt mocnego zapewne prawie rocznego umoszczenia z dzieckiem w domu. I pewnie w ramach autokopa w tyłek, ale również zbliżającej się perspektywie zmian usiadłam na tym kopniętym dupsku zastanawiając się czy rzeczywiście mam na co narzekać. Oczywista odpowiedź jest jedna - nie! Poszłam dalej w rozmyślaniach i doszłam do wniosku, że w domu zasiedzenie ma swoje plusy, i to całkiem sporo plusów.

Największym, najmocniejszym i ogólnie niepodważalnym jest bycie z dzieckiem. Jesteśmy razem i to chyba ostatni tak moment w całym naszym życiu, że spędzamy ze sobą tyle czasu. Na bieżąco, w każdej chwili, gdy jak najmniej umyka naszej uwadze. Z pewnością rozwiązanie to ma i swoje minusy, ot choćby typowe zmęczenie macierzyńskiego materiału, ale dzisiaj nie chcę nawet o tym wspominać. Dzisiaj ma być pozytywnie. Jakie korzyści osiąga z tego tytułu dziecko? O tym nawet chyba nie ma się co rozpisywać. Jakie korzyści osiąga matka? To chyba ta więź, niepowtarzalna chyba, i nieporównywalna z niczym innym. I nie mówię tu koniecznie o wszechogarniającej miłości, to nawet nie musi być miłość i nie w każdym momencie jest. Ale więź pozostaje niewzruszona.

Są i inne plusy. Ot, możliwość wprowadzenia opcji, najczęściej chwilowej, pod tytułem: dzisiaj nie muszę. Nie muszę wysprzątać każdego zakamarka, nie muszę koniecznie zrobić zakupów, bo zawsze coś z lodówki tudzież innej zamrażarki się wygrzebie, pranie może poczekać, podłoga od wczoraj nieumyta też nie wydzieli toksycznych oparów. Mogę mieć dzień na minimum - ot tyle, by ogarnąć dziecko. Powiecie - przecież samo dziecko to ciężka harówa. Ale gdy się tak zastanowić, można to, raz na jakiś czas, uczynić minimalnym nakładem. A sobie sprezentować odpoczynek. 

Dokładnie wczoraj przypomniałam sobie o drzemce. Tak, najprostszej w świecie drzemce. Drzemce, gdy i dziecko śpi. Nawet nie wiecie, ile mi dodała energii, więcej niż litry kawiszcza. Ile więcej entuzjazmu i zwykłego uśmiechu na twarzy. Przypomnijcie sobie, kiedy ostatnim razem drzemaliście w ciągu dnia. Dawno zapewne, chodząc do pracy ciężko ucinać sobie komara. Pamiętacie mój postulat "Żądamy kanap nie igrzysk"? Podtrzymuję go, nie tylko w opcji dla ciężarnych.

Co jeszcze? Ot, zwyczajne: "nie chce ci się to nie idź". Gdy pogoda skutecznie (nie) zachęca do spacerów to, w sprzyjających okolicznościach, możesz sobie pozwolić na dupskoosadzenie. Mróz? Wichura? Śnieżyca? Ogólna piździawica? Aż ci żal tych ludzi, którzy muszą wyjść z domu i gnać do pracy/szkoły/zajęcia. A ty możesz zostać w domu nie licząc się z żywiołami i to jest naprawdę fajne. Bez jednego spaceru dziecko nie straci odporności.

Oczywiście zdecydowanie nie polecam zbyt często stosowania rodzicielskiego dnia trolla. Obowiązków rodzicielsko-gospodarskich jest ogrom, odpowiedzialności również. Nawet teraz, patrząc na listę rzeczy do zrobienia ziejącą na mnie z postrzępionej kartki zastanawiam się, kiedy i czy w ogóle skończę. Ale gdy wrócę do pracy, na takie dnie zwyczajnie może braknąć czasu. I dopiero wtedy trzeba będzie się zebrać w sobie.

PS. Powyższe rozważania dotyczą w głównej mierze sytuacji, gdy na stanie masz jedno dziecięcie. Z dwójką na pokładzie na rodzicielski dzień trolla zwyczajnie nie ma szans ;)
PS 2. Anka może nie do końca podziela mój entuzjazm, ale przynajmniej wie, gdzie jest miś ;)

24.11.15

Nieprzypadkowo już na początku w największym skrócie streszczam, co się działo u nas w ostatnim czasie. Po pierwsze listopad jako miesiąc bliskości z dzieckiem, czyli inaczej mówiąc - Bliskopad czyli fajna akcja, w której bierzemy udział. Robimy to wybitnie po naszemu czyli chaotycznie, niepełnie i niechronologicznie, ale w czym to przeszkadza? ;) A po drugie, panna Anna z każdym miesiącem staje się coraz bardziej naręczna, przytulińska i ogólnie całuśnorozkoszna. Zupełnie nie jak Lulka ;)

Większość dnia spędzamy więc na wspólnej zabawie, noszeniu, tuleniu. Szczęśliwie nie dopadła nas (jeszcze?) ortodoksyjna mamoza, więc funkcję spełniają byle jakie ramiona, byleby były. Z tego wszystkiego i Lulka częstokroć zabiera się za noszenie siostry i ciężko przetłumaczyć, że dziesięciokilogramowy klocek to jednak za dużo na dziewczę z raptem szesnastką.

W tym miesiącu panna Anna bliżej zapoznała się z hałasami innymi niż te, które sama generuje. I jeśli, nie daj losie, przydarzyłoby mi się jeszcze jakieś dziecię, to od początku do usypiania stosować będę wiertło udarowe. By się zawczasu przyzwyczaiło.

Zdecydowanie za to pocieszona jestem Ankowym gustem muzycznym. Zaprawdę pokrzepiający jest widok jej podrygów niezdarnych do Wolf Parade, Jamesa Blake'a czy Dawida Podsiadło. Kaczuszki, namiętne teraz preferowane przez starszą, aż takiego entuzjazmu nie budzą.

Co nam jeszcze umilało życie? Pilnowanie pudła i (wciąż!) grzebanie w śmieciach. Wspólne prasówki; konstruowanie palemki a la Maszka z czupryny, a potem jej (mniej) efektowne ciachanie; kilka wyjazdów i jako tako opanowany rytm dnia, którego kluczowym elementem jest poranne dotrwanie do dziewiątej.

A żeby nie było za słodko, to jednak kolejny katar, w tyłku mienie zmiany czasu i intensywne poszukiwanie żłobka.
Bo, moi drodzy, do pracy wracam. Dokładnie dwudziestego pierwszego grudnia. Trochę robię w gacie, trochę nie mam ochoty, trochę mi szkoda wypuszczać dzieciaka, a trochę mnie już szlag trafia z powodu przedomowionej apatii. Tak, że nic nowego i o tym jeszcze będzie ;)

Dobra, to jeszcze jakieś zdjęcie i na dobre zagnieżdżamy się w dwunastym miesiącu ;)


22.11.15

W ubiegłym roku wszelkie przygotowania przedbożonarodzeniowe zakłóciło pojawienie się pewnego uroczego dziewczęcia ;) Przyjechałyśmy we dwie w samą Wigilię zupełnie na gotowe smutając nad bigosem nie do zjedzenia. Nic więc dziwnego, że tym razem odbijamy sobie klimat świąteczny już od listopada.

Zaplanowałam nam weekend z wyraźnym motywem przewodnim. Zaczęło się już w piątek tworzeniem z Lulką listu do Mikołaja. Lista życzeń krótka, choć nie do końca oczywista (kolorowe liście o tej porze, anyone? ;)). Po ukończeniu należało go zostawić do odebrania pomocnikom Mikołaja, a ci są wiecznie spragnieni i zgłodniali. Stąd oczywistą decyzją było upieczenie pierniczków, bo z mlekiem, jak wiadomo, już łatwiej. Zorientowawszy się, że na stanie kuchennym brak jakichkolwiek foremek (nie tylko świątecznych ;)) obrany kierunek został jeden. Jak w wielu rodzinach w większych miastach. Ikea czyli raj dla wszystkich domatorów. Żeby nie było, nie tachaliśmy całej naszej czwórki tylko po foremki, ale stanowiły one kluczowy element realizacji dalszej części programu. Ba, cały proces sobotniego usypiania kręcił się wokół niedzielnego pierniczenia.


Najpierw oczywiście należało znaleźć przepis. Nie za trudny, bo z ciast niezawodnie umiem piec tylko jedno. Szybki research, decyzja padła na Moje wypieki, tylko bez kakao, bo panna alergiczna. Ojcu wręczyliśmy dziecię młodsze, a same zabrałyśmy się za robotę. Wyrobienie ciasta trwało naprawdę niedługo (czy już mówiłam, że nie cierpię/nie umiem wyrabiać ciasta? przy pierogach zawsze wołam chłopa o pomoc), nic nie trzeba było schładzać, czekać, cudować, więc wałek i foremki w dłoń! Pannie mocno się zabawa spodobała, zwłaszcza, że to o wiele łatwiejsze niż klejenie pierogów. W międzyczasie podglądałyśmy skoki, czyli typowe zimowe rozrywki jeszcze w listopadzie. Potem szybkie pieczenie i najtrudniejszy moment całej pracy - położenie panny na drzemkę. Szczegółów może oszczędzę, dość powiedzieć: łatwo nie było. Obietnice lukrowania i konsumpcji efektu końcowego dopełniły misji. 

Po drzemce, żądaniu żelek (żelki, żelki, skąd żelki?) i kanapkach z jajecznicą przeszłyśmy do części artystycznej przedsięwzięcia czyli dekoracji pierniczków lukrem przy pomocy rurek do napojów i pędzelków. Potem czekanie na zastyganie, a wynik końcowy pomniejszony o trzy sztuki skonsumowane w celu degustacji i kontroli jakości prezentuje się następująco:

Ja jestem z nas dumna ;)

PS. Pytanie do was dla mnie na przyszłość - jakich przyrządów, do jasnej anielki!, używa się do lukrowania? ;)
PS. Nie ma bata, by nasze perypetie kulinarne zbyt często tu gościły. To jest mission impossible.

18.11.15



Ulubiona miejscówka na pomazanej flamastrami sofie, tuż przy oknie ale i kaloryferze.
Patrzę na pranie kolejny raz moknące na balkonie i nie chce mi się po nie znów iść.
Podsiadło w głośnikach, letnia kawa w kubku, dziecko w łóżku. Czego nie ma to: obiad, czysta podłoga i chęć.

Otwieram okno, by orzeźwić się chłodem.
Klnę na złomiarzy hałasujących na chodniku.
Zamykam okno, bo smogowy smród dusi. Znowu nie wyjdę po bułki.
Przebiegam myślą najbliższe plany, a wzrokiem kartkę na tablicy.
Do zrobienia: poprawki, prezenty, telefony. Patrzę na komputer i mnie mdli.

Dziesięć minut. Dwadzieścia. Czterdzieści.
Do ruszenia się zmusi mnie tylko przebudzenie dziecka.
Budzi się z płaczem, a ja w myślach dziękuję jej, że jest.
Inaczej listopadowa melancholia, przedomowiona apatia mocniej zacisnęłaby pazury. 

16.11.15


Dzisiaj rozpoczyna się pierwszy Światowy Tydzień Wiedzy o Antybiotykach (16-22 listopada 2015), mający na celu zwiększenia świadomości społeczeństwa dotyczącej stosowania tej grupy leków. Ich nadużycie staje się globalnym problemem związanym z rosnącym zagrożeniem superbakteriami, odpornymi na wszelkie znane antybiotyki. W jednej z rozgłośni radiowych pojawiła się wypowiedź krajowej konsultantki w dziedzinie pediatrii, wedle której rodzice powinni przestać myśleć, że każdorazowe podanie dziecku antybiotyku (w domyśle na każde zasmarkanie i gorączkę) zadziała. Antybiotyki nie zwalczają gorączki czy kataru, ba! spora część infekcji układu oddechowego to zakażenia wirusowe, nie bakteryjne, więc ten typ leku zwyczajnie nie pokona choroby. Wszystko się zgadza, tylko jest jedna sprawa, o której trzeba równie głośno mówić. Antybiotyk nie wypisuje się sam. Antybiotyk wypisuje lekarz na podstawie wywiadu chorobowego, najlepiej po przeprowadzeniu badań, również laboratoryjnych. A przynajmniej powinno tak być.

Oczywistym jest, że rodzic pojawiający się z sobą lub dzieckiem u lekarza wymaga jak najszybszego i najskuteczniejszego leczenia. Ale nie powinien domagać się i wymuszać na lekarzu wypisania konkretnego antybiotyku. Albo inaczej, może się domagać, wymuszać, grozić, ale końcowa decyzja i tak nie powinna należeć do niego. Z prostej przyczyny - nie jest lekarzem, nie dysponuje wiedzą. Antybiotyki są lekami na receptę, czyli wydawanymi z przepisu lekarza, a nie własnego widzimisię. Kto jak kto, ale lekarz powinien mieć taką władzę i świadomość, a jeżeli nie ma, to czas go zmienić. Oczywiście pacjent powie, "przecież mi pomogło, dziecko wyzdrowiało, o co ten hałas?" Świetnie, cieszmy się odzyskanym zdrowiem, ale antybiotyk nie jest zwykłym syropkiem na kaszel, jest środkiem agresywnym, po którym organizm potrzebuje się zregenerować, zanim wróci do pełnej formy. A przy zbyt częstym stosowaniu kolejny raz może nie zadziałać, a wtedy już prawdziwy klops.

Wiecie, jaki lekarz wzbudza we mnie większe zaufanie? Taki, który zaproponuje stopniowy sposób leczenia infekcji: inhalacje, ziołowe syropy przeciwkaszlowe, nawilżanie, odpoczynek i nakaz pojawienia się za 2-3 dni w celu kontroli leczenia; a nie taki, który na dzień dobry zaproponuje antybiotyk i sprawa załatwiona. Tak, celowo piszę o infekcjach dróg oddechowych, bo jest to chyba najczęstszy powód naszych wizyt w przychodniach oraz podawania antybiotyków. Oczywiście jest to nieco dłuższa droga leczenia, czasem antybiotyk koniec końców trzeba podać, ale dajmy szansę organizmowi na samodzielne zwalczenie paskudy wspomagając go łagodniejszymi środkami. Potem dziwimy się, że brak w nas (naszych dzieciach) odporności.

Należy wspomnieć o jeszcze jednej profesji, na której również spoczywa ogromna odpowiedzialność. Z doświadczenia wiem, że istnieją takie apteki i tacy farmaceuci, u których bez problemu można kupić antybiotyki bez recepty. Przychodzisz i mówisz: "Pani Basiu czy inna Halinko, da mi pani to i to, znowu mnie coś dopadło, a ostatnio pomogło". I pani Basia czy inna Halinka, będąc naszą bliższą lub dalszą znajomą, wyciąga spod lady pudełeczko. Płacisz i załatwione. Bez recepty, bez kontroli. Pacjent nawet nie fatyguje się do lekarza z choróbskiem, tylko polegając na bezprawnej uczynności pani Basi leczy się na oślep, potencjalnie zarażając innych. Czy tak powinno być?

Kończąc już - myśl podsumowująca. Pacjent czy rodzic pacjenta może i ma prawo czy potrzebę domagać się ordynowania antybiotyku, natomiast nie bez przyczyny ta decyzja nie została powierzona jemu. I, proszę, nie szukajmy tu spisku patałachów w białych kitlach opłacanych przez koncerny. Pomyślmy raczej o tym, że rozsądne podawanie antybiotyków jedynie w koniecznych przypadkach daje nam większe szanse na skuteczne leczenie w przyszłości. Tak to widzę.

13.11.15


Matka potrafi wiele rzeczy. Matka spełnia wymogi stawiane pracownikom z różnych półek zawodowych. Opiekunka, kucharka, pielęgniarka, sprzątaczka i co tam jeszcze można wymyślić. Jak wiadomo, matce nudzi się na macierzyńskim, więc co i rusz wymyśla sobie nowe specjalizacje. Częściowo w ramach samorozwoju, częściowo w ramach oszczędności.

Na ten przykład matka pisząca te słowa od ponad trzech lat uparcie wykazuje optymizm odnośnie z pewnością posiadanych, acz gdzieś głęboko schowanych zdolności fryzjerskich. Już od małego najulubieńszą zabawą było czesanie włosów. Chciałaby lalce, ale w tamtych pięknych czasach nie dysponowała żadną odpowiednio długowłosą. Próbowała przekonać matkę swą osobistą, ale ta należy do gatunku: "włosów mych nie tykaj". Przekupywała starszą siostrę oferując wyręczanie w najgorszych pracach domowych, by ta choć przez parę minut pozwoliła czynić cuda na głowie. Ale wiecie jak to jest ze starszymi siostrami - zawsze cię dokumentnie wycyckają, a ty zostajesz z górą naczyń do wymycia. Nadzieja przyszła wraz z posiadanym przychówkiem, które z racji tego, że jest płci żeńskiej, łatwiej ulega matczynym zapędom. Lulka przez trzy równe lata była stałym obiektem zainteresowania matki-fryzjerki, która to formowała uczes na głowie najpierw przy pomocy tępych nożyczek, potem z rozszerzeniem o gumki, spineczki, pierdołeczki. Nadszedł jednak czas, gdy sama matka ręce załamała i stwierdziła, że garnek trzylatce nie do końca twarzowy. Zaprowadziła więc dziecię do pobliskiego zakładu, a mina fryzjerki potwierdziła w matce słuszność decyzji.

Przyznać należy, że odrobinę matce smutno się zrobiło. Choć wiedziała, że własne operowanie nożyczkami przy główce dziecięcia nie jest sprawą najłatwiejszą, często prowadzącą do krótkotrwałych łez, to pewna pustka pozostała. Ale od czego drugie dziecko? Szczęśliwie (chyba dla matki ;) drugorodna obdarzona została pokaźną czuprynką, więc łzy, tym razem matczyne, dosyć szybko zostały osuszone pierwszą koniecznością skrócenia grzyweczki. Potem drugą, teraz trzecią. Pewną winę w matki wyżywaniu się fryzjerskim ponosi (a jakże!) mąż, który ze sporą dezaprobatą odnosił się do typowo Maszkowej palemki, którą ostatnimi czasy matka formowała z przydługiej grzywki.

Patrząc na efekt końcowy jestem natomiast przekonana, że nastąpił ostateczny kres matczynych fantazji. Z pewnych rzeczy się wyrasta, do pewnych spraw się dojrzewa, z niektórych marzeń trzeba zrezygnować. Matka nigdy nie będzie fryzjerką, za to wierną klientką odpowiednich zakładów. Chlip, chlip.

PS. Gwoli ścisłości w rękodzielnictwie matka też się nie wyżyje, patrząc na entuzjazm dzieci do własnoręcznie wydzierganych sukienek, skarpetek, szalików i czapek. Chlip, chlip podwójne.
PS. 2 Poznajecie-li tę pannę na zdjęciu;)

9.11.15


Rodzicielstwo posiada jedną niezaprzeczalną cechę i w sumie można ją zaliczyć zarówno do wad jak i zalet. Nigdy nie można poczuć, że ogarniasz zagadnienie po całości i nic nie jest cię w stanie zaskoczyć.

Mąż i ojciec jutro obchodzi urodziny. Pod wieczór zagarniam Lulkę na boczek i szepczę jej do uszka. "Kotuś, tata ma jutro urodziny. Mam pomysł - gdy rano tatuś będzie cię budził to może zaśpiewaj mu sto lat. Tylko wiesz co, zróbmy z tego naszą tajemnicę. Nic tatusiowi nie mów, zobaczysz jak jutro będzie mu miło. Pamiętaj, nasza tajemnica". Nie mijają dwie minuty, gdy panna z szelmowskim uśmiechem biegnie do swego jedynego ukochanego ojczulka i krzyczy: "Tatusiu, tatusiu..." Profilaktycznie biegnę za nią, by jej przypomnieć o tajemnicy, ale nie da się. Między knebelkiem z mej własnej osobistej dłoni przeciska się triumfalne ogłoszenie: "Tatusiu, tatusiu, ty masz jutro urodziny. Ja ci zaśpiewam....."" I to by było na tyle z naszej tajemnicy.

Miała matka nadzieję, że wiek trzyipółletni jest w stanie ogarnąć koncepcję sekretu bez potwierdzania u drugiego domowego źródła informacji. Gdyby jednak matka zastanowiła się dłużej nad swoim pomysłem, to zapewne przypomniałaby sobie, że dziecię niezdolne jest do trzymania języka za zębami. Jakby nie pamiętała akcji sprzed kilku miesięcy, gdy córa witała tatuśka informacją, że u mamy był dzisiaj taki ładny pan. Kto tak łatwo uwierzy, że chodziło o kuriera? Bardziej racjonalnym argumentem jest fakt, że która mądra przyjmowałaby gachów przy obecności dziecka. I takie uzasadnienie prezentowała matka rozbawionemu chopu. Co więcej, matce do myślenia (gdyby wcześniej oczywiście łaskawie zechciała pomyśleć) powinno jeszcze dać każdorazowe raportowanie ojcu niechlubnych dokonań matczynych. Czy to krzyk na dziecko, w nerwach rzucony klocek o ścianę: "O tu mama zrobiła dziurę niebieskim klockiem" czy najzwyklejszy fakt przypalenia garów.

Nie, wiek trzyipółletni nie jest dobrym momentem na zawieranie sojuszy z dzieckiem. Ono zwyczajnie w dobrej wierze wszystko dokumentnie zdradzi. Matka dobrze radzi - nie próbujcie tego w domu.



5.11.15


Oszałamiająca popularność, by rzec, kultowość współczesnej odsłony rosyjskiej bajki zadziwia. Panna Lula domaga się Maszki za każdym bajkowym seansem. Wpatruje się weń jak zaczarowana i chichra często gęsto. (Co tak naprawdę z rzadka się zdarza przy bajkach). Nawet fakt nie rozumienia, co tam sobie gawariją pa ruski w zupełności nie przeszkadza. Chcąc nie chcąc i ja na Maszkę spoglądam, a po kolejnym odcineczku doznałam olśnienia, skąd bierze się Maszkowy fenomen.

Szczęśliwa Maszka to brudna Maszka. I zmęczony niedźwiedź. Aż ma się ochotę zasponsorować mu w końcu automat. I nowe zasłonki. Lepienie chińskich pierożków? Przepisz na ruskie i zobaczysz swoje z własną kulinarną. Te miny, ta zadziorność, to spierdalamento przy każdej możliwej okazji. I niepokorność. Bo kto by czynił to, o co przyziemny dorosły (nawet w wersji animalistycznej) poprosi? Popsuje, czego tykać nie może. Przeszkodzi w chwili spokoju. I podwędzi wszystko, czego w danym momencie najbardziej potrzeba, choćby to był wstrętny robal na kiju ;) Cała złość jednak mija, gdy popatrzy błękitem ogromniastych ocząt. Czy ja piszę o Maszce czy Lulce?

Zerknijcie teraz na niedźwiedzia. Wpatrzcie się w te wyrozumiałe oczęta, na koniec dnia przepełnione jednak niezmiernym uczuciem (zwłaszcza gdy uczuć obiekt śpi). Wsłuchajcie się w czasem zrezygnowane, zawsze głębokie westchnienia. Wczujcie się w tę cierpliwość przeplataną okresową bombą. Bez chwili spokoju, bo dziewczę znajdzie go wszędzie. Misiek jest mistrzem we wdrażaniu rodziecielskiego kombinatorstwa stosowanego? Dziecia do wózka pakowanie, by nie zwiało za daleko. Przedłużanie szukania w zabawie w chowanego, by na fotelu spocząć choć na minutkę. Znajome prawda? Jak w lustro spojrzeć.

Każde dziecko wielbi Maszkę, bo to przecież pannica mająca w głowie, wypisz-wymaluj, to samo. I posiada identyczną palemkę na czubku głowiny, jaką na pewnym etapie posiada każde pacholę. Dorosły widzi siebie w niedźwiedziu, tylko w wersji mniej hojnie owłosionej. I drży, by dziecię własne osobiste zbyt wielkich inspiracji od zbójnicy nie podchwyciło. Teoretycznie mógłby bajki nie włączać. Ale jak odmówić sobie wspólnego z dzieciakiem chichotu, choć każde z was zapewne śmieje się z czego innego? Cóż więcej rzec - sekret popularności Maszki rozwiązany.

3.11.15

Zazwyczaj ma się ambicje oglądania tylko najlepszych filmów, czytania tylko wartościowych książek czy słuchania wyjątkowej muzyki. Aby nie zatopić się wyłącznie w odmętach najwyższej kultury należy jednak co jakiś czas ordynować sobie niewielkie dawki (niekoniecznie jednak homeopatyczne) doznań nieco niższego lotu. I ja dzisiaj, w ramach mocno luźnego wpisu niemacierzyńskiego (bo nie tylko dzieciarnią człowiek żyje) z pewną taką nieśmiałością prezentuję moje "wstydliwe przyjemności".

Na pierwszy rzut pójdzie aktor. Który najwybitniejszym może nie jest, ale jak tylko matka go dostrzeże w jakiejś produkcji, to nie ma bata, że przełączy kanał. Owen Wilson - ach ta blond grzywa, ach te błękitne oczyska, ach ten nos boksera! I ten, łagodnie mówiąc, nieoczywisty dobór repertuaru - obok ewidentnych filmowych kup są i perełki jak: "Pociąg do Darjeeling", "O północy w Paryżu" czy "The Grand Budapest Hotel". Natomiast cała seria "Nocy w muzeum" bez Jedediaha byłoby nie do oglądania.

Idąc dalej w kierunku obrazkowym, nie raz przyznawałam się do serialoholizmu. Być może kiedyś podzielę się produkcjami, którymi cieszę się najmocniej, a jest tego sporo, bo często gęsto kolacja bez odcineczka traci sporo smaku. Natomiast teraz wszem i wobec wyznaję uzależnienie od Kuchennych Rewolucji Magdy Gessler- długo się zastanawiałam nad powodami mego nad nimi zapętlenia i do tej pory nie jest w stanie wskazać. Wybaczcie!

Muzycznie również już kilka razy się tu wywnętrzałam. Natomiast nie przyznałam się jeszcze do jednego. Codzienne słuchanie Sunset Rubdown, Arcade Fire czy Devendry Banhart nie wyklucza po wsze czasy miłości do starego dobrego Ricky'ego Martina. (kto nie pośmiga nóżką, ten trąba ;)

Oglądanie i słuchanie odhaczone, więc czas na słowo pisane. Choć w tym przypadku jest to stwierdzenie mocno na wyrost. Stałym i obowiązkowym od wielu lat punktem programu pobytu we włościach matki mej osobistej jest przegląd kobiecej prasy złotówkowej. Szczęśliwie za każdym razem czeka na mnie spory stosik, w który zagłębiam się pierwszego wieczora zaopatrzona w kawę i odrobinę słodyczy. Mija pierwsze pół godziny, drugie, a za nim trzecie. A gdy  po dziesięciu numerach "Życia na szczycie" czy innej Olivielli dostaję fizycznych boleści to znak, że proces totalnego odmóżdżeniowego resetu zakończony. I można na spokojnie wrócić do Zadie Smith w oryginale.

A skoro jesteśmy przy słodyczy to nie sposób nie wspomnieć o śmiej-żelkach i drażach czekoladowych. W pierwszym przypadku przyświeca mi oczywiście troska o stan uzębienia starszej progenitury, natomiast draży wytłumaczyć tak łatwo się nie da. Przecież ja nawet nie lubię czekolady! O pączkach nawet nie wspominajmy, jako, że jest to pozostałość ciążowych zachcianek, a wiemy jak zgubny w skutkach może być efekt nagłego odstawienia.

Teraz wy! Przyznawajcie się do swoich gulity pleasures. Przecież wiem, że i wy je skrzętnie ukrywacie.

Ps. No i skończyłam z Rickym na youtubowej playliście.