3.11.15

Zazwyczaj ma się ambicje oglądania tylko najlepszych filmów, czytania tylko wartościowych książek czy słuchania wyjątkowej muzyki. Aby nie zatopić się wyłącznie w odmętach najwyższej kultury należy jednak co jakiś czas ordynować sobie niewielkie dawki (niekoniecznie jednak homeopatyczne) doznań nieco niższego lotu. I ja dzisiaj, w ramach mocno luźnego wpisu niemacierzyńskiego (bo nie tylko dzieciarnią człowiek żyje) z pewną taką nieśmiałością prezentuję moje "wstydliwe przyjemności".

Na pierwszy rzut pójdzie aktor. Który najwybitniejszym może nie jest, ale jak tylko matka go dostrzeże w jakiejś produkcji, to nie ma bata, że przełączy kanał. Owen Wilson - ach ta blond grzywa, ach te błękitne oczyska, ach ten nos boksera! I ten, łagodnie mówiąc, nieoczywisty dobór repertuaru - obok ewidentnych filmowych kup są i perełki jak: "Pociąg do Darjeeling", "O północy w Paryżu" czy "The Grand Budapest Hotel". Natomiast cała seria "Nocy w muzeum" bez Jedediaha byłoby nie do oglądania.

Idąc dalej w kierunku obrazkowym, nie raz przyznawałam się do serialoholizmu. Być może kiedyś podzielę się produkcjami, którymi cieszę się najmocniej, a jest tego sporo, bo często gęsto kolacja bez odcineczka traci sporo smaku. Natomiast teraz wszem i wobec wyznaję uzależnienie od Kuchennych Rewolucji Magdy Gessler- długo się zastanawiałam nad powodami mego nad nimi zapętlenia i do tej pory nie jest w stanie wskazać. Wybaczcie!

Muzycznie również już kilka razy się tu wywnętrzałam. Natomiast nie przyznałam się jeszcze do jednego. Codzienne słuchanie Sunset Rubdown, Arcade Fire czy Devendry Banhart nie wyklucza po wsze czasy miłości do starego dobrego Ricky'ego Martina. (kto nie pośmiga nóżką, ten trąba ;)

Oglądanie i słuchanie odhaczone, więc czas na słowo pisane. Choć w tym przypadku jest to stwierdzenie mocno na wyrost. Stałym i obowiązkowym od wielu lat punktem programu pobytu we włościach matki mej osobistej jest przegląd kobiecej prasy złotówkowej. Szczęśliwie za każdym razem czeka na mnie spory stosik, w który zagłębiam się pierwszego wieczora zaopatrzona w kawę i odrobinę słodyczy. Mija pierwsze pół godziny, drugie, a za nim trzecie. A gdy  po dziesięciu numerach "Życia na szczycie" czy innej Olivielli dostaję fizycznych boleści to znak, że proces totalnego odmóżdżeniowego resetu zakończony. I można na spokojnie wrócić do Zadie Smith w oryginale.

A skoro jesteśmy przy słodyczy to nie sposób nie wspomnieć o śmiej-żelkach i drażach czekoladowych. W pierwszym przypadku przyświeca mi oczywiście troska o stan uzębienia starszej progenitury, natomiast draży wytłumaczyć tak łatwo się nie da. Przecież ja nawet nie lubię czekolady! O pączkach nawet nie wspominajmy, jako, że jest to pozostałość ciążowych zachcianek, a wiemy jak zgubny w skutkach może być efekt nagłego odstawienia.

Teraz wy! Przyznawajcie się do swoich gulity pleasures. Przecież wiem, że i wy je skrzętnie ukrywacie.

Ps. No i skończyłam z Rickym na youtubowej playliście.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza