18.11.15



Ulubiona miejscówka na pomazanej flamastrami sofie, tuż przy oknie ale i kaloryferze.
Patrzę na pranie kolejny raz moknące na balkonie i nie chce mi się po nie znów iść.
Podsiadło w głośnikach, letnia kawa w kubku, dziecko w łóżku. Czego nie ma to: obiad, czysta podłoga i chęć.

Otwieram okno, by orzeźwić się chłodem.
Klnę na złomiarzy hałasujących na chodniku.
Zamykam okno, bo smogowy smród dusi. Znowu nie wyjdę po bułki.
Przebiegam myślą najbliższe plany, a wzrokiem kartkę na tablicy.
Do zrobienia: poprawki, prezenty, telefony. Patrzę na komputer i mnie mdli.

Dziesięć minut. Dwadzieścia. Czterdzieści.
Do ruszenia się zmusi mnie tylko przebudzenie dziecka.
Budzi się z płaczem, a ja w myślach dziękuję jej, że jest.
Inaczej listopadowa melancholia, przedomowiona apatia mocniej zacisnęłaby pazury. 

0 komentarze:

Publikowanie komentarza