16.11.15


Dzisiaj rozpoczyna się pierwszy Światowy Tydzień Wiedzy o Antybiotykach (16-22 listopada 2015), mający na celu zwiększenia świadomości społeczeństwa dotyczącej stosowania tej grupy leków. Ich nadużycie staje się globalnym problemem związanym z rosnącym zagrożeniem superbakteriami, odpornymi na wszelkie znane antybiotyki. W jednej z rozgłośni radiowych pojawiła się wypowiedź krajowej konsultantki w dziedzinie pediatrii, wedle której rodzice powinni przestać myśleć, że każdorazowe podanie dziecku antybiotyku (w domyśle na każde zasmarkanie i gorączkę) zadziała. Antybiotyki nie zwalczają gorączki czy kataru, ba! spora część infekcji układu oddechowego to zakażenia wirusowe, nie bakteryjne, więc ten typ leku zwyczajnie nie pokona choroby. Wszystko się zgadza, tylko jest jedna sprawa, o której trzeba równie głośno mówić. Antybiotyk nie wypisuje się sam. Antybiotyk wypisuje lekarz na podstawie wywiadu chorobowego, najlepiej po przeprowadzeniu badań, również laboratoryjnych. A przynajmniej powinno tak być.

Oczywistym jest, że rodzic pojawiający się z sobą lub dzieckiem u lekarza wymaga jak najszybszego i najskuteczniejszego leczenia. Ale nie powinien domagać się i wymuszać na lekarzu wypisania konkretnego antybiotyku. Albo inaczej, może się domagać, wymuszać, grozić, ale końcowa decyzja i tak nie powinna należeć do niego. Z prostej przyczyny - nie jest lekarzem, nie dysponuje wiedzą. Antybiotyki są lekami na receptę, czyli wydawanymi z przepisu lekarza, a nie własnego widzimisię. Kto jak kto, ale lekarz powinien mieć taką władzę i świadomość, a jeżeli nie ma, to czas go zmienić. Oczywiście pacjent powie, "przecież mi pomogło, dziecko wyzdrowiało, o co ten hałas?" Świetnie, cieszmy się odzyskanym zdrowiem, ale antybiotyk nie jest zwykłym syropkiem na kaszel, jest środkiem agresywnym, po którym organizm potrzebuje się zregenerować, zanim wróci do pełnej formy. A przy zbyt częstym stosowaniu kolejny raz może nie zadziałać, a wtedy już prawdziwy klops.

Wiecie, jaki lekarz wzbudza we mnie większe zaufanie? Taki, który zaproponuje stopniowy sposób leczenia infekcji: inhalacje, ziołowe syropy przeciwkaszlowe, nawilżanie, odpoczynek i nakaz pojawienia się za 2-3 dni w celu kontroli leczenia; a nie taki, który na dzień dobry zaproponuje antybiotyk i sprawa załatwiona. Tak, celowo piszę o infekcjach dróg oddechowych, bo jest to chyba najczęstszy powód naszych wizyt w przychodniach oraz podawania antybiotyków. Oczywiście jest to nieco dłuższa droga leczenia, czasem antybiotyk koniec końców trzeba podać, ale dajmy szansę organizmowi na samodzielne zwalczenie paskudy wspomagając go łagodniejszymi środkami. Potem dziwimy się, że brak w nas (naszych dzieciach) odporności.

Należy wspomnieć o jeszcze jednej profesji, na której również spoczywa ogromna odpowiedzialność. Z doświadczenia wiem, że istnieją takie apteki i tacy farmaceuci, u których bez problemu można kupić antybiotyki bez recepty. Przychodzisz i mówisz: "Pani Basiu czy inna Halinko, da mi pani to i to, znowu mnie coś dopadło, a ostatnio pomogło". I pani Basia czy inna Halinka, będąc naszą bliższą lub dalszą znajomą, wyciąga spod lady pudełeczko. Płacisz i załatwione. Bez recepty, bez kontroli. Pacjent nawet nie fatyguje się do lekarza z choróbskiem, tylko polegając na bezprawnej uczynności pani Basi leczy się na oślep, potencjalnie zarażając innych. Czy tak powinno być?

Kończąc już - myśl podsumowująca. Pacjent czy rodzic pacjenta może i ma prawo czy potrzebę domagać się ordynowania antybiotyku, natomiast nie bez przyczyny ta decyzja nie została powierzona jemu. I, proszę, nie szukajmy tu spisku patałachów w białych kitlach opłacanych przez koncerny. Pomyślmy raczej o tym, że rozsądne podawanie antybiotyków jedynie w koniecznych przypadkach daje nam większe szanse na skuteczne leczenie w przyszłości. Tak to widzę.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza