17.1.16


Zgodnie z ostatnim wpisem, zależy mi na przejściu na odrobinę jaśniejszą stronę mocy. Nie żebym od razu zamierzała rozsiewać wokół siebie niepokojący aromat miłości wszelakiej, optymizmu niezmąconego i pozytywności niezachwianej. Nie ta bajka, nie te gacie. Mimo wszystko mam zamiar włożyć odrobinę bardziej kolorowe okulary, choć w moim przypadku to raczej soczewki, i zwyczajnie więcej się uśmiechać do siebie. Paradoksalnie, by móc uśmiechnąć się do siebie, najlepiej znaleźć jakiś powód zewnętrzny, by uśmiechnąć się do siebie, preferencyjnie, by nie był to uśmiech politowania na widok twarzy w lustrze.Więc!

Szukam więc pozytywów dnia codziennego, raczej chwil niż dłuższych momentów (nie można mieć wszystkiego ;). I o dziwo!, już w tych pierwszych dwóch tygodniach takich skromnych perełeczek kilka się znalazło.  Choć, jak zaraz się okaże, dłuższy moment, a dokładnie około półtoragodzinny też.

Uprzedzając od razu - z pewnością nie będzie z tego cyklu. Ba! Nie wiadomo, czy nawet dalej będzie z tego blog! Ale ku swemu własnemu zapamiętaniu prezentuję.

Zacznę od tego, że u nas klimat świąteczny ciągle trwa. Niby odliczam dni do wizyty parafialnego duszpasterza tudzież kolektora kopert, by w końcu złożyć mikrochojak, a niekompletną już szopkę z papieru włożyć z powrotem do torebki. Niby wszystkie pierniki już zjedzone, a bigos poświąteczny w zamrażarce się nie uchował. Ale atmosfera jest codziennie z zegarmistrzowską precyzją podtrzymywana przy udziale jednej płyty - kolęd w wykonaniu Arki Noego. A żeby nie przedłużać i nie deliberować, to napiszę tylko, że wspólne podskoki matki z córkami (tak, córkami!) przy "Hejże ino dyna, dyna" nie mają końca.

A gdy już się zmęczymy tańcowaniem, a młodsze ukołysze się do snu (tudzież upoi mlekiem), to nastaje taki czas,  by starszej wperswadować drzemkę... albo machnąć nań ręką. A potem machnąć pilotem włączając najdurniejszą lub też najbardziej kultową bajkę na świecie czyli baranka Shauna. Z ręką na sercu, na głowie czy gdzie tam chcecie, przyznaję się, że wszyscy u nas (no może Hanki, bo to jeszcze szkrab niekumaty) uwielbiamy średnio rozgarniętego barana i lizusowatego psiura. A gdy do tego zagryzane są.....  nie, nie, nie , do tego trzeba osobnego akapitu.

A gdy do tego zagryzane są pudrowymi cukierkami to poziom błogości sięga sufitu. Cukierki pudrowe.... Błogosławione jest posiadanie dzieci, albowiem beztrosko i bez wyrzutów sumienia możesz kupować te najsłodsze ze słodyczy. A potem bezkarnie dzieciom podżerać z troski o stan ich uzębienia. I bardzo proszę nie wytykać mi tu wątpliwej logiki lub składać jakże absurdalnych propozycji rezygnacji z zakupu tychże koraliczków.

Na koniec dwie przyjemności, w sumie mocno ze sobą powiązane. Już czysto matkowe, wynikające z serialoholizmu stosowanego, choć ostatnio dozowanego w porcjach prawie homeopatycznych. Onegdaj wyznawałam miłość do współczesnego Sherlocka Holmesa. A z racji wątłego repertuaru miłość tą konsumowałam baardzo powoli. W dawkach podzielonych z przerwami półrocznymi. Ostatnia porcja nadeszła w poprzednim tygodniu. I w sumie dobrze, że nikt mnie nie widział, no, może oprócz chłopa mego osobistego, bo zdecydowanie przemieniłam się w typową fangirl zarówno detektywa jak i jego wiernego druha. Dość powiedzieć, że cały półtoragodzinny przedkomputerowy seans spędziłam z buźką roześmianą od ucha do ucha, chichrając się co i rusz. A przyjemność tę podtrzymuje świadomość, że czeka na mnie jeszcze najnowsza, wiktoriańska odsłona Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana. Czego chcieć więcej? Naprawdę nie ma niczego. A wisienką na torcie był najświeższy Bond, w którym Andrew Scott (zło wcielone z Sherlockowych opowieści) skradł mi cały, schematyczny do bólu, przewidywalny i nudny jak jasna cholera, film.

I to by było chwilowo na tyle styczniowych pozytywek, a kopa dodaje fakt, że dopiero minęła połowa miesiąca. Połowa! A co Wam w styczniu dodaje kopa?




0 komentarze:

Publikowanie komentarza