23.2.16


Lubicie się bać? Ale nie "bać tak na poważnie", gdy coś rzeczywiście wam zagraża. Tylko,tak kulturalnie - poprzez książki i filmy? Ja nie lubię. W związku z tym już dawno zaprzestałam czytania i oglądania wszystkiego, co mogłoby kojarzyć się z horrorami. Choć potworzastości jeszcze akceptuję na zasadzie, że to baja, a bai bać się nie trzeba. Gorzej już w przypadku wszelkich obrzydliwości w rodzaju wyrywanych paznokci i zębów, wydłubywanych/nakłuwanych oczu, wbijanych kołków tu i ówdzie - wyłączam po sekundzie, bo seans pod kołdrą większego sensu nie ma. To, co najbardziej generuje moje boje i strachy to wszelkie tajemniczości - skrzypienia drzwi i strychów, odgłosy kroków, cienie przemykające tuż za bohaterami, znikąd wyłaniające się dłonie, twarze, odbicia w lustrze. Dość powiedzieć, że nikt w życiu, za Chiny Ludowe, za żadne pieniądze świata, nie namówi mnie na eskapady w celu poszukiwania duchów. 

Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, gdy onegdaj zabrałam się za jedną z książek Yrsy Sigurðardóttir ("Pamiętam cię") w celu poczytania porządnego kryminału uznanej, a mnie wówczas nieznanej autorki. I chyba ta nieznajomość dorobku oraz, jak się później okazało, nie taka znowu starcza, ale jednak ślepota*, wpuściła mnie w strachliwe rejony. Nie jest moim zamiarem opisywanie fabuły, ale dość powiedzieć, że włosy na skórze dęba stały od samego początku. A jedyną przyczyną, że nie rzuciłam książką o ścianę ze strachu była chyba głupia, babska ciekawość. 

Mimo wszystko niezniechęcona, zaopatrzyłam się w kolejne książki pani z Islandii. I pomimo, że nie miały być już rasowymi horrorami (och, nawet nie wiecie jak skrupulatnie studiowałam okładki), to w trakcie czytania ciarki dalej wywoływane są i były. Bo jak nie duch dziecka wyłaniający się zza węgła opustoszałego domu to znikąd pojawiające się napisy na ścianach zwyczajnego przedszkola. Jak nie mrożące krew w żyłach historie z ośrodka rehabilitacji, to dzieci słyszące i widzące znacznie więcej niż dorośli. A mimo rozwiązania fabuły i tak najbardziej boli i doskwiera, co działo i stało się z dziećmi. 

Pewnie większość z was, matek, zgodzi się ze mną, że powicie dziecięcia (nieważne, ile sztuk) miesza nam na dobre w głowie. I nawet jak już otępienie i skleroza ciążowa minie, to zostaje zwiększona wrażliwość, wyczulenie na krzywdę dziecięcą. I radar wyłapujący zewsząd elementy okołodzieciowe. I możliwe, że i u mnie on się na dobre rozhulał, bo czuję w powieściach Sigurdardottir mocny kierunek na nieletnich - ich emocje, wypadki, przypadki. Może to być oczywiście zwykły chwyt na czytacza, bo dzieci są zawsze tematem dobrze sprzedającym się. Lub najprostszy zbieg okoliczności. 

Krótko mówiąc, polecam tylko matkom o mocniejszych nerwach ;) A tymczasem idę dalej testować swoje.



*na okładce jak byk widniało "horror". Zapatrzona w biedronkową cenę włączyłam specyficzną selektywność widzenia.
** a po to, co nam w głowach kulturalnie robi posiadanie dzieci zapraszam do Pani Fanaberii

0 komentarze:

Publikowanie komentarza