30.3.16


Ciepło myślałam o nadchodzącej Wielkanocy jako perspektywie domowych pieleszy, ale i gości oraz umiarkowanego wizytowania. Na spokojnie, bez pośpiechu, w swoim tempie. Jeszcze chwilę przed zapowiadało się dobrze, chociaż ciche wróbelki ćwierkały, że zapewne za długo ta dobroć nie potrwa, zgodnie z zasadą: "Im bardziej na coś czekasz, tym mocniej się rozczarujesz". Nie myliłam się, a spośród szerokiego wachlarza atrakcji wisienką na torcie okazała się niedokładna kalkulacja ilości jajek niezbędnych do świętowania.

Przeorał mnie ten czas. Głównie fizycznie. Mikro ilości snu, ciągła zmiana planów, bieganie od jednej chorowitkowej do drugiej i typowanie: "co tu się jeszcze pokiereszuje". Ale po kolejnej nieprzespanej nocy, pijąc tę trzecią kawę, która i tak nie działa, już cieplej myślę o mijającej Wielkanocy. 

Bo, jak rzadko, mieliśmy w tych atrakcjach pomoc, co z jednej strony może prowokować narzekanie, jak nam ciężko bez babci, ale również docenić ten dobry zbieg okoliczności.

Bo zrobiłam parę rzeczy, o których nie wiedziałam, że potrafię - np. stanie w kuchni cały dzień i pieczenie czterech rzutów babeczek poganianych szarlotką, o obiedzie nie wspominając ;)

Bo były momenty:
- wiosenny spacer, nieco na ryzyko, ale pierwszy od dawna w pełnym składzie;
- wieczorny cydr na balkonie;
- wspólne mycie okien ze starszyzną (proszę nie komentować ;);
- rodzinne tańce z Hanką na plecach;
- siostra własna dawno nie widziana;
- tatoautorska koncepcja gry pt. "Król Rygi", choć nagrody jeszcze nie skonsumowane.

Bo Hanka zaczęła na dobre chodzić ;)

I póki jeszcze jestem w stanie dostrzec te momenty i się przy nich uśmiechnąć (choćby półgębkiem, choćby koślawo) to tak szybko ze mną (a pośrednio i z dziećmi) aż tak źle nie będzie. Nie będzie?

Ps. A jajek w końcu i tak starczyło ;)
Ps. 2. W końcu przecież wspiera nas owca ;)

24.3.16


Mieszkanie w dużym mieście ma wiele zalet, między innymi komunikacja miejska. Niektórzy narzekają na korki, tłoki w autobusach, ceny biletów, niewychowanie współpasażerów, natomiast ja mając wybór między samodzielnym prowadzeniem auta a wskoczeniem w MPK zawsze wybiorę to drugie. Mój autobusowy, o tramwajowym nie wspominając!, entuzjazm podziela starsza córa, więc często gęsto w ten sposób podróżujemy sobie do przedszkola. I rozmawiamy, czytamy, rysujemy. 

Te kilkanaście(dziesiąt) minut spędzonych na jednym krzesełku to nie tylko okazja do nauki cyferek w oparciu o numerki pojazdów, ale również szansa na rozmowy, te mniej lub bardziej poważne.

Na przykład o skrytych pragnieniach dziecięcia:
- o czerwonych okularach identycznych jak te, które nosi tak samo nieletnia współpasażerka;
- o wypasionej wannie z billboardu, dla której Lulencja gotowa jest poświęcić ścianę między łazienką a salonem tudzież wymuszać zakup mieszkania większego.

Na przykład o różnorodności:
- "Dlaczego ten pan ma kolczyki w buzi?" "To nie jest pan, a pani". "To dlaczego ma krótkie włosy?" "Bo niektóre panie mają krótkie włosy, jak np. Ania, a niektórzy długie - jak ciocia G. Tak samo niektórzy panowie mają długie włosy, a niektórzy krótkie." "To dlaczego ta pani ma kolczyk na buzi?" "Bo chciała." "A dlaczego?" "Bo jej się to podoba. Ty lubisz mieć spinki we włosach, a pani kolczyk na buzi." "To ja też chcę mieć kolczyk na buzi." "Jak będziesz duża to sobie wepniesz";
- "A dlaczego ten pan jeździ na wózku?" "Bo zapewne nie może chodzić na własnych nogach";
- "Ten pan śmierdzi! Dlaczego ten pan śmierdzi?" i cisnąca się na usta odpowiedź "bo pan wczoraj zachlał i dzisiaj mu wszystko wyłazi wszelkimi porami".

Na przykład o planach i zapowiedzianych niespodziankach:
"Mamo, zanim przyjedzie babcia to ja zjem, pobawię się i nie będę bić Ani". By za chwilę doprawić:
"A jaką mi kupisz niespodziankę?"
"Kotuś, taką co zaczyna się na literę "ż"
"A taką dobrą?"
"Tak, kotuś, bardzo dobrą"
"Wiem, rzygi!"

...oraz prokreacji:
"Mamo, ale w kwietniu to się dzieci robi!" Nawet późniejsze wyjaśnienia dla przytępawej z rana matki niewiele dały, bo jak nie robi się dzieci, to się je w kwietniu rodzi.

A w razie nudy spowodowanej okrutnymi korkami nie mniej okrutne zabawy :
- w zgadywanie do kogo i z jakiej okazji pędzi karetka na sygnale,
- rysowanie spalonego ludzia na drabinie, choć ostatnio o żadnych pożarach nie słyszała.

I niech ktoś mi jeszcze powie, że jazda MPK to strata czasu!


Ps. A dobrą wróżką autobusową jak zwykle okazała się Mamaronia ;)

22.3.16


W przeciągu ostatnich czterech lat nie wiem czy się zmieniłam/dojrzałam/ujrzałam prawdy objawione, ale na pewno mniej obchodzą mnie społecznie akceptowane normy wychowawcze dotyczące cezur czasowych . Z pewnością walnie do tego przyczyniło się pojawienie drugiego dziecka  Posiadając jedną tylko Lulencję, zwłaszcza na początku, trzymałam się bowiem kurczowo wytycznych niczym ten Jack tych drzwi z Rose (jak wiadomo za dobrze to się nie kończyło). I choć nie potrafię zgodzić się z wieloma aspektami dotyczącymi niby to łatwiejszego chowania dwójki dzieci zamiast jednego, to wybiórczy olewizm (szczęśliwie!) w końcu doszedł do głosu. 

Niedawno podpytywałam mniej lub bardziej znajome mamy z realu i nierealu na temat systemu usypiania ich okołoczteroletnich dzieci. Tak z ciekawości, by się zorientować jak na tle ogółu prezentuje się moje starsze dziewczę i, ku mojemu zdziwieniu, się było okazało, że w tym aspekcie w normie się najwyraźniej nie mieści. Bo: primo - nie zasypia samodzielnie; secundo: zasypia z rodzicem najczęściej na podłodze; tertio: wymaga przed zaśnięciem pewnych rytuałów specjalnych, typu: "mamusiu, trzymaj mi nóżki!" (nie żeby ktoś ją kiedy wiązał, czy cuś). I to moje zdziwienie początkowo miało pewien odcień niepewności, by nie powiedzieć - posmak rodzicielskiej porażki. Przy czym dosyć płynnie przeszło w krótkie: chrzanić to! grunt, że śpi. 

Oczywiście najprawdopodobniej jest to pójście na bałamutne skróty, matczyne (ojcowskie też!) lenistwo i wchodzenie sobie na głowę. Ale wiem też jedno: w przeciągu kilku minut jestem w stanie wymyślić kilka powodów, dla których tak łatwo z usypiania czterolatki na podłodze nie zrezygnuję (chyba, że mnie sama zainteresowana wypchnie za próg pokoju). 

Gwarant przedłużonego snu matki… 

Jedyną okazją, by matka przespała więcej niż sześć godzin (choć nie mówię, że koniecznie cięgiem) jest gdy zaśnie razem z dzieciem. Jakoś średnio chce się potem matce wstać i zabierać do porządków okołodomowych, jak już zaległa w podłogowe pościele. Działa to oczywiście niekorzystnie na aktywność książkowoblogowoserialową, ale matka nie robot, spać musi. 

… a kręgosłup będzie cię błogosławił 

Nie cierpię wspólnego gniecenia się w mikrołóżku prosto z Ikei, a jedynie podłoga pozwala na w miarę komfortowe kontynuowanie snu, jeśli rozpocznie się on (ten sen) podczas tysięczny raz opowiadanego Czerwonego Kapturka. Pewnym utrudnieniem bywają jeszcze nieusunięte z oczu soczewki, ale stanowią one mniejszy dyskomfort niż powykręcany w różne kąty kręgosłup. A tak w ogóle to kręgosłup za podłogę powinien być wdzięczny. O ile zdrowiej tak się porządnie na twardym (ok, usłanym kilkoma kocami) wyłożyć?!

Ładowanie rodzicielskiej cierpliwości 

Fizycznie odczuwalna bliskość dziecięcia (w trakcie procesu usypiania) rekompensuje wcześniejsze dziennowieczorne wybryki. W końcu śpi i nie zwiewa, i nie gada, i nie pyta, i talerzy nie rozwala ;) To chwila na naładowanie matczynych baterii i wgranie do systemu widoku kontrolnego odtwarzanego, gdy wybryki i zbójowania przekraczają wszelkie akceptowalne normy. Na zasadzie: „pamiętaj, niezależnie od wszystkiego ona kiedyś się w końcu zmęczy i padnie. I będzie spokój. Dasz radę! Yes, you can!”. 

Zadośćuczynienie 

Nie jestem na tyle mądra, by wiedzieć jak to działa, ale faktem jest, że po gorszym dniu tym bardziej wieczorami lgniemy do siebie. By jakoś zrekompensować sobie braki czasu, nerwy, nie odbyte rozmowy, nie dokonane wyprzytulania. To czas na przeprosiny, wyjaśnienia, objaśnienia. To jeden z elementów bycia tylko we dwie, a tego ostatnimi czasy jak na lekarstwo. Choć to przecież niezbędne lekarstwo. 

I już się zapędzałam, by pisać dalej, ale głowa przypomniała o tym, że o plusach usypiania dziecka już kiedyś wspominałam. Potraktujmy to więc jako extended podłoga version. Zresztą o dziecioworodzicielskim śnie nigdy dosyć. A sen w tym wypadku niekoniecznie musi być najbardziej kluczowym efektem. Prawda? 


16.3.16


Kobity to mają wdrukowany specyficzny software. A matki to już chyba w ogóle. Zwie się to zapewne instynktem ciążowym tudzież dzieciogromadnym, a jak się nie zwie, to może się zwać.

Matka jeszcze matką nie będąc jakoś tak w sumie obojętnie przechodziła koło bęców ciążowych. Były sobie w otoczeniu: miejsca w autobusie się ustąpiło, w kolejce przepuściło, trochę zastanawiało, jak z takim bęcem można w drzwiach się zmieścić, nie mówiąc już o schyleniu po coś do podłogi. Natomiast odkąd matka matką została, to radar nagle, pstryk!, uaktywniony. Wszędzie zauważa bęcę, wszędzie widzi brzuchy, wszędzie dostrzega ciąże. I gdyby tylko kończyło się na konstatacji, że są... Jest gorzej, matka odczuwa bowiem czasem jakąś cichą, cichuteńką pseudozazdrośc w stylu: kurczę, ale (jej) fajnie, w ciąży jest. A potem stop! halt! Zatrzymuje się i myśli:

 „Po pierwsze – kolejnego dziecka chwilowo nie chcę, bo dwa gnomy w zupełności dostarczają atrakcji, a zresztą metraż mieszkalny i pojemność samochodu nie pozwala.

Po drugie – niespieszno mi do nieprzespanych notorycznie nocy (jakbym teraz się wysypiała, hahaha!), karmienia na żądanie, martwienia przyrostami, całkowitego uzależnienia i ciągłych płaczów o etiologii wszelkiej (jakby teraz Hanek głosu nie ćwiczyła, hahaha!).

Po trzecie – jestem zmęczona już teraz i dążyć chcę raczej do spokoju, a nie trzeciej rewolucji.

Po czwarte – na zbyt krótko do świata dorosłych wróciłam, aby na własne życzenie znów dać się zamknąć”.

I jak się tak matka zastanowi i przemyśli, to już innej przyszłej czy świeżej matce nie zazdrości, ba! Tym częściej cieszy się posiadanym stanem na pokładzie, bo młodsze staje się coraz bardziej samodzielne (w ramach swojego roczniactwa), a starsze, mimo charakteru wyraźnie po matce, daje się prędzej czy później obłaskawić.

Tylko, co z tego, gdy przechodzi na przystanku kolejny ciążowy brzuch i znowu, z automatu: „kurczę, ale (jej) fajnie”.


Do kitu z tym matczynym instynktem ciążowo-dzieciogromadnym. Też u was działa?

10.3.16


Miesiące ostatnie, zwłaszcza po powrocie matki do pracy a dzieci wybyciu do placówek żłobkowo-przedszkolnych, cechowały się znaczną intensywnością ogólną ściśle powiązaną ze spadkiem własnej efektywności gospodarno-domowej oraz wydolności psychofizycznej. Doszło więc do tego, nie kamieniujcie mnie zbyt prędko, że zaczęłam się zastanawiać, co mi takowego strzeliło do głowy, by pomyśleć, że drugie dziecko to jest fun. Dałam się zapewne nabrać na przekonywania matek 2+, które twierdzą, że z drugim to jest łatwiej, bardziej intuicyjnie, samo się chowa i w ogóle luz-blues. Być może chciałam również w końcu zdopingować swoją cierpliwość, bo przy jednym to jakoś wzrastać nie chciała (kolejna bujda – rodzicielstwo nauczy cię cierpliwości – pogadajcie z dzieckiem mym, a najlepiej z chopem). Koniec końców, z dwójką wylądowałam, a że miałam nie smutać, mimo wiecznych chorób, wrzasków i ogólnego „zawsze coś!”, to czas poszukać pozytywów. Z góry uprzedzam, o miłości matczynej mnożonej nie dzielonej nie będzie, rodzeństwowego lukru również nie. Na co mi więc kolejne dziecko?

  1. By zrobić użytek z ciuchów i akcesoriów piętrzących się na strychu u dziadków, bo jak to tak? Z założenia jednorazówki to to nie są;

  2. By docenić samodzielność i względną rozgarniętość dziecka starszego (jedzenie! higiena! zabawa!);

  3. By mieć kogo tulić, gdy starsze odmawia, a chopa z roboty akurat nie wyciągniesz;

  4. By przekonać się, że stan „dziecko leży tam, gdzie zostawisz” rzeczywiście się nie śnił (choć po prawdzie okres ten długo nie trwa);

  5. By oszacować rzeczywistą tolerancję własną na ogólny nieporządek (bo bałagan przy dzieciach wraz z ich ilością rośnie w tempie geometrycznym);

  6. By docenić spokój, gdy chwilowo jest się tylko z dzieciem jednym;

  7. By sprawdzić podzielność własnej uwagi (ta, w przeciwieństwie do cierpliwości bardziej elastyczna);

  8. By w końcu na spokojnie chustować i nosidłować, gdy przy pierwszym strachy: udusi się! Biodra poobkręca! Kręgosłup powykrzywia!;

  9. By uczyć się na błędach popełnionych przy starszym (bo dopiero praktyka to prawdziwa nauka);

  10. By średnio statystycznie zwiększyć szanse na wnuki (co za baba! Swoich nie odchowała, a o wnukach myśli);

  11. Bo 500+* (jaka ta matka była przewidująca dwa lata wstecz, będzie na żłobek!).
Wyszło mi tak na szybko (w czasie konsumowania przez starszą grzanek na obiad) jedenaście powodów, ale wierzę w was mocno, że dopiszecie kolejnych kilka (-naście, -dziesiąt). I niech to będzie prawdziwy argument do stymulacji dzietności, a nie te pińcet plus!


* ironię wyłapaliśta, prawda? ;))

7.3.16

Niedawno popastwiłam się nad fenomenem Krainy Lodu, więc aby nie panowała jedynie matka marudząca, dzisiaj będzie o zauroczeniu. Obie my (mówię o starszej) uwielbiłyśmy bowiem ostatniego weekendu niedługą historyjkę o małej brązowej myszy, która uratowała się z kilku opresji przy użyciu odrobiny fantazji i sporej dawki sprytu. Co więcej, fantazja okazała się nie być tylko fantazją.

"Gruffalo". Miłość od pierwszego obejrzenia. Choć nie znam książkowego pierwowzoru, coś w kresce, nawet tej filmowej, wydało się nader znajome, a napisy końcowe wyjaśniły wszystko. Onegdaj będąc w Anglii nabyłyśmy drogą kupna lub prezentu małą uroczą książeczkę, którą Lulek, wtedy jeszcze mocno mała obdarzyła taką miłością, że aż okienka ucierpiały. W książeczce okienka. Tytuł jej to "Postman Bear" autorstwa Julii Donaldson i Axla Scheffler. Pamiętam, że zamierzałam zebrać całą kolekcję Opowieści z Żołędziowego Lasu (Tales from Acorn Wood), ale z racji niszczycielskich zapędów córki zrezygnowałam. Może czas nadrobić, zwłaszcza, że to ci państwo stworzyli Gruffalo.

Wracając do filmu. Krótkometrażowa, półgodzinna animowana opowieść płynie cudnie. Wizualnie idealnie pod gust matki - gładkie, dopieszczone plus dmuchawce jako bonus. Muzyka - miodzio! Dialogów niezbyt dużo, co istotne z dwóch powodów: a) nie przepadam za przegadanymi bajkami; b) nasz egzemplarz, znów prezentowy, był anglojęzyczny, więc matka ćwiczyła się w tłumaczeniu symultanicznym ;) Plus Helena Bonham Carter jako wiewiórka - narratorka. Z obowiązku dodaję, że jest to historia z elementami grozy, bo oparta na ogólnym założeniu: wszyscy chcą zjeść myszę, a mysza chce tylko orzeszki, wiec żeby się ratować wymyśla tytułowego potwora, który do najsympatyczniejszych nie należy. Lulka, tak, bała się trochę, ale strach został szybko ujarzmiony po rozwikłaniu całej fabuły. Dość powiedzieć - na jednym seansie się nie zakończy. Dwa pod rząd to minimum. Potwierdzone, uskutecznione, powtórzone chęcią dnia następnego.




Ale ja tu tak się zachwycam odkryciem, czuję powiew kreskówkowej świeżości, a wy już pewnie znacie filmowego albo książkowego Gruffalo. Znacie?

Zdjęcia stąd


3.3.16


Kiedy to się stało? Jak mogłam to przeoczyć?

Już nie jesteś nieporadnym niemowlakiem. Już jesteś bardziej poradnym roczniakiem. Próbujesz chodzić, wspinasz się, spełzasz z sofy jak człowiek, nogami w dół. Zabierasz mi łyżeczkę i nieporadnie sama pakujesz do paszczy. Układasz wieżę z klocków, tych drewnianych, choć to przecież trudniejsze, a nie spadają ci, jak kiedyś. Wiesz, do czego służy telefon: „Tata! Tata” i może nim być (telefonem, nie tatą!) cokolwiek, nawet klocek Lego. Pukasz w okno, by ten tata zobaczył cię z dołu, gdy wraca z siostrą. Przykładasz termometr do czoła, psikacz i odmsarczacz do nosa, a osłuchiwać zabawkowym stetoskopem mogłabym cię pół godziny. Czapkę wkładasz na głowę, a biorąc szalik pokazujesz szyję. Klaszczesz do muzyki, chowasz twarz łapkami, by robić akuku i odsuwasz miskę, gdy już nie chcesz jeść. Wiesz, gdzie leżą chrupki i w którym pokoju śpi siostra. Zmykasz co sił w raczkach, gdy chcę ci zabrać ten klocek, którym tłuczesz się o podłogę, a śmiejesz się przy tym... Włazisz na mnie po „Jadą, jadą misie”. Gdy stoisz przy stole, głowa wystaje ci powyżej blatu. Wołasz „da”, by dać i "da!", by  odebrać. Mówisz "Mama!" i wiesz, że to ja.

Kiedy to się stało? Czy to żłób czy to czas?
Znów mi uciekłaś, znowu cię nie poznaję,. Przecież widzę cię codziennie, choć patrzę - jakby częściej.


PS. Jedno jest niezmienne – gdy chcę ci zrobić zdjęcie, ty zrobisz wszystko, by zobaczyć jak wyszłaś. Zwłaszcza w trakcie. Więc Ty z przyszłości, nie dziw się, że Ty z przeszłości taka niewyraźna byłaś.

Czternastomiesięczny uciekinier

1.3.16


"Pobudka! wstajemy! Chodź, musimy się zbierać. Ja wiem, że chcesz spać, ale musimy wstawać, idziesz do przedszkola, Amelka i Emilka czekają. I czemu teraz uciekasz? Czekam tu z ubraniem. W piżamie do przedszkola nie pójdziesz. Dlaczego? Bo zmarzniesz. Na golasa też nie. Chodź już, śniadanie na stole. Prosiłaś o owsiankę, to zrobiłam ci owsiankę. Proszę przestań ciągnąć siostrę, to ją boli! Nie, nie zrobię ci teraz kanapeczek. Zresztą chleba już nie ma. Kupicie z tatą po przedszkolu, dobrze? To jak nie chcesz owsianki to nie jedz, ale jak nie zjesz, to dopiero w przedszkolu będzie śniadanie, nie będziesz głodna do tego czasu? No to jak chcesz, to idźcie już, pa! Aaaa, zębów nie umyliście!"

"Witaj kochanie. I jak tam w przedszkolu, w co bawiłaś się z dziewczynami? Chłopaki znowu strzelali? A mówiłaś im, żeby przestali? Tęskniłaś za mną, oj, chodź tu do mnie. Tak, porysuję z tobą, ale za chwilę dobrze, bo muszę podgrzać wam obiad i to pranie w końcu powiesić, nie miałam cały dzień czasu, tak, Ania się źle czuła i marudziła. Pomożesz mi? Super. Ok, możemy rysować. Kurczę, przypomniałam sobie, jeszcze tylko muszę do swojego szefa zadzwonić, by powiedzieć, że jutro też mnie nie będzie. Kto to jest szef? Aaa, to jest taki pan...., ale czekaj, bo już mnie połączyło. No, już z tobą rysuję. Ale czemu piszesz po moich dokumentach, tyle razy prosiłam, by na moich nie pisać, przecież dałam ci kartki. Zapomniałaś, taaa.... Czekaj, muszę jeszcze odkurzyć. Tak, teraz, bo mówiłam ci, że siostra twoja... przecież zaraz do ciebie wrócę. Chodź, rysujemy. Chcesz teraz na hulajnie pojeździć? Ok, ale cichutko już, bo Ania zasypia. No i czemu do niej biegniesz, już jej powiedziałaś dobranoc? Chciałaś jeszcze raz? No dobra. Ale chodźmy się już myć, bo na Rabatki nie zdążysz. Zaczynają się za dziesięć minut. Za dziewięć, za siedem. Kochanie, wiem, że chciałaś od początku, ale uprzedzałam, że jak nie pójdziemy się myć, to się spóźnimy. No już, chodź do mnie, za to Stacyjki będą całe. No dobra, będę z tobą oglądać, ale z daleka, bo kolację będziesz chciała, a kiedy mam zrobić? Hej, przecież chciałaś kanapki, to ci zrobiłam. Myszek, proszę cię zjedz. Aaa, rób jak chcesz... Dobrze, kotuś, będę cię usypiać... Ma być bajka o myszce? Ale nie taka jak kiedyś, tylko inna? Ok. Dobranoc. Kocham Cię"
"Ja też, ale teraz mnie przytul"

I mam takie małe, malutkie marzenie, że to wieczorne "Kocham Cię - ja też!" i "Przytul mnie mamo" choć odrobinę rekompensują dzienne burze, pośpiechy, czasobraki. Coś czuję, że jest to jednak marzenie bez pokrycia. Oby tylko chwilowo.