7.5.17


Kilka miesięcy temu recenzowałam popularny poradnik dla rodziców dzieci sztuk więcej niż jeden czyli "Rodzeństwo bez rywalizacji" (klik!). Dobrym pomysłem wydało mi się więc podzielenie się, czy udało się wdrożyć choć trochę tych rad w praktyce. Gwoli wstępu nakreślę krótko, jak onegdaj wyglądała u nas współpraca dziewczyn i rozpisywać się nie będę, bo najprościej mówiąc - nie istniała. Miast spędzać czas ze sobą, dzieci me ukochane domagały się naszej nieustannej uwagi i aktywnego udziału w większości działań na czele z ciągłymi interwencjami w niekończących przepychankach i walkach. Kładłam to na karb różnicy wieku, ergo - niemożności komunikacji oraz silnego poczucia własności u obu dziewczyn jednocześnie. Na moje oko trwało to jednak za długo i powodowało rosnącą irytację oraz poczucie, że coś nie gra. 

Czemu co chwilę biegam do nich, choć niby bawią się razem? Czy moją rolą jest roztrząsać przewiny i upominać ewentualnego sprawcę, decydować o podziale zabawkowych środków? Jak mogę podejść sprawiedliwie do zachodzących sytuacji, gdy zazwyczaj nie jestem naocznych ich świadkiem? Czego uczą się moje dzieci, gdy już na początku sporu od razu wzywany jest rodzic? I czy to nie są powody tak krótkich ich wspólnych zabaw?

W sukurs przyszła wspomniana książka, dzięki której odpowiedziałam sobie na powyższe pytania.
Nie muszę decydować, która dziewczyna w tym momencie ma się bawić konkretną zabawką; nie jestem odgórną instancją zarządzającą rozdziałem środków. Nie moją rolą jest dociekanie, która zaczęła; nie jestem sędzią najwyższym skazującym na przyznanie się do winy i zadośćuczynienie. Zrozumiałam, że dawałam im zbyt mało przestrzeni na samodzielne rozwiązywanie konfliktu, na poszukanie konsensusu, ustalenie zasad wspólnej zabawy, na naukę współpracy. Postanowiłam spróbować, czy aby lepszą drogą nie będzie zostawianie ich w spokoju, przy czym nie oznacza to ignorowania tego, co się między nimi dzieje

Gdy spokój dobiega z dziewczyńskiego pokoju nie wchodzę, nie zawracam im głowy, zostawiam w zabawie. Cichaczem sprawdzam jednak co i jak, bo w pamięci mam zamykanie mnie w łóżku przez własną starszą siostrę, co do przyjemności raczej nie należało ;) Gdy przybiegają do mnie ze sprawą pilną lub też mniej – wysłuchuję, ale i zachęcam do szukania porozumienia między sobą, czasem podpowiadam sposoby. Gdy słyszę, że nie mogą się dogadać, a konflikt narasta, podchodzę pytając czy i jakiej potrzebują pomocy. I bezwzględnie interweniuję, gdy dochodzi do rękoczynów i związanych z tym łez. Tak, tak, moje dzieci się biją, wasze nie?

Trzymam się przy tym zasady, by dać im i sobie czas. By zorientować się w kierunku biegu sprawy a im samym pozwolić na wymianę poglądów, emocji nawet tych o nieco podwyższonym rejestrze (tak, zatyczki do uszu zawsze w cenie). Kiedyś wkraczałam jak taran już w początkowych etapach konfliktu dążąc do zaprowadzenia spokoju za wszelką cenę, często kosztem indywidualnych potrzeb i szeroko pojętej sprawiedliwości siostrzanej. Teraz bardziej istotne wydaje mi się rozwiązać problem, a nie go tylko zamaskować tym pozornym jednak spokojem.

Ośmielę się stwierdzić, (choć zgodnie z wszelkimi prawami rodzicielskimi zapewne będę tego żałować), iż takie podejście zaczynać działać. Coraz częściej się dogadują; nie zawsze chętnie, nie zawsze z uśmiechem, ale to zrozumiałe, skoro bywa, że rezygnują z czegoś w danym momencie dla siebie ważnego. Potrafią się przytulić i przeprosić, uzgodnić warunki wymiany dóbr rzeczowych, powiedzieć „masz, teraz ty się tym baw!”. A wszystko to są w stanie uczynić bez naszej ingerencji, naszych namów, naszej obecności i naszego oceniania, narzucania win i żądań zadośćuczynienia, choćby w postaci właśnie wymuszonych przeprosin. I nie powiem, serce wtedy rośnie! Tym bardziej, że choć przoduje w tym starsza (pewnie z racji doświadczenia i większej jednak dojrzałości), to i młodsza przejawia podobne odruchy współpracy i wzajemnego zrozumienia. 

Nie pomyślcie tylko przypadkiem, że już teraz tylko róż i lukier. Och nie! Panny wciąż przystają po przeciwnych stronach barykady w walce o tę jedną konkretną spinkę czy podebrane skarby z pudełka. Wciąż przybiegają, że ta jej to, a tamta tamto; klocki latają, papiery się drą, a na końcu któraś zaczyna lamentować. Poziom hałasu przyprawia o ból głowy; „Mamo, weź ją, nie lubię cię, nie będę się z tobą bawić” niesie się zbyt głośno. W końcu to rodzeństwo! A i my starzy mamy swoje za uszami ze zbyt pochopnymi żądaniami, by w końcu się dogadały czy odciąganiem ich na dwa przeciwne bieguny mikromieszkania - cierpliwość nie jest naszą mocną stroną, zwłaszcza pod sam wieczór. Jednocześnie rodzicielstwo to ciągła praca, nieustanne wprawianie się w tej roli, trudniejsze, gdy pragnie się sporych jednak zmian, więc jestem świadoma nieuchronności codziennych potknięć o własne zbyt ambitne nogi.

Mimo wszystko, a może nawet tym bardziej, czuję, że idziemy w dobrym kierunku, a przez ograniczenie stopnia ingerencji we wspólny czas dzieci, odkryliśmy, że potrafią pobawić się razem dłużej niż piętnaście sekund. Dwulatka z pięciolatką, pomyślcie tylko! 

Ps. A jak komuś brakuje sił i cierpliwości, tak jak mnie tak z dziesięć razy w ciągu tygodnia, to niech „Rodzeństwo bez rywalizacji” leży na widoku, mnie już nie raz się przydało jako mocne wsparcie w kryzysach.

PS. 2. W pierwotnej formie post ten miał prezentować pomysły na wspólne zabawy dwu- i pięciolatka. Potem doszła zaduma, że te moje dziouchy coraz częściej nie potrzebują mnie do zabawy. Pogonione zostało to refleksją zmian dokonanych w przeciągu kilku miesięcy. O pomysłach może więc następnym razem, co?

24.4.17



Jeszcze dobrych kilka miesięcy temu żyłam na czytelniczej pustyni. Był to stan absolutnie dla mnie nietypowy, gdyż od małego byłam typem mola książkowego. Czynników oddalających mnie od książki było kilka ze szczególnym naciskiem na: dzieci, pracę oraz seriale. Biorąc pod uwagę pulę wieczornego czasu do wykorzystania oraz poziom zmęczenia ogólnego, najczęściej chodziłam na łatwiznę polegającą na odpaleniu odcineczka do zbyt późnej kolacji i dogorywaniu przy nim, aż do pory snu. I pewnie stan taki utrzymywałby się do dnia dzisiejszego, gdyby nie podarek przekazany wyłącznie na wypróbowanie, a nuż się przyda!

Nie wiadomo jak i kiedy ten mały niepozorny prezent podbił moje statystyki czytelnicze.Wciąż są zdecydowanie zbyt niskie jak na potencjalne możliwości, ale szanse obcowania z literaturą w przecudowny sposób wzrosły. Wiedząc, co już wiem oraz łapiąc doświadczenie z kilku ostatnich miesięcy ośmielę się ponadto stwierdzić, że czytnik e-booków, bo o nim mowa, jest wynalazkiem idealnie dostosowanym do potrzeb rodzica. A zwłaszcza rodzica czytającego. Żeby nie zostać gołosłowną, oto garść uzasadnienia.

Po pierwsze: umożliwia czytanie w każdym możliwym miejscu o każdej możliwej porze. Człowiek staje się niezależny od zewnętrznego źródła światła. W moim przypadku mogę czytać przy dzieciach smacznie śpiących w naszej sypialni. Ta praktyczność jest dla mnie absolutnie nie do przecenienia. Uwielbiam bowiem czytać w łóżku przed snem, a zaświecenie lampki równałoby się przebudzeniem co najmniej jednej córki. Co więcej, czytnik ratował moją przytomność w trakcie jednej z nocnych sesji choroby jelitówkowej córki, ileż można przeglądać fejsbuka?

Po drugie: czytnik wydaje się być idealnym czasoumilaczem podczas maratonów karmienia piersią. Pamiętam moje zmagania z prawidłowym ułożeniem dziecka i jednoczesnym utrzymywaniem oraz przewracaniem stron w książce. Szczerze? brakowało mi tak z półtorej ręki, zwłaszcza przy książce liczącej więcej niż 100 stron. W związku z tym, że najczęściej nie mogłam liczyć na dorosłe towarzystwo, a starszakówna nie była zainteresowana funkcjonowaniem jako podpórka do książek, kończyło się na "Kuchennych Rewolucjach". Czytnik wydaje się być mniej angażujący, choć jak jest w praktyce, to może wy mi powiedzcie.

Po trzecie: czytnik sprawdza się jako źródło literatury nie tylko dla mnie ale i starszakówny. Dorosła już do takiego etapu, że niekoniecznie potrzebuje książek wyłącznie z obrazkami, zaczyna skupiać się na samej historii, dzięki czemu nie tylko wieczorami, ale i na wyjazdach potrzeba kontaktu z literaturą dziecięcą może zostać zaspokojona. Również i walizka podróżna docenia mniejszą ilość pakowanych woluminów, choć do zera ciężko dojść, wiadomo ;))

Nie mogę oczywiście wyłącznie chwalić, chwalić, chwalić, bo z pewnością wyczulibyście nieszczerość na kilometr. Jest więc i wada, dosyć poważna. Uszkodzenie czytnika, samodzielnie lub za pośrednictwem dzieci, staje się bowiem zdarzeniem dużo bardziej bolesnym, zwłaszcza ekonomicznie, niż popisanie czy podarcie papierowej książki. I znów, zaufajcie mi, wiem co mówię ;)

Można zauważyć, że powyższy post zbiegł się ze Światowym Dniem Książki i Praw Autorskich oraz raportem o fatalnym stanie polskiego czytelnictwa, pełen tekst o tu. W ramach walki ze smętnymi statystykami podrzućcie, co interesującego wpadło ostatnio w wasze czytacze ręce. Z mojej strony serdecznie polecam Wam to:

H. Yanagihara "Małe życie" - obszerna historia o przyjaźni, cierpieniu i dojrzewaniu; o samoakceptacji i niewybaczalnych błędach. Nie jestem jakimś typem wielkiego wzrusza, ale przy kilku fragmentach łza popłynęła.

Justyna Kopińska "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?" - wiele z was pewnie słyszało o historii wychowanków domu dziecka w Zabrzu. Ten reportaż jest ciężki, dołujący, sprawiający fizyczny ból. Już we wcześniejszym zbiorze reportaży ("Polska odwraca oczy", którą również mocno polecam!) autorka relacjonowała, co działo się w tym domu dziecka, ale na poziom okrucieństwa zadawanego dzieciakom, w tym nawet kilkulatkom, nie byłam przygotowana.

Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy" - pięknie napisana skromna powieść o odbudowywaniu relacji oraz nawiązaniu zrozumienia między matką i już dorosłą córką.

Czekam na Wasze inspiracje!