10.8.17



Od trzech lat obiecywaliśmy sobie prawdziwe wczasy pełni entuzjazmu, natchnieni relacjami innych o magii wspólnych wyjazdów z dziećmi. Naładujemy się dziecięcą energią, pokażemy im kawałek innego świata, a one odwzajemnią się swoją perspektywą. Czyż nie po to podróżuje się z dziećmi? 

Historia rozpoczyna się w dniu wyjazdu. Oszczędzę Wam szczegółów dotyczących czynności wstępnych - planowania, pakowania itd., gdyż zostały one relatywnie szybko odhaczone, bez zbędnych fajerwerków. Najfajniejsza zabawa zawsze zaczyna się przecież w momencie wkroczenia do środka transportu. Pół godziny po wyjeździe z tylnich siedzeń rozlega się litania: „jeść, siku, pić, kupa, daleko jeszcze?, ja chcę już wyjść”. Po kwadransie życzeń i zażaleń matka z ojcem też by chcieli wyjść, choć chwilowo powoli wychodzą już z siebie. Pięć-przystanków-na-siku-dwa-na-frytki później dojeżdżamy do celu jednocześnie odnajdując się w jednym z lepszych momentów całego wyjazdu.

Jak jeden mąż czy też jak jedna rodzina, mimo zmęczenia, jesteśmy podekscytowani powiewem nowości miejsca, powietrza, otoczenia itd.. Wymyśliwszy sobie hotel z atrakcjami typu basen to już w ogóle! Kij z tym, że jednoosobowa część wycieczki za taplaniem w wodzie nie przepada; czego się nie robi się dla drugiej połówki i dzieciarni. W głowie kołaczą jeszcze słowa męża rzucone przed wyjazdem: „Ja będę brał dzieciaki na basen, a ty będziesz sobie mogła poczytać”. Kto wykazał się większą naiwnością: mąż wyrażający propozycję czy ja na serio chcąca w nią uwierzyć?

Wyjście na baseny z dwójką mocno nieletnich dzieci wchodzi w grę wyłącznie z zachowaniem proporcji 1:1, więc w naturalny sposób wizja czytania urealnia się dopiero w okolicach dwudziestej drugiej. Ale znów! czego się nie robi…. Z perspektywy kilku dni, mimo rozmiękniętej skóry oraz wiecznie niedosuszonych włosów, łaskawiej patrzę na te baseny rano, baseny w południe i baseny po południu, widząc przeszczere rozradowanie na paszczach dziecięcych. Rozradowaniu towarzyszy jednak wysoki poziom głodu i zmęczenia, któremu trzeba zaradzić w tempie ekspresowym.

Wykupienie noclegu łącznie z posiłkami wydaje się być świetnym rozwiązaniem. Odpada kombinowanie, co by tu załatwić na śniadanie czy inną obiadokolację. Szwedzki stół pozwala żywić nadzieję, że wymęczone atrakcjami dzieciaki skuszą się na jakieś ekstrawagancje typu świeży pomidor czy zupa-krem z groszku, zwłaszcza gdy zostawi im się przestrzeń wyboru. A i owszem, nakładają wszystko, co bufet oferuje, przy czym konsumpcja per se kończy się najczęściej na szklankach zimnego mleka (młodsza) tudzież schabowym z kapustą zagryzanym arbuzem (starsza córka). Resztki dojadają starzy, w wyniku czego tężsi z wyjazdu wracają, a nie taki przecież był plan. Nie można oczywiście zapomnieć, że zgodnie z prawem wakacyjnych wyjazdów, bilans kaloryczny dzieci uzupełniany jest przez systematyczną podaż frytek i lodów.

Po okołopołudniowym nakarmieniu przychodzi pora drzemki. Podejmując próbę położenia dziecka w pokoju hotelowym, należy szybko zacząć sobie współczuć. Hotel w swej definicji charakteryzuje się posiadaniem papierowych ścian, przez które krzyk i płacz dziecięcy przechodzi w sposób niefiltrowany. Zgodnie z zasadą: im dziecko bardziej zmęczone, tym bardziej snu będzie odmawiać, już przy pierwszym podejściu odliczam, kiedy zadzwonią mili państwo z recepcji z zapytaniem czy ktoś tu aby dzieci nie torturuje. Kilkanaście minut później, gdy już, już witam się z gąską, gąska zażyczy sobie niezwłocznej obecności drugiego rodzica, który akurat ewakuował się z drugim dziecięciem do basenu, telefon zostawiając głęboko w szafce. A mnie w głębokiej…..

Na stole pozostaje rozwiązanie ostateczne określane jako „tour de spanie” albo „przejażdżka nasenna”. Wykorzystywanie jazdy samochodem w celu zapewnienia dzieciom choćby minimalnej porcji dziennego snu  niezbędnej do dalszego funkcjonowania jest mocno upierdliwe, ale maksymalnie skuteczne. Jednocześnie stanowi jedyną okazję, by na spokojnie poznać i obejrzeć okolicę, bez komentarzy pt. „ale nudne te widoki!” oraz porobić w miarę wyraźne zdjęcia, ale również i zakupy. Czasem w pakiecie otrzymuje się stanie w korku w superzatłoczonym Zakopcu wieńczone zaklinaniem, że nasza stopa nigdy więcej tam nie postanie.

Po solidnej, półgodzinnej porcji snu, dzieciaki gotowe są do dalszych harców, za to my najchętniej odstawilibyśmy je gdzieś choćby na kwadrans, by wyrównać siły. W sukurs przychodzi sala zabaw (wow!), z animatorkami (wow!), których jedynym zajęciem jest zabawianie pociech (wow!). Zgodnie z regulaminem, nie obejmuje to mocno niepełnych trzylatków (buu!!), które mogą zostać, ale wyłącznie pod opieką właściciela… wróć, opiekuna prawnego. Biorąc na klatę wrodzoną szczerość ciągniemy z mężem zapałki, losując kogo obejmie ta przyjemność. Kiepska jestem w zapałki….

Raz poświęcamy się aktywności bliższej sercu mojemu, a związanej z turystyką pieszą. Wyjście w plener stanowiło nienegocjowalny warunek wyjazdu, zakładamy więc odpowiednie buty i decydujemy się na wkroczenie w gościnne progi Doliny Kościeliskiej. Spacer odbywamy w akompaniamencie dwóch jękoł, a posuwanie się naprzód możliwe jest wyłącznie dzięki metodzie schabowego i kapusty. Po przebyciu 2/3 drogi w jedną stronę kolektywnie stwierdzamy brak większego sensu w tym co robimy, a większy w schabowych i poczwórnej melisie. Szczęśliwie natrafiamy na zajazd całkowicie absorbujący dziewczyny królikami, kotami, drewnianym domkiem i nieskoszoną trawą. Nad przesmażonym kotletem ustalamy, że zanim znowu zachce mi się wędrówek, mam się przegonić z dziewczynami na Kopiec Kościuszki, potem jeszcze Piłsudskiego, a dopiero po tym ewentualnie pomyśleć o górach. Podjęta decyzja napawa nas niespodziewanym spokojem i ulgą.

Wyjazd dobiega końca; również pogoda daje znać, że należałoby już odjechać w siną smogową dal. Pozostało pakowanie (czy tylko ja nie cierpię się pakować na powrót?) oraz jazda, która wyznaczyła nowe granice tolerancji na panujący poziom decybeli. Gdyby nie to, że lało jak z cebra, odbyłabym całą drogę na piechotę i dopiero frytki oraz kawa z Maca uspokoiły atmosferę. Usiadłszy na własnym łóżku trzy godziny później, popatrzywszy na górę podróżnych gratów, rozharcowane dzieciaki a także pająki, które zdążyły się zagnieździć gdzieś w kącie sufitu, poczułam się zmęczona jak nigdy.

Nie musiało jednak minąć wiele dni, by nie padło pytanie: „Hej, gdzie jedziemy w weekend?”
Rodzic to jednak masochista.